piątek, 31 grudnia 2010

Opowieść noworoczna

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Historia dwunasta - noworoczna

Ktoś pracuje, aby spać mógł ktoś... albo, na ten przykład, imprezować w Sylwestra, do białego rana.

Oj pracują ludziska, pracują... i witają Nowy Rok, tam gdzie ich dopadnie... Taka stop-klatka w zamęcie obowiązków.
Piekarz zanurzony w obłoku mąki z rozdartego wora. Taksówkarz rozcierający ścierpnięte od siedzenia w wozie siedzenie. Pani w Biedronce dźwigająca europaletę owoców mango. Policjant pałujący chuligana. Chuligan robiący unik przed nadlatującą pałą...
I wszyscy oni, w tej magicznej chwili, mruczą równie magiczne, ponadczasowe "O k...a!"
Noworoczne "k...a!" jako wyraz najwyższej dezaprobaty, żalu i skargi nad swym marnym losem. Bo przecież jaki sylwester, taki cały rok.
A są tacy, co mają jeszcze gorzej...
Sylwestrowy dyżur na oddziale neurologii to dopiero koszmarny start w nowe, "lepsze" jutro.
* * *
Krzyś - ratownik, jako świeżynka w szpitalu im. Dobrej Nadziei, nie miał żadnych szans na imprezę. Ostatni, grudniowy dyżur, od dziewiętnastej do siódmej rano, jak w mordę strzelił. Z przydziału i bez gadania.
Dwanaście najfajniejszych godzin spędzi na balu pidżamowym, w otoczeniu mało rozmownych i jakby nieobecnych gości.
Aby przeżyć tak trudny czas, trzeba mieć plan. A plan miał Krzyś prosty.
Jak najszybciej uwinąć się z robotą i zniknąć w dyżurce. Nikt mu nie będzie przeszkadzał, bo lekarze mają jakieś "zebranie" u kolegów na ortopedii, a pielęgniarki lada moment pobiegną w "ważnej sprawie" do szpitalnego bufetu.
Zniknąć i przeczekać, byle do rana, do jutra... byle do przyszłego roku.
- Wobec tego let's start the party... - pomyślał rozżalony i równiutko o dziewiętnastej dziesięć, zgodnie z rozpiską, rozpoczął sypanie konfetti z kolorowych tabletek. Potem częstował wybranych koneserów kroplówkami i zmieniał "balowe kreacje" tym, którzy nie wytrzymali tempa zabawy.
Szast, prast i o dwudziestej siedział już Krzyś przed telewizorkiem w pustej, ciemnej dyżurce.
Ale jak tu wytrzymać, kiedy na ekranie Agata Młynarska z Kasią Dowbor prześcigają się w zapowiedziach kolejnych uciech. Pstryk... Następny kanał. Odświętnie ubrany Tomasz Kammel pieje w duecie z Dodą - "Kolorowe jarmarki". Tłumy szaleją, alkohol się leje strumieniami. Pstryk. Jaś Fasola. Pstryk. Szklana pułapka. Pstryk. Znowu Tomasz Kammel i zespół Feel. Pstryk. Orędzie prezydenta...
- Ale kanał... - pomyślał Krzyś i wyłączył telewizor. - Lepiej to przespać i mieć już za sobą - zamknął oczy i minutę później pstryk... stracił kontakt z okrutną rzeczywistością.
* * *
- Krzyś wstawaj, wstawaj...
Słowa docierały do niego jakby zza ściany. Czuł, że jego ciało faluje wstrząsane delikatnym szarpaniem.
- Krzyś..! Jasna dupa, ale gość ma spanie... Wstawaj!
- Fso sie ftało..? - półprzytomny Krzyś wciągnął senną ślinę z kącika ust.
Nad dyżurną wersalką stała pielęgniarka.
- Obudziłeś się? To rusz tyłek. Robota czeka! Pacjent spod szóstki wydarł sobie cewnik i pryska po współlokatorach.
- I że co ja mam niby zrobić?! - Krzyś mrugał zaspanymi oczami.
- Jak to co?! - oburzyła się piguła - Zacewnikować oczywiście..!
- Ja?! A ktoś inny nie może?
- Nie może! - odrzekła z mocą pielęgniarka - Lekarze są na zebraniu, a ja muszę lecieć na konsultacje do bufetu... - i poleciała.
Co było robić..? Poczłapał zaspany Krzyś pod szóstkę, przygotował sobie ładnie zestaw do cewnikowania. Następnie ujął w lewą dłoń pacjentowego ptaszka i nagle... Pafff, pafff... Za oknem, na ciemnym niebie zakwitły kolorowe pióropusze fajerwerków.
- Szczęśliwego nowego roku!! - wiatr przyniósł okrzyki znad miejskiego rynku.
- Wiwat, wiwat! - niosło echo
- Wszystkiego dobrego - wystękał pacjent.
- O k...a! - noworoczne westchnienie ludzi pracujących, wyrwało się z Krzysiowej piersi. Jakiś żal nieutulony ścisnął za gardło i trzymał... lecz po chwili...
- Eee tam... - Krzyś otrząsnął się z wizji ponurych i mocniej schwycił członka w dłoń. 
- ...Lepszy wróbel w garści niż, dajmy na to, paw na rynku... - podsumował rozmyślania i z rozmachem wsunął cewnik w otchłań męskości.

Wszystkiego dobrego w 2011 roku! Aby praca dawała nam satysfakcję i poczucie wypełniania misji. I niech ta misja rekompensuje nam wszystkie przepracowane święta, sylwestry i przerwane urlopy oraz niechaj wypełnia nasze portfele dumą i samospełnieniem. Aha... i zdrówka jeszcze końskiego, coby siły mieć do pracy i zapał szczery. Amen :D

czwartek, 23 grudnia 2010

Życzenia podstępne :)

środa, 22 grudnia 2010

Prezent

Czasem, w pracy można mieć wszystkiego serdecznie dość.
Szefa i wrednych współpracowników... Pacjentów strzelających fochy... i śniegu... i popsutych aut... Marazmu i powtarzalności dnia za dniem... I jeszcze tego poczucia, że nikt nie rozumie, co w nas siedzi, gdy wracamy do domów wieczorem...
Można mieć dość...

A potem, zupełnie znienacka, nadchodzi taki czas, który zmienia wszystko.
Nadchodzą trzydzieści dwie minuty ciężkiej pracy, drżących rąk, potu spływającego po plecach i twarzy...
Trzydzieści dwie minuty rezygnacji i nadziei... 
niepewności i strachu (?)

I potem ciche "pik, pik" na monitorze... I tętno na obwodzie, niczym świąteczny dzwon. I jeszcze później oddech... spontaniczny, głęboki, malujący skórę na różowo...

Taki prezent na święta :)

Wielkie dzięki mój prześwietny Zespole.
To nasz wspólny sukces... nawet jeśli nikt nie zrozumie, co w nas siedzi, gdy wracamy do domów wieczorem ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

Cień żarówki

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Komentarz Pani DeBeSt (Doktor Bez Stetoskopu) zamieszczony pod moim wczorajszym postem, przypomniał mi pewną historię przekazywaną przez pogotowiarską wiarę z pokolenia na pokolenie. Historia znana z pewnością wielu ludziom, opowiadana w setkach odmian i modyfikacji. Prawdziwe Urban Legend. Dziś moja wersja zdarzeń... :)

Historia jedenasta - Cień żarówki.

Dochodziła dwudziesta.
W akademiku, na trzecim piętrze trwała beztroska zabawa.
- Ttto najjjlepsza balangha jaką wiziałemm... - wystękał, dobrze już zrobiony Stefan i cisnął za okno pustą flaszkę po winie "Czar Pegieeru."
- A-daś! A-daś! - skandowało rozbawione towarzystwo.
Adaś z rozwianą czupryną i szeroko otwartymi oczami, przechylał zieloną butlę z winem, łapczywie łykając kolejne hausty sikacza. Wiedział, że przegrał ten wyścig ze Stefanem, ale fason trzeba trzymać do końca.
- Iiiiiii..!!! - zapiszczały radośnie, pijane studentki.
Ostatni łyk zabulgotał w gardle. Adaś beknął potężnie i pusta butelka z etykietą "Łzy Sołtysa" (malinowa odmiana "Czaru Pegieeru") wyleciała przez okno.
- I w sso się teraz bęzziemy bawiśś..? - spytał rzeczowo, gdy siarka spłynęła gdzieś w dół jego organizmu.
- Właśnie... W co? W co? - zawtórowały podchmielone dzierlatki.
Na wszystkich obecnych spływało światło socrealistycznej żarówki, nago wkręconej w smutny sufit akademickiej kwatery.

A były to czasy, kiedy w naszym, jedynie słusznym, ustroju, nie istniały wymyślne żarówki. Nikt nie słyszał o mlecznych światełkach, energooszczędnych potworach, powykręcanych kształtem niczym Picasso po działce kokainy. Nikt nie widział wulgarnych OSRAMów, bo o diodach LED już nie wspomnę.
Zwykłe, proste żarówki. Z pękatym brzuszkiem, jednolitym, uniwersalnym gwintem i szkłem przejrzystym jak dusza robotniczo-chłopskich mas. Od ludu, dla ludu. Sto watt!

- No tto w sso się bawimy..? - Adaś za wszelką cenę chciał rewanżu na konkurencie.
Stefan, przymykając z wolna oczy, wpatrywał się w stuwatową żarówkę. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że całe towarzystwo liczy na jego inicjatywę, ale w styranej alkoholem mózgownicy znikał atawistyczny pęd do dominacji nad stadem żaków. Pojawiła się natomiast silna potrzeba wynurzeń emocjonalnych, o charakterze mocno osobistym.
- A ffiecie, sze nie da się wyjąć szaróffki wsadzonej do ust..? - wystękał resztką polonistycznej elokwencji i pognał do toalety, wykonać pilny telefon do boga*
- Jak to się nnnie da..?! - obruszył się Adaś. Jego techniczny umysł ostro sprzeciwiał się twierdzeniu rywala od dzierlatek. - Ssskoro da się wsadzić, to da się i ffyjąś... Nie..?
- A-daś! A-daś! - znów skandowały zawiane dziewczyny. Tymczasem z toalety dobiegały dźwięki wyraźnie świadczące o tym, że Stefek ma problemy na łączu z międzymiastową.

Kilka minut później, gdy usatysfakcjonowany "rozmową z bogiem" Stefan wyszedł z łazienki, jego oczom ukazał się porażający widok.
Dzierlatki struchlałe tłoczyły się na tapczaniku. Przy biurku, w świetle nocnej lampki siedział skulony Adaś. Oczy miał rozwarte w niemym przestrachu, policzki dziwnie rozdymane, a z ust sterczał... gwint żarówki.
- Ty debilu! Wsadziłeś do gęby żarówkę?! - Stefan w jednej sekundzie otrzeźwiał, natychmiastowo metabolizując pozostałości po przetwórstwie owocowym.
- Hmmmzzz...! - Adaś zaprzestał już technicznych prób rozwiązania tego oralnego dylematu i ostatecznie postanowił opaść z sił.
- Nie możesz wyjąć?! Czyli... o kurwa, to jednak prawda jest! - Stefek powoli przyswajał tę anatomiczną prawidłowość. Jednocześnie w jego głowie zaczynał rysować się groźny całokształt sytuacji.
- Hmmmzzzzrrrr... - przyduszonemu Adasiowi przed oczami migały już obrazy z historii lotnictwa. Wszak studiował pilotaż na pobliskiej polibudzie. U polonistów w akademiku występował jedynie gościnnie.
- Słuchaj mnie! - stanowczo warknął Stefan i dla podkreślenia wagi swoich słów złapał Adasia za gwint żarówki.
- Oddychasz nosem! Nie panikujesz! Nie zagryzasz i nie rzygasz! Jedziemy na pogotowie!!

Chwilę później wsiadali obaj do jedynej na postoju taksówki marki Fiat 125 p, dla zmyły zwanej, dużym fiatem.
- Dzie jadziem? - uprzejmie zapytał taksówkarz.
- Na pogotowie! Szybko... jeśli można!
- A można, można... Tylko mi tam tapicerki nie zapaskudzić! A co się stało, tak w szczególności, że na pogotowie kawalerka sunie?
- Kolega wsadził do ust żarówkę... i wyjąć nie może.
- Hmmrrrzzzff... - potwierdził dramatycznie Adaś.
- Jak nie może wyjąć?! - zdziwił się taksówkarz - Co mi tu jakieś jajca odstawiacie?!
- No jak boga kocham, nie da się wyjąć! - Stefan walnął pięścią w klatę aż jęknęło.
Kierowca zjechał na pobocze i obróciwszy się ku tylnej kanapie, schwycił gwint żarówki.
- Co się nie da..? Jak weszła, to i wyjść musi..! - sapał szarpiąc się z gwintem.
- Hmmzzzrr... - Adam z oburzeniem protestował wobec takiego traktowania. Stefek postanowił wyartykułować obawy kolegi.
- Panie, daj pan spokój, bardzo pana proszę! Stłuczesz pan żarówkę, a to jedyna setka w całym akademiku. Przy czym my się do sesji uczyć będziemy?! Jedźmy na to pogotowie!
- Ech ta współczesna młodzież! - złorzeczył taksówkarz zatrzymując się z piskiem obok stacji pogotowia - Uczyć się nie chcą, pracować też nie... Żarówki ciemniaki jedzą zamiast, jak ludzie, wódkę po nocach pić..! Won mi z taryfy! I Fryderyk za kurs się należy!**

Godzinę później szczęśliwy Adam, uwolniony z okowów żarówki, pognał w spokoju puścić zaległego pawia. Tymczasem w akademiku:

- Cześć dziewczynki. Co straciłem z imprezy? - spóźniony Franek postawił na biurku siatkę z winami - Co tu tak ciemno? I gdzie są chłopacy?
- Pojechali na pogotowie. Stefek powiedział Adamowi, że nie da się wyciągnąć żarówki wsadzonej w usta, no i...
- Jak to się nie da?! Wkręcacie mnie..? Przecież jak wejdzie to i wyjść musi... Dawać jakąś żarówkę..!

Około dwudziestej trzeciej z minutami, umęczony Stefan wtaszczył równie umęczonego Franka (z żarówką w gębie) do znanego już budynku pogotowia. Przycupnęli w znajomym korytarzu poczekalni, na znajomych krzesełkach, obok znajomego... taksówkarza!!!
- A co pan tu robi?! - zdziwił się Stefek.
- Mmmhhzzzrrr... - zacharczał taryfiarz, a w jego ustach zalśnił... gwint żarówki.
- Ech ta współczesna młodzież, co nie?! - wypalił wkurwiony jak sto pięćdziesiąt Stefan - Żarówki ciemniaki jedzą... Ale patrz pan, panie starszy. Pan też jakoś teraz nie świecisz... przykładem...


---------------
*telefon do boga - znana forma odosobnienia imprezowego. Osobnik klęczy na posadzce w łazience, ramionami obejmuje wielką, białą słuchawkę i głośno skanduje: O bbbbożżżeeeeeeee...! :)
** Fryderyk Szopen - widniał na banknocie o nominale 5000 zł

środa, 15 grudnia 2010

Mieć wszystko w d...

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

 
UWAGA!!!

Tego posta ABSOLUTNIE nie powinno czytać Twoje dziecko!
Sam(a) też lepiej się zastanów, zanim popsujesz sobie apetyt

UWAGA!!!




Taki instruktor ratownictwa to ma ciężkie życie. Praca go stresuje, kursanci go stresują, dyrektor kursu lata po salach czyhając na jakiekolwiek potknięcie... I jeszcze młodych instruktorów-stażystów trzeba pilnować, bo a nuż coś zepsują i cała edukacyjna harówa pójdzie na marne.
A harówa, jak już wiemy, instruktora stresuje...
Nic więc dziwnego, że gdy ciężki dzień mija, z ulgą można usiąść w hotelowym zaciszu i przy "szklaneczce" czegoś mocniejszego, wreszcie, całkowicie legalnie mieć wszystko w...
Szklanka za szklanką, otwierają się instruktorskie umysły, płyną opowieści, snują wspomnienia... a w nich pacjenci... tacy, co też mieli wszystko w d... i nie tylko tam...

Dzielnie spisywałem wszystkie opowieści na telefonie komórkowym. Poniżej to, co udało mi się wyłowić... zanim straciłem przytomność ;)

Historia dziesiąta 
(zbiór opowiastek - owoc jednego, kursowego wieczoru).

*** Standard ***
Na izbę przyjęć trafił wystraszony pacjent, zgłaszając ciało obce w odbycie. Po krótkim wywiadzie, lekarz ustalił, że chodzi o wibrator, który żona pacjenta, w trakcie igraszek, wcisnęła zbyt głęboko w (pardąsik) tyłek męża.
Nic nowego... Nie takie rzeczy widział już ten szpital. Doktor ze stoickim spokojem zlecił zdjęcie RTG i oddał się innym służbowym czynnościom.
Jakież było jego zdziwienie, gdy wykonane zdjęcie nie uwidoczniło, tak dobrze znanych skądinąd kształtów zabawki w prostnicy pacjenta.
- Jak to..? - myślał zdumiony doktor - ...przecież zawsze tak ładnie rzutują te wszystkie "brzęczki" na kliszach, a tu ledwie jakieś smużenie widać w jelicie..?
- No, no... - dziwowały się inne doktory zawezwane na konsultację.
W końcu całą gromadą udali się na ponowny wywiad do pacjenta.
- Panie, mów pan jak na spowiedzi. Coś pan tam wsadził?
- Wibrator panie doktorze. Jak pragnę zdrowia... Taki anatomiczny kształt... i nie ja wsadziłem tylko żona...
- Duże to to było?
- Nie no... taki przeciętny rozmiar... Standardowy penis, panie doktorze...
Godzinę później, w zabiegu chirurgicznym uwidoczniono żelową zabawkę o anatomicznym kształcie prącia, długości bez mała trzydziestu centymetrów. Lekarze jeszcze długo i z zawstydzeniem rozmyślali nad przeciętnym rozmiarem standardowego penisa.

*** Warzywniak ***
Warzywa są zdrowe. Widać ta nie do końca właściwie pojęta idea przyświeca wszystkim pacjentom, którzy "instalują" sobie warzywne dary natury we własnych "siedzeniach". 
Z tego też powodu, w szpitalach nikogo już chyba nie dziwią amatorzy patisonów, kukurydzy, ogórków i innych jarzynowych uciech... Oryginalne bywają tylko tłumaczenia... Skąd to się tam wzięło?
- Z czym pan do nas trafił? - pyta lekarz pacjenta.
- Mam ziemniaka w pupie, doktorze... - odpowiada zawstydzony pacjent
- Doprawdy..? - kontynuuje niewzruszony doktor - A jakżeż on tam się znalazł?
- Przewróciłem się w sklepie warzywnym...
- Niesamowite... Chodzi pan do zieleniaka... bez spodni?

W wyniku starań dzielnych chirurgów odzyskano ziemniaka... (ku zdziwieniu, tudzież uciesze operujących) ...był obrany.

*** Corpus delicti ***
Trwa operacja.
Umordowany chirurg wyciąga z odbytu pacjenta, ciągle brzęczący wibrator. Z groźną miną podaje zabawkę pielęgniarce.
- Tylko żeby mi to nie zginęło..!

*** Pierwszy raz ***
Kolejny zabieg. Pikają monitory, syczą rury okadzaczo-zadymiaczy. Na stole feeria barw.
Zielone serwety odsłaniają  w polu operacyjnym sino-fioletowe prącie. W blasku lamp połyskuje coś jeszcze. To łożysko kulkowe, stalowa część bliżej nieokreślonego urządzenia mechanicznego, którą bezmyślny pacjent postanowił wcisnąć na własnego członka.
Jakiż cel mu przyświecał? Fetysz? Estetyka? A może nowy rodzaj napędu i minimalizacja sił tarcia? Na razie się tego nie dowiemy, gdyż pacjent chwilowo przebywa w krainie wiecznych łowów.
Nie śpią za to chirurdzy. Walczą... Próbują to z jednej, to znów z innej strony. Nie idzie tego zedrzeć.
A obrzęk narasta...
Gęstnieje atmosfera, posępnieją twarze ukryte pod maskami. W końcu zapada decyzja.
- Wołajcie pana Kazia..!
Szpitalna "złota rączka", w biegu gasi klubowego peta, zrzuca beretkę z antenką i myje zabrudzone smarami dłonie.
- Bzzzzz... bzzzzz.... - Szybkoobrotowa tarcza tnąca, w sprawnych rękach pana Kazia, raz, dwa, uwalnia umęczony narząd z okowów łożyska.
Napięcie opada, personel bije brawo, a pan Kaziu vel Władca Pierścieni, ocierając pot z czoła mówi dumnym głosem:
- Pierwszy raz operowałem..!

*** Rodzinny hardcore ***
Strapiony ojciec przywiózł do szpitala swoją zwichrowaną córę, "trwale złączoną" w miłosnym uścisku z najlepszym przyjacielem człowieka - owczarkiem niemieckim.
Po zabiegu odseparowania, chirurg wyszedł na korytarz do czekającego ojca i rzekł z troską w głosie:
- Proszę zabrać zięcia... Personel się go boi...

--------------
Oj było owej, kursowej nocy, tych opowieści bez liku...
Niestety bateria w komórce mi się wyładowała, a i ja, po kolejnej szklanicy palącego trunku, niespodziewanie opadłem z sił... Czego i Wam, Mili Czytelnicy życzę...
Na zdrowie :)

czwartek, 9 grudnia 2010

O ironio!

Dzień zacząłem od przeglądania wyjazdowej dokumentacji medycznej.
Karty zlecenia wyjazdu, skierowania, opisy wykonanych procedur, rozchód leków...
- No panowie, tak nie może k...a być! - dokonałem translacji swoich obaw na język zrozumiały dla ratowników medycznych.
- Papiery niewypełnione, książka rozchodowa pusta..! A gdzie daty?! Gdzie opis wykonanych procedur?! Ludzie! Za miesiąc jeden z drugim nie będzie pamiętał jakiego pacjenta wiózł. Z czym? Co przy nim zrobił..?! Tylko czekać, aż jakaś roszczeniowa rodzinka wymyśli uraz podczas transportu i przyjdzie ze świątecznymi życzeniami odszkodowania. Papiery rzecz ważna! Co w papierach stoi, to święte i nienaruszalne! - zakończyłem wzniesionym tonem kaznodziei... Niestety rzesza moich współpracowników nie dotrwała do końca kazania. Prysnęli do karetek już na dźwięk "No panowie..." I tylko jeden odważny zakwilił zza winkla:
- Te Crew... Nie pitol tylko się zbieraj bo wyjazd macie.
Trzasnąłem drzwiami karetki złorzecząc całemu ratowniczemu nasieniu /baczność/Prywatnej Placówki Medycznej/spocznij/. Kierowca odpalił silnik, a ja zagłębiłem się w lekturze Najświętszej Karty Zlecenia Wyjazdu.
Imię i nazwisko... Adres domowy... Rozpoznanie: "Podejrzenie złamania biodra lewego". Transport w pozycji leżącej do pracowni RTG. Podpis lekarza.
- No dobra... W drogę zatem.
* * *
Pod wskazanym adresem starsza kobieta leży na tapczanie.  Prawa noga wizualnie skrócona, stopa zrotowana na zewnątrz.
- Zaraz... Prawa..? - przekrzywiłem głowę analizując strony - A doktor napisał, że lewa...
- Proszę pani..! Co boli? - obrałem najszybszą metodę lokalizacji miejsca urazu.
- Ona nie odpowie... Zaawansowany Alzheimer... - słowa opiekunki wyjaśniły uporczywy wyraz pustki na twarzy pacjentki.
Niezrażony pierwszym niepowodzeniem przystąpiłem do prowizorycznego badania fizykalnego.
- Brak niestabilności, brak trzeszczeń, brak reakcji bólowej podczas badania - zapisałem w świętej karcie wyjazdowej.
Delikatnie umieściliśmy pacjentkę w karetce. Odjazd.
Opiekunka postanowiła na śmierć zagadać kierowcę w szoferce. W tym czasie ja podpiąłem chorą pod monitor i postawiłem śliczny "ptaszek" w kolejnej rubryce wykonanych procedur.
* * *
Kilka mgnień oka później wynik badania RTG rozwiał wszelkie wątpliwości. Złamanie szyjki kości udowej PRAWEJ.
- Kurczę, a doktor napisał, że lewej...- drapałem się po zafrasowanej łepetynie - ...i jeszcze, że po badaniu pacjentkę należy odwieźć do domu... Co w papierach, to święte, ale ze złamaniem wieźć do domu..? Lipa trochę...
- Halo, doktorze... Ja w sprawie pacjentki z RTG. Pan "był*" u niej na wizycie...
- ...
- Tak. Ta ze "złamanym biodrem"...
- ...
- Tak, tylko nie lewym, a prawym...
- ...
- Doktorze ja wiem, że w dokumentach jest lewe, ale na zdjęciu jak byk prawa jest trachnięta...
- ...!
- Ja nie podważam diagnozy... Ja tylko...
- ...
- Wiem, że na mnie zawsze można liczyć. Dziękuję... Aha... pan to powiedział z przekąsem..?
- ...
- To co robimy z pacjentką?
- ...!
- Do szpitala? Jasne, ale ja nie mam papierów do szpitala. Ja mam papiery na transport do domu.
- ...!!
- Ale jak bez skierowania?! Nie przyjmą bez skierowania. Skierowanie musi być!
- ...!!!
- Dobrze. Czyli jedziemy do pana po skierowanie, a potem do szpitala... Do zobaczenia.
* * *
Nim upłynęło kolejne kilka mgnień oka już pędziliśmy karetką do szpitala. Na moich kolanach dumnie lśniło nowiutkie skierowanie, na którym, wku..wiony jak sto pięćdziesiąt, doktor wykaligrafował:
Szpital "Mniejszy" w ................., ostry dyżur ortopedyczny.

- No i dobrze! - pomyślałem - Porządek musi być. A co w papierach, to święte!
- Telefon do pana... - opiekunka pacjentki podała mi swoją komórkę.
- Do mnie? - zdziwiłem się niepomiernie - A kto dzwoni?
- A syn tej pani... - wskazała palcem leżącą na noszach
Chwyciłem komórkę w dłoń, gotów na udzielanie niezbędnych informacji zdrowotnych.
- Ratownik medyczny, słucham..?
- Dzień dobry. Ja jestem synem pacjentki. Dokąd ją wieziecie?
- Do Szpitala "Mniejszego", na ortopedię.
- Oj nie możecie tam jechać. Ja mam znajomości i zaraz mamie załatwię miejsce w Szpitalu "Większym".
- Panie kochany, ja nie mogę wozić pacjentów tam gdzie rodzina sobie życzy! Ja mam dokumenty i wskazany szpital... I tam właśnie zawieziemy pacjentkę.
- Ale ja już jestem u znajomej i już załatwiam miejsce. W tej chwili wieźcie mamę do "Większego"!
- A na podstawie jakich dokumentów ją tam zawiozę?!
- A na podstawie tego, że ja panu mówię!
- A pan mi możesz mówić ile chcesz. Jedziemy do "Mniejszego"! Ja mam papiery, a co w papierach, to święte!
- Chwileczkę panie ratowniku... przekazuję telefon znajomej...
W słuchawce zadźwięczał energiczny damski głos.
- Dzień dobry. Mówi /baczność/Dyrektor Wielkiej Państwowej Placówki Medycznej/spocznij/ proszę przywieźć pacjentkę do nas.
- Ale ja mam skierowanie do...
- Nie interesuje mnie żadne bzdurne skierowanie! Przestań się pan stawiać i natychmiast wieźcie pacjentkę do nas..!
Cisza jaka nastała po tych słowach roztoczyła szerokie spektrum niewypowiedzianych konsekwencji i gróźb o charakterze służbowo-zawodowo-karierowym.
- W takim razie... jedziemy do Szpitala "Większego" - powiedziałem do kierowcy i zabrałem się do spisywania raportu z wyjazdu... 
...bo co w papierach, to święte... ;)

----------------------
* wizyta oczywiście telefoniczna.

sobota, 4 grudnia 2010

Opowieść (przed)wigilijna

Przedświąteczny czas to dla wielu "przykładnych rodzin" pora rozłąki z najbliższymi.
A to dziadek w domu zawadza i wytrzymać z nim nie można, a to na narty do Austrii by się jechać chciało, ale babka w mieszkaniu sama zostać nie może... I tak od pierwszych dni grudnia zaczyna się rodzinna spychologia i podrzucanie nestorów.
Do siostry? Nie... Był tam dziadek w zeszłe święta. Do szwagra? Szwagier sam ma kłopot z mamusią... Dom pomocy społecznej..? Za drogo i miejsc już od września brak... No to zostaje szpital...

I bujamy się z tymi dziadeczkami, babcinkami...
- Panie ratowniku, toż ona nie je od miesiąca! Jak nic do szpitala, pod kroplówkę musi!
A gdy zamkną się za nami magiczne drzwi karetki i rodzina zostanie na zewnątrz...
- Czemu pani jeść nie chce? Hmm?
- A bo nie dają, panie kochany...

Smutny dla nas ten przedświąteczny czas. Rok w rok te same historie i ciągle przywyknąć do draństwa nie mogę.
Dziś jednak było nieco inaczej... ale po kolei.

Opowieść (przed)wigilijna - historia z dwoma waria(n)tami zakończenia

Wieczorną porą wgapiam się w ekran telewizora. Smukłe siatkareczki skaczą za piłką, sędzia gwiżdże przejęty swoją rolą, tłumy szaleją... a mi się oczy same zamykają. Weekend, koniec pracy. Koniec śniegu, mrozu i zimnej karetki.
- Ach jak dobrze... - mruczy mój płat czołowy
- Dobrze, dobrze, dobrze... - wtórują przysadka, szyszynka i robak
- Zzzzz... chrrrr... - dodają sennie nagłośnia i podniebienie miękkie.
- A dupa! Nie pośpicie! - dziko wrzasnęły nadnercza i wyrzuciły potężną dawkę adrenaliny.

- Telefon dzwoni! - pomyślałem zrywając się na równe nogi - K...a, służbowy telefon! - z całej siły wyhukałem nogą o kant stoliczka.
- Dupa, dupa, dupa! - wrzeszczały nadnercza. Na wyświetlaczu telefonu widniały cztery złowrogie litery: SZEF
- Dobry wieczór panie Crew... Sprawę mam pilną i bardzo specjalną.
- Tak? - udałem zainteresowanie - O nie..! - jęknęły moje wszystkie płaty.
- Właśnie zadzwonił do mnie Bardzo Ważny Ktoś i poprosił o transport chorej mamusi. Pan rozumie jakie to dla mnie Bardzo Ważne..?
- Nigdzie nie jedziesz. Masz weekend!!! Heloooł!!! - Darły się struktury kresomózgowia
-Ależ oczywiście szefie - wyrecytowałem formułkę - Do którego szpitala zatem mamy zawieźć szanowną mamusię Bardzo Ważnego Ktosia?
- Nie DO szpitala tylko Z...
- Ojej... - zdziwiłem się niepomiernie.
- Masz pan tu numer do Ktosia i załatwcie to na cacy. Bardzo mi zależy!
- Jasna sprawa, szefie. Zrobi się.
- Cykor! Konformista! Pantof...
- Zamknąć się i robić co wam kazał! - Wrzasnął po żołniersku zdrowy rozsądek (który nie wiem jaką część mózgowia zasiedla) i uciszył całe pofałdowane towarzystwo.

"Chwilę" później mknęliśmy z partnerem (w sensie - kierowcą) przez noc i śniegi, goniąc co koń mechaniczny wyskoczy do szpitala, po szanowną mamusię Bardzo Ważnego Ktosia.
- Pani Polewa* - wyczytałem z papierów - I patrzaj... Taki ważny Ktoś, a pogotowie nie chciało mu zabrać rodzicielki do domku. Mają tupet chłopaki... A my, prywatni, wszystko weźmiemy. He he... Zwłaszcza jak Ważny Ktoś poprosi...
- Panie spraw żeby choć była lekka - zanosiłem błagania w ciemne niebo - Tak do siedemdziesięciu kilo... Plis...
Z zamyślenia wyrwał mnie odgłos gaszonego silnika.
- Jesteśmy? No to czekaj tu, a ja idę na zwiady. - mruknąłem do partnera (w sensie - kierowcy) i polazłem na Izbę Przyjęć, dumnie zwaną SORem.

- Dobry wieczór. Po panią Polewę przyjechaliśmy. Mamy zabrać do domu...
- Dobry wieczór - ziewnął lekarz dyżurny.
- A jaki tam dobry... - odziewnęła towarzyszka-pielęgniarka. - Po kogo przyjechaliście? Jak nazwisko?
- Polewa. Ponoć czeka od dziesiątej rano.
- A ja tam nie wiem od której... - mruknęła piguła - Ja od siódmej mam zmianę... Dziewiętnastej znaczy się. - dodała elokwentnie i uniosła łaskawie swe zgrabne jestestwo ponad siedzisko fotela.
- Tam se leży, w badalniku... - wskazała ręką - A nosze jakieś macie? Bo ona sama nie pójdzie...
- Mamy - odpowiedziałem - Chciałem tylko zobaczyć co i jak z pacjentką, a potem skoczę po nosze i mojego partnera... W sensie - kierowcę.
- Pójdę lepiej z panem... - jestestwo piguły wypłynęło przed ladę rejestracji i ruszyło w korytarz - ...jeszcze coś tam popsujecie...
 
Zakończenie - wariant pierwszy

- O to ta będzie... -  Stanęliśmy nad łóżkiem i drobnym ciałkiem śpiącej babcinki.
- Dzień dobry... - zacząłem budzić kobiecinę - Wstajemy... Do domku pojedziemy.
- Hy..? - pacjentka zawiesiła na mnie nic nierozumiejące spojrzenie i po chwili zamknęła oczy.
- No to idę po wsparcie - szepnąłem do pielęgniarki. Ta wykazała nagłe zainteresowanie tematem
- To gdzie ją zawieziecie? Do domu pomocy społecznej?
- Nie... Do domu... takiego prawdziwego... z własnym łóżkiem, choinką i Bardzo Ważną Rodzinką.
- Ho ho... - Zdziwiła się siostrzyczka i wręczyła mi plik papierów.
- No pewnie, że "ho ho" - zapatrzyłem się w jestestwo pielęgniarki - My byle kogo nie wozimy o takiej porze. - Wsadziłem dokumentację pod pachę i ruszyłem po partnera (w sensie - wiadomo).

Dwadzieścia minut później, nasza karetka zatrzymała się przed wielką hacjendą z gigantycznym, kostkowanym podjazdem.
- No proszę... Taka babciusia i taka chawira... - myślałem naciskając dzwonek domofonu.
- Ding - dong...
- Dobry wieczór. Przywieźliśmy pacjentkę...
- Jaką pacjentkę..? - zaskwierczał domofon.
- No mamusię na święta ze szpitala... przywieźliśmy...
- Czyją mamusię..? - zdenerwował się głos
- Och przepraszam... Może to babcia... jest..?
- Babcia?! Co to za głupie żarty?!?
- Ależ jakie żarty? Jesteśmy z Prywatnej Placówki Medycznej i mieliśmy przywieźć tu mamusię... znaczy pacjentkę...
- Ale moja mamusia już jest w domu! A babcia nie żyje..!

Rozpaczliwie chciałem wszystko wyjaśnić. Potwierdzić adres, opowiedzieć o Bardzo Ważnym Ktosiu i jego szanownej, chorej mamusi... Nie zdążyłem...
- Ehm, ehm... - kierowca odsunął mnie od głośniczka - Przepraszam najmocniej, a nie chcielibyście państwo na święta nowej babci? Co się będziemy bujać z powrotem, po nocy do szpitala?
- O rzesz w mordę kopany!!! - domofon zabulgotał wścieklizną
- Otwieram bramę! Za nią są dwa rottweilery!! A JAK WAM BĘDZIE MAŁO TO WEZWĘ OCHRONĘ OSIEDLA!!!
Dalsze groźby zginęły w trzasku zamykanych drzwi karetki. Darliśmy z osiedla wyjąc sygnałami. Po chwili, kierowca driftując w zaśnieżonym zakręcie wycedził przez zęby
- To ja wezmę babcię na wigilię... A ty na sylwestra...

Zakończenie - wariant drugi (prawdziwy)

- O to ta będzie... -  Stanęliśmy nad łóżkiem i drobnym ciałkiem śpiącej babcinki.
- Dzień dobry... - zacząłem budzić kobiecinę - Wstajemy... Do domku pojedziemy.
- Hy..? - pacjentka zawiesiła na mnie nic nierozumiejące spojrzenie i po chwili zamknęła oczy.
- No to idę po wsparcie - szepnąłem do pielęgniarki. Ta wykazała nagłe zainteresowanie tematem
- To gdzie ją zawieziecie? Do domu pomocy społecznej?
- Nie... Do domu... takiego prawdziwego... z własnym łóżkiem, choinką i Bardzo Ważną Rodzinką.
- Ho ho... - Zdziwiła się siostrzyczka i wręczyła mi plik papierów.
- No pewnie, że "ho ho" - zapatrzyłem się w dokumentację medyczną pacjentki - My byle kogo nie wozimy o takiej po... Chwileczkę... ale to nie są dokumenty tej pani!
- Jak to NIE TEJ PANI?! - zezłościła się pielęgniarka
- No tu jest inne nazwisko. Ta pani nazywa się Polewa, a papiery są na Popija. To nie te papiery... No chyba że... - straszliwa myśl przebiegła mi przez mózgownicę
- Chyba, że co? - wyjąkała speszona piguła
- Chyba, że to nie ta pacjentka..!
- Co pan opowiadasz?! - siostra zaczęła tarmosić kobietę - Halo, halo! Jak się pani nazywa?!
- Hy... - odsapnęła babcia i zamknęła oczy.
- Ja to zaraz sprawdzę w książce przyjęć... Popija, Polewa... zwariować można... Doktorze..! Jak się nazywa ta pacjentka w badalniku?
- Popija.
- O jezu! A Polewa?
- Polewa..? Pojechała pół godziny temu z pogotowiem.
- Do domu..?
- Tak... pomocy społecznej.
- O Jezu słodziutki... Panowie... - piguła spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem - weźmiecie panią Popiję?
- Ale jak to panią Popiję? - broniłem się nieśmiało.
- No weźmiecie Popiję do DPSu i odbierzecie Polewę... co..?
- Ale mieliśmy brać tylko Polewę...
- Oj Popija, Polewa... Co za różnica?! - warknęła pielęgniarka.

No tego już było za wiele jak na styraną psychikę ratownika.

- Pani kochaniutka... Co za różnica..? Żeby popić to trzeba polać, a żeby polać to trzeba mieć weekend! DOBRANOC!

--------------------
* Pani Popija - nazwisko tradycyjnie zmyślone. Zresztą... Popija, polewa... co za różnica? ;)

sobota, 25 września 2010

Bóg kocha zabawę cz.3

W poświacie szarego świtu zamajaczył kształt SS wracającego z rekonesansu.
- Mamy szczęście. - wycharczał strząsając deszcz z paramedycznej kurtki - Bezpieczniki są na ścianie naszego domku. Jedyny minus, że po jego zewnętrznej stronie.
- Wobec tego, nie pozostaje nam nic jak tylko rozpocząć testy obciążenia sieci elektrycznej - zawyrokowałem.
W tej beznadziejnej sytuacji wizja kilkunastu minut jakiegokolwiek zajęcia napawała mnie szczerym entuzjazmem.
Raźno przystąpiliśmy do prób i po jakimś czasie mieliśmy skonfigurowane większość urządzeń elektrycznych. Z każdą chwilą "lista nastawów i ustawień" zwiększała się o kolejne pozycje.
1. Oświetlenie wnętrza + farelka na drugim poziomie ogrzewania = obciążenie dopuszczalne.
2. Farelka + czajnik = przeciążenie i brak zasilania.
3. Suszarka do włosów (wiadomo czyja własność) i ładowarka do telefonu komórkowego pracowały stabilnie, ale już używanie "górnego" światła  podczas suszenia równało się ponownej wycieczce za domek w celu włączenia bezpieczników.
Po godzinie eksperymentów laboratorium doświadczalne opracowało Zestawienie Funkcjonowania Urządzeń Wysokiego i Średniego Napięcia w Warunkach Urągających. Dokument ratyfikowaliśmy własnymi podpisami, a następnie płynnie przeszliśmy do kolejnego punktu spotkania, jakim było uroczyste suszenie przemoczonych na deszczu kurtek i spodni. Niestety porządek uroczystości zakłóciła kolejna, niespodziewana awaria prądu.
Wytężając wzrok błyskawicznie przeanalizowałem wszystkie parametry z naszego Zestawienia.
- Co jest do jasnej cholery?! Przecież mieścimy się w normie poboru. Uruchomiliśmy tylko farelkę więc skąd ta awaria?!!?
Ptaszyna wychyliła głowę poza drzwi naszego domku.
- Ktoś włączył światło w kiblu... - wykrzyknęła odkrywczo - znaczy się w toalecie... dwa budynki dalej!
- Jezuniu... - pomyślałem zrezygnowany - ...czyli wszelkie konfiguracje możemy sobie wsadzić... na tym ośrodku prąd jest jak NOKIA - connecting people!*
Zgrabnym ruchem długopisu przekreśliłem nasz dokument, a na nowej kartce papieru napisałem:
LISTA DYŻURÓW PRZY KORKACH (bezpiecznikach)
Z owej listy wynikało jasno, że w przypadku nieoczekiwanych awarii sieci elektrycznej, mój dyżur na wstawanie, ubieranie się i wycieczkę za domek wypada gdzieś w godzinach wczesno-rannych.
Dokument powtórnie ratyfikowaliśmy i na tym sprawa bezpieczeństwa energetycznego została zamknięta.

W obliczu ponownej bezczynności i nudy oraz przerw w dostawach energii elektrycznej (światło w "kiblu" i te sprawy), udaliśmy się na oglądanie wewnętrznych stron własnych powiek. Kołysani deszczem i śpiewem wyznawców, usnęliśmy owinięci w śpiwory niczym "małe", brzydkie kokony, które niebawem zmienią się w piękne motyle, by wreszcie wyfrunąć za bramy tego ośrodka dla "wierzących inaczej".
* * *
Miałem cudny sen, w którym była już niedziela i wracaliśmy do domu, do firmy i naszych "normalnych" pacjentów. Nawet do mojego "normalnego" szefa tęskniłem w tym śnie błogim i spokojnym.
Z majaczeń wyrwał mnie odgłos pukania.
- Dzień dobry. - W drzwiach stała trójka ludzi. Starszy pan i dwie kobiety ubrane z "lekka" na hinduską modłę.
 - Nazywam się Włodzimierz Natchniony** i jestem tu szefem.
- Dzień dobry... - wyjąkała Ptaszyna - Proszę wejść. Nie stójcie państwo na deszczu.
Trójka dziwnych gości z namaszczeniem zdjęła buty w progu i boso wmaszerowali do naszej rezydencji.
- To moja małżonka Nadzieja Natchniona, z domu Oświecona - przedstawiał panie nasz "nowy szef"
- ...i moja córka Ucieczka Grzesznych-Natchniona.
- Przyszliśmy sprawdzić czy macie wszystko, czy nic wam nie potrzeba? Mamy nadzieję, że już się u nas zadomowiliście... - ciepłym głosem spytała Nadzieja Natchniona z domu Oświecona
- I chcieliśmy też zaprosić was na śniadanie... - wtórowała mamie Ucieczka -...ale widzę, że jeszcze śpicie... - dokończyła z żalem.
- Tak... odsypiamy... - samotnie walczyła Ptaszyna (ja i SS przezornie ani drgnęliśmy pod naszymi śpiworami, udając kamienny sen) - ...Wiecie państwo jak to jest. Całą noc w karetce. Zmęczeni byliśmy...
- Ach czymże jest zmęczenie i sen wobec zbliżającej się wieczności! - Natchniony zagrzmiał tonem kaznodziei - Niebawem czeka nas koniec świata! Przebiegunowanie!! Katastrofa!!! - podnosił głos i machał palcem wskazującym - Ale nie wszyscy będą mogli wejść do czwartego wymiaru! Powiadam wam, że nie wszyscy tam wejdą!! Ten ośrodek jest jak Arka Noego, jak okręt podwodny w bezkresie utopii, jak czubek góry, którego nie zaleją wody końca naszych czasów! Na szczęście guru nas zbawi, natchnie nas! I was też... - palec Natchnionego wskazywał to na Ptaszynę, to znów na nasze łóżka. - Dla reszty nie ma nadziei, nie ma ucieczki dla grzesznych i nieoświeconych albowiem powiadam wam...
- Oj Władziu! Skończ już z tym końcem świata..! - przerwała zniecierpliwiona Nadzieja Natchniona z domu Oświecona
- Właśnie tato! Skończ! - włączyła się Ucieczka Grzesznych-Natchniona - A wy przyjdźcie na śniadanie jak już się panowie medycy obudzą... O ile jeszcze się nie obudzili przy tym pohukiwaniu taty - dodała podejrzliwie patrząc w stronę naszych pryczy.
Chwilę później cała trójka obuła się w progu i wyszła, zostawiając nas w stanie skrajnego osłupienia.
Za ścianą monotonny śpiew "o ma na sziwa jeee..." zmienił się w bardziej znane "hare kriszna hare rama...", by po kilku minutach przerodzić się w... "pan jest pasterzem mooooim, niczego mi nie braaaknieee..."
I ta zmienność repertuaru, niczym wokalno-religijny obuch, sprowadziła nas ostatecznie do stanu mentalnej nieprzytomności.
W umysłowej drętwocie i teologicznym skostnieniu, pora śniadania minęła bezpowrotnie... Trwaliśmy tak, w głodnym bezruchu...

CIĄG DALSZY NASTĄPI

------------------------
* Post nie jest sponsorowany przez Nokię [...ale jeszcze może być... jestem gotów na negocjacje cenowe ;P ]
** Personalia oczywiście fikcyjne [ ...jak i połowa tego "sprawozdania" ;) ]

poniedziałek, 20 września 2010

Bóg kocha zabawę cz.2

Poprzednia część tutaj.
* * *
Para powolutku spełzała z moich okularów odsłaniając ciemne wnętrze kempingowej chatki.
Syn Szefa nadal tkwił w bezruchu kryjąc twarz w dłoniach. Ratowniczka Ptaszyna zatopiła się w obserwacjach wilgotnej mgiełki ulatującej z każdym jej oddechem. Spojrzałem na zegarek.
- Piąta dwadzieścia. Środa. Ranek... Ja pierdziu... co ja tu robię?! Co my tu będziemy robić do niedzieli??! - Ogarnęła mnie czarna rozpacz.
O ma na sziwa jeee... Śpiew i łomot bębnów przenikał przez cienkie tekturowe ścianki i nieustannie wibrował pod sklepieniem chatki. Spojrzałem przez okno na tonący w deszczu ośrodek, na las wyłaniający się z szarości poranka. Ale deprecha.
- Trzeba się czymś zająć - pomyślałem - koniecznie znaleźć sobie coś do roboty. Inaczej zwariujemy tu! - w myślach układałem plan zajęć terapeutycznych - Zaczniemy od ogrzewania tego tekturowego apartamentu. Potem jakaś gorąca herbata, kawa. Posprzątamy tu trochę, ogarniemy tę pustkę, zmajstrujemy ambulatorium polowe i czas jakoś zleci...
Piętnaście (!!!) minut później było po robocie. Przyniosłem farelkę z karetki i włączyłem ciepły nadmuch, poukładałem nasz skromny dobytek, poprzestawiałem graty z kąta w kąt. Jeszcze raz zerknąłem na cyferblacik zegarka i popadłem w melancholijną zadumę.
- Cooo?!? k...mać! Piąta trzydzieści pięć?! Piętnaście pieprzonych minut dopiero?! Ja p... Co ten ich guru jakiś czasowstrzymywacz włączył??! - ręce mi opadły do samej ziemi.
Z hangaru przestały płynąć chóralne śpiewy. Bębny umilkły, za to zaczął do nas dobiegać rytmiczny dźwięk stękania i jęku, który żywo przypominał... hm... miłosną ekstazę o regularnej fazie wznoszenia i opadania. Jęczący za ścianą to przyspieszali, to znów zwalniali tempo. Obłęd jakiś*
- Może pójdziesz po wodę na herbatę? - wyznaczyłem Ptaszynę na ochotnika do tej samobójczej misji, bowiem zadanie przejścia obok hangaru po brzegi wypełnionego jęczącymi ludźmi wymagało osoby bezkrytycznie pozytywnie nastawionej do życia. Takiej, która wchodząc w ogromną psią kupę powie z uśmiechem "Ojej, ale ubaw..." i wlezie w tę kupę drugą nogą. Ratownik medyczny Ptaszyna idealnie pasowała do profilu psychologicznego kamikaze. Schwyciła elektryczny czajnik i raźnym krokiem pomaszerowała w jęczącą, mokrą szarość świtu.
Ani ja, ani nieruchomo tkwiący na łóżku Syn Szefa nie byliśmy w stanie wypełnić tej misji. Staraliśmy się za to wypełnić przestrzeń jakąś konwersacją w celu zagłuszenia wyrzutów sumienia i stękań dobiegających zza ściany.
- Ech... westchnął SS (SzefaSyn) i drgnął na pryczy.
- Ech... podjąłem ochoczo wątek dyskusji.
-Ech, ech, ech... - wtórowali z hangaru wyznawcy Nie-Wiadomo-Czego.
- Nie obraź się - zagaiłem do SS przekrzykując szczytowanie za ścianą - ale musiałeś chyba nieźle ojcu podpaść, że cię tu zesłał..?
- No właśnie nie wiem, co go napadło. Próbowałem perswadować. Nic z tego... "Masz jechać i koniec!" - jęknął rozżalony - A ja nawet formalnie jeszcze lekarzem nie jestem.
Po tych słowach latorośl /baczność/ Dyrektora Placówki Medycznej /spocznij/ zaczęła zdzierać z polarowej bluzy odblaskowe plakietki z napisem "LEKARZ".
- No ładnie! - pomyślałem - To zostaliśmy bez lekarza, w samym środku leśnej głuszy. Niech święte Nie-Wiadomo-Co ma nas w swojej opiece!
Cokolwiek by jednak nie rzec, muszę przyznać, że tym wyznaniem i gestem zdzierania plakietek młody prawie-lekarz bardzo mi zaimponował. Znam wielu, którzy na jego miejscu już by otwierali gabinety, latali ze szczerozłotym stetoskopem na szyi i "leczyli" własne ego plakietką z "lek." przed nazwiskiem. A ten proszę, skromniutki, cichutki i plakietki zdziera aż wióry lecą. Szacun :)

Nasz "burzliwy dyskurs" przerwało nagłe wtargnięcie Ptaszyny. W czajniczku obiecująco chlupała woda, co świadczyło o powodzeniu misji.
- Ojej, ale ubaw! - zaćwierkała uśmiechnięta
- A co..? Wlazłaś w kupę..? - zapytałem wiedziony podświadomą projekcją profilu psychologicznego ratowniczki
- Nieee... - odparła niepewnie oglądając podeszwy - ...ale z bliska oni jeszcze bardziej tam jęczą i stękają. Masakra jakaś! Ale ubaw! - dojrzały banan nie schodził jej z twarzy.
Wymieniliśmy z SS znaczące spojrzenia.
- Zwariowała..! Albo już ją zaczarowali..! - Zgroza wyzierała z naszych ponurych fizis.
- Prędko! Herbata, kawa..! - pomyślałem w panice - Cokolwiek na podniesienie morale zespołu medycznego! Spirytus, skinsept z karetki... Cokolwiek!
Niezwykle krótką chwilunię później grzaliśmy dłonie w ciepłych podmuchach farelki. Brudny klosz sufitowej lampy smagał wnętrze domku beżowym światłem. Zrobiło się jakby przytulniej, mniej strasznie...
- Włączam czajnik. Kto co pije? - spytała Ptaszyna rutynowym tonem stewardessy.
- Kawę... - wystękał rozmarzonym głosem SS
- Herbatkę malinową - zawtórowałem z głośnym mlaskiem języka
- Robi się! - Odpowiedziała bananowa Ptaszyna wciskając guziczek na czajniku.
I nagle wszystkim pociemniało przed oczami. Wokół zapadły egipskie... szarości. Światło zgasło, farelka umilkła. Słychać było tylko deszcz i... a jakże... jęki wyznawców.
- Wywaliło korki k...mać! - podsumował rzeczowo SS
- No pewnie... - pomyślałem, a poziom mojego wewnętrznego wkurwu osiągnął apogeum - Farelka, światło, czajnik... Nie za dużo luksusu w tym cholernym Grand Hotelu?! To teraz będziemy iskry krzesać, ognisko rozpalać, latać na golasa i stękać jak ci w hangarze!!!
- Ojej, ale ubaw... - wyszeptała ratowniczka.
W panujących szarościach nie widziałem banana na jej twarzy, ale mogłem się założyć, że ON TAM BYŁ!!!


CIĄG DALSZY NASTĄPI
--------------
* Dopiero w godzinach popołudniowych "obłęd" został wyjaśniony, a nasze podejrzenia co do "zbiorowych niecnych praktyk" rozwiały się w obliczu wizualizacji ćwiczeń oddechowych. Na własne oczy zobaczyliśmy jak sto pięćdziesiąt osób ćwiczy oddech. Na własne uszy porównaliśmy dźwięki z porannymi. Zgodność została potwierdzona. Kosmate myśli uleciały precz :)

sobota, 18 września 2010

Bóg kocha zabawę cz.1

"Spoglądaj na życie jak na grę, jak na zabawę. Ty jesteś Bogiem i wiesz o tym. Ja jestem Bogiem i wiem to. Więc się pobawmy [...] Nie będziesz sobie zawracał głowy zyskiem materialnym, duchowym czy jakimkolwiek. Nie ma nic do zyskania, ani też nic do stracenia. Tym, co robisz, nie możesz się Bogu ani przypodobać, ani go obrazić [...] Przyszedłeś na ten świat by odetchnąć, zabawić się, poobserwować, zobaczyć, co tu się dzieje. Żyjąc na tym świecie, żyj uważnie, bądź czujny i obserwuj wszystko, co się tu rozgrywa. Przednia zabawa [...] Bóg kocha zabawę."
Sri Sri Ravi Shankar*

"Przez kilka wrześniowych dni patrzyłem na życie jak na grę i zabawę. Żyłem uważnie, byłem czujny, obserwowałem. Nie czułem się Bogiem i nie czułem Boga w Guru Ravim, ale cóż ja maluczki, niewierny i nieoświecony mogę poczuć..? Jedno wiem na pewno. "Zabawa" faktycznie była przednia ;)"
Cre(w)master**

Przywilejem, prawem i obowiązkiem każdego szefa jest zarządzać swoimi pracownikami. Z tegoż przywileju skwapliwie korzysta również mój szef /baczność/ Dyrektor Placówki Medycznej /spocznij/, przekuwając słowa swoje w prawo. A zaprawdę powiadam Wam, prawo przez szefa nakazane, najświętszym obowiązkiem pracownika się staje - i bez gadania!
* * *
- Panie Crew. Mam pewne zobowiązania, które muszę wypełnić. Weźmiecie zatem karetkę, najlepszą jaką tylko mamy. Weźmiecie personel medyczny w postaci ratowniczki medycznej. Weźmiecie wreszcie syna mego pierworodnego (świeżo po studiach lekarskich a świeżo przed stażem) i pojedziecie w siną dal jako obsługa medyczna imprezy podejrzanej i niepewnej etycznie. Tylko się tam pilnujcie! Na indoktrynacje bądźcie odporni, na wiarę pogańską wyczuleni... i syna mi nie zatraćcie! Odmaszerować, w imię ojca i syna...!
* * *
W ten oto sposób, wrześniowym wczesnym porankiem, "najlepsza" firmowa karetka zatrzymała się w głębokim lesie przed zamkniętą na głucho bramą ośrodka. Za tym ogrodzeniem miał roztaczać się świat sekty jakowejś "podejrzanej i niepewnej etycznie", wyznawców Nie-Wiadomo-Czego, czcicieli wielkiego guru - przywódcy i nauczyciela. Aż strach było patrzeć poprzez mgłę i deszcz na te zabudowania tonące w półmroku dżdżystego poranka.
- Diabli wiedzą co wyskoczy z tych domków... - mruknął niepewnie Syn Szefa, poprawiając się w fotelu pasażera.
- Oj tak... - pomyślałem - ...a ponadto diabli wiedzą jak my tu wytrzymamy cztery dni i noce, trzysta kilometrów od domu, w tym zimnie, deszczu, z wyznawcami i ich guru, z synem szefa i "najlepszą" karetką, która tylko czeka żeby się zepsuć.
Wszystko to przemknęło przez moją głowę lecz skwapliwie nie zostało zamienione w dźwięki artykułowane. Zamiast tego postanowiłem wypowiedzieć jakąś sentencję krzepiącą i podnoszącą zespół na duchu.
- Mam nadzieję, że nie myślą o żadnym końcu świata i rytualnym, zbiorowym sepuku... Ich sześciuset, nas troje. Nie obrobilibyśmy wszystkiego ;)
Nie zdążyłem zaobserwować jak wzrasta morale zespołu medycznego, gdyż w tej właśnie chwili z mgły i mroku wyłonił się zarys pana ochroniarza.
- Tam... - mruknął zarys i wskazał kierunek naszego przemieszczania. - Tam pod domek - dokończył nieufnie i poszedł przodem.

Kilka minut później przekazano nam naszą czterodniową kwaterę. Mały domek kempingowy o tekturowych ścianach, tak cienkich, że najmniejszy upadek na nie skończyłby się powiększeniem przestrzeni mieszkalnej o odkryty taras widokowy. Wewnątrz obecne i zauważalne były trzy łóżka, intensywny zapach kadzidła, wilgoć i szczeliny konstrukcyjne zdolne wpuścić do środka leśnego zwierza pokroju rysia lub wyrośniętego kota.
- Nie jest tak źle... Tylko zimno trochę... - wyjąkała wiecznie pozytywna Ratowniczka.
Syn Szefa w milczeniu usiadł na łóżku i zatopił twarz w dłoniach.
Z dużego hangaru tuż obok popłynęły zbiorowe dźwięki układające się w monotonne O ma na sziwa jeeee... Chwilę później zawtórował im rytmiczny łomot bębnów i tam-tamów.
- O kurwa... - westchnąłem filozoficznie, a moje okulary natychmiast zaparowały.
-...ale będzie zabawa...

CIĄG DALSZY NASTĄPI

----------------------
* Sri Sri Ravi Shankar - Założyciel i guru Fundacji Art of Living. Człowiek bez wątpienia nietuzinkowy i kontrowersyjny, czczony i uwielbiany przez swoich uczniów oraz "wyznawców". Więcej o nim i jego fundacji można znaleźć w necie, a także w dalszych częściach mojej historii :)
** Cre(w)master - Autor niniejszego, zapuszczonego nieco bloga. Przebrzydły laik i ateista. Nieoświecony poganin, granatem wyrwany ze świata szkiełka i oka. Skazany na czterodniowe wygnanie i przebywanie w środowisku przesyconym wiarą, radością oraz nieznaną duchowością, wciąż nie mogąc wyjść z osłupienia, postanowił spisać swoje przeżycia i obserwacje, bacząc przy tym, aby nadmierne szyderstwo i subiektywne osądy nie biły zanadto oświeconych czytelników po oczach.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Urlopowo

Nareszcie! :D
Nie ma mnie. Odpływam...
Prostuję sobie psychikę za pomocą forsownego marszu w góry :)
Odezwę się, o ile nałapię trochę internetu do plecaka.

sobota, 17 lipca 2010

Brzydkie kaczątka

Bajka całkowicie apolityczna :)

Z dalekiego, kapitalistycznego Zachodu ktoś przywiózł jajko idei. Przywiózł i zostawił...
Nie bardzo wiedziały "mądre głowy", co począć z obcym jajkiem. 
Narady, konferencje, sympozja...
- Ugotujmy je!
- Zróbmy wydmuszkę!
- Nigdy! Wysiedzimy je!
Kłótnie trwały w najlepsze, aż któregoś dnia skorupka sama pękła...
Z jajka wyskoczyły brzydkie kaczątka.
* * *
Wykluły się w postpeerelowskiej Polsce i nikt nie wiedział skąd są, czyje są i po co przyszły na świat.
Niezdarnie biegały w pokracznych, zielonych wdziankach z napisem "ratownik medyczny" na plecach. Z początku cichutkie, zahukane, plątały się z kąta w kąt.
Oj bolesne były dziobnięcia starych kogutów-sanitariuszy. Syczały gąski-pielęgniarki, gdakały kury-salowe. Raban się zrobił w kurniku, że hej.
- A co to, kto to? A na co to-to?
I tylko łabędzie-lek.med. dostojnie pływały po ogromnym stawie wiedzy medycznej, zdając się nie dostrzegać małych, zielonych brzydali.
Po jakimś czasie menażeria przywykła do kaczątek i hałas ucichł. Zaczęło się inne gdakanie.
- A zanieś to-to. A podnieś to-to. Dźwigaj, ścigaj i broń Boże nie próbuj wypływać na staw do łabędzi!
Słuchały się kaczątka, bo jakże tak starszego drobiu nie posłuchać. W dziób można zarobić i tyle dobrego...
Mijały lata...
W kurniku służby zdrowia zaszły zmiany, zmieniły się też kaczątka. Podrosły, okrzepły. Zielone wdzianka poszły w kąt. Zaczerwieniło się na stacjach pogotowia od koszulek, polarów, kurtek. Poświata biła z odblaskowych emblematów. I zaczął się kaczy-lans.
- Jesteśmy piękni i młodzi - zachwycały się kaczorki podziwiając własne odbicia w lustrze podwórkowej kałuży - ...i mądrzy, że hej... - dodawały w myślach.
Rozpoczęły się pierwsze próby pływania po bajorku medycznej wiedzy. Wodowały kaczorki, ślizgając się ledwie po powierzchni sadzawki, ale głębia pobliskiego stawu wciąż była nieosiągalna... i te łabędzie...
- A na co nam łabędzie? Tak wiele już możemy. Same w świat ruszymy, by świat się o nas wreszcie dowiedział! Chodźmy w prawo!
- W jakie prawo?! Prosto przed siebie!
- Panowie, źle idziemy! W lewo trzeba skręcić!
- Nigdy! Tylko w prawo!
I zaczęło się darcie pierza. Kaczorkowe związki zawodowe, stowarzyszenia, towarzystwa... A jedno lepsze od drugiego.
- A tak mało nam płacą! Kwa, kwa!
- A nikt nas nie szanuje! Kwa.
- A nam się należy!
- Gąski są głupie, z kurami nie gadamy. Kwa. Nikt nas nie lubi!
- W ogóle sami siebie nie lubimy!
I dalej się kopać po kaczych kuperkach.
A niech tylko który spróbował wypłynąć na staw wiedzy medycznej.
- Zdrajca! Kwa, kwa!
- Kolaborant! Kwa!
- Do łabędzi mu się zachciewa!
- Panowie, zatopić go cegłą! Raa-zem!
Dziwiły się gąski, bulwersowały kury...
- Patrz pani. Znowu się kaczki leją.
- A głupie to-to, pani gąskowa. Tylko wrzeszczeć potrafią!
- Niech no tylko łabędź przypłynie. Zaraz o wszystkim powiemy.

* * *
Tłukły się kaczątka zaciekle i tłuką do dziś.
Kiedy na krótką chwilę nastaje spokój i wydarte pióra opadają na ziemię, widzimy wyraźnie, że wciąż jesteśmy w tym samym, mentalnie żałosnym kurniku. Tkwimy po kostki w medycznej sadzawce, tęsknie spoglądając w stronę stawu z łabędziami. A przecież mieliśmy iść w świat...

Zapytajcie ludzi - kim jest ratownik medyczny?
Odpowiedzą, że to pan z gwizdkiem, siedzący nad morzem lub na basenie.
- A ten w karetce, ubrany na czerwono?
- To sanitariusz jest, konwojent, tragarz pacjentów i sprzętu...
I wiecie co..? Ludzie mają rację.
To siedzi gdzieś głęboko w naszych, kaczorkowych głowach. Uczyć się nie chce, pracować się nie chce. A szacunek społeczeństwa i współpracowników mi się należy, bo "jestem ładny, no i medyczny..."
Nie tędy droga do świata szerokiego.
Czas się ogarnąć.
Wyjdźmy z kurnika, z bajorka i sadzawki. Uczmy się od lepszych i mądrzejszych, a przede wszystkim... przestańmy "robić" we własne gniazdo! Panowie Koledzy... Kwa, kwa!

* * *
- Mamo, a kim jest ten pan w czerwonym ubraniu z odblaskami?
- To sanitariusz córeczko.
- A kto to jest sanitariusz?
- Hm... To taki ani nie lekarz, ani nie pielęgniarz... Takie brzydkie kaczątko.

piątek, 16 lipca 2010

E-dukacyja - suplement

Najpierw foto-dowcip (po lewej)
Bo ile razy patrzę na to zdjęcie, zawsze mam nadzieję, że to JEDNAK dowcip... : \

Poniżej znajdziecie prawidłowe odpowiedzi do testu.
Cały test i algorytmy postępowania oparte są na Wytycznych Europejskiej Rady Resuscytacji z roku 2005 (wciąż jeszcze "obowiązujących" - zmiany mają być wprowadzone w grudniu b.r.)
Aby wyskrobać odrobinę wartości edukacyjnych, do każdej odpowiedzi dołączyłem "krótki" komentarz wyjaśniający postępowanie. Starałem się używać jak najmniej medycznej nomenklatury, aby wszystko było w miarę zrozumiałe dla większości czytelników. Zapraszam do ewentualnej dyskusji w komentarzach i jednocześnie, w trudniejszych momentach, liczę na życzliwą pomoc naszych 'guru' of anesthesia ;) oraz wszystkich, którzy zechcą zabrać głos w tej sprawie.
Wszelkie krytyczne uwagi, zastrzeżenia merytoryczne i praktyczne również przyjmuję na klatę ;)

czwartek, 15 lipca 2010

E-dukacyja - prolog

Wiem, wiem... Upały, duchota, parnota, mózg się wszystkim lasuje, a mnie na eksperymenty wzięło.

Impulsem do działania było kilka artykułów znalezionych w lokalnej prasie. Sezon ogórkowy w pełni, poważnych tematów brak, więc redaktory łapią się czego mogą. Rekordy popularności bije poradnictwo z gatunku know-how.

"Sporty ekstremalne w weekend, czyli biwak w Nowej Hucie"
"Rozbijanie namiotu typu igloo bez doktoratu z NASA"
"Pierwsza pomoc - lecz się sam, czyli wakacyjne wpadki i wypadki"
No właśnie...
Przeczytałem serię tekstów, w których autor przedstawia różniste wakacyjne dolegliwości i "naukowe" metody radzenia sobie z nimi.
Z każdym kolejny zdaniem oczy mi się robiły coraz większe i większe...
- Masakra! Kto im to sprawdza, zatwierdza..? Skąd takie herezje? Ludzie to czytają i potem "ładne kwiatki" lądują w szpitalach, pogotowiach oraz innych placówkach zdrowia (nadwątlonego).

I wtedy pojawił się pomysł.
- Może taki redaktor pisać głupoty w gazecie..? Mogę i ja... na blogu :)
* * *
Niniejszym, tytułem eksperymentu, pragnę zainaugurować cykl E-learning'u poświęcony pierwszej pomocy.

E-dukacyja, czyli co każdy o bliźnich ratowaniu wiedzieć winien.

Oczywiście nic na siłę. Jeśli komuś ma baniak eksplodować od myśli natłoku i upałów, to lepiej odpuścić.
Jak się pomysł nie przyjmie - skończymy projekt na jednym poście :)

Na pierwszy ogień, w ramach przegrzewania uzwojenia pod kopułą, proponuję wypełnienie testu :)
Piętnaście prościutkich pytań-scenek dotyczących wyłącznie pierwszej pomocy w stanach nieurazowych (utrata przytomności, nagłe zatrzymanie krążenia).
W każdym pytaniu należy wskazać tylko jedną, właściwą odpowiedź. Aby sprawdzić swój wynik, po udzieleniu odpowiedzi na wszystkie pytania, należy kliknąć przycisk "DODAJ" - tuż pod testem.
Niestety test nie posiada opcji podpowiadania poprawnych odpowiedzi. Jeśli ktoś będzie zainteresowany - wrzucę ściągę w kolejnym poście.
Odważniejszych zapraszam do dzielenia się swoimi wynikami w komentarzach :)


wtorek, 13 lipca 2010

Dwie strony medalu

Ósma rano... chłód jakby zelżał... Znów upał i miraże sprzyjające parafilozoficznym obserwacjom. A z każdym kolejnym stopniem Celsjusza, wizje nabierają fantastycznych kształtów i kolorów :)

* * *
Dualizm świata pochłania nas nawet w najbardziej przyziemnych sprawach naszego życia. Dobro i zło, wilk i zając, Gargamel i smerfy, Bolek i Lolek... początek i koniec. Tak, tak... Świat ma końce... i początki.
Nawet samo dobro i samo zło mają swój początek i koniec. Już starożytni Polanie mawiali w przysłowiu: "Miłe złego początki lecz koniec żałosny" albo "Wszystko, co dobre, dobrze się kończ..." (Yyyy... to akurat chyba głupi przykład jest...) W każdym razie "koniec tego dobrego".
Zostawmy Polan(o), weźmy taki kij... Ma dwa końce?
Ma! I wbrew pozorom istotnym jest fakt, na którym końcu kija się znajdujemy. Szczególnego znaczenia nabiera to wówczas, gdy ktoś nas zaczyna tym kijem okładać. W tej prostej, od zarania dziejów znanej czynności, również przejawia się dualizm świata... i relatywizm. Bo ten który okłada znajduje się na początku kija, a okładany jest oczywiście na jego końcu. Kto jest na początku ten ma dobrze, a kto końcem kijaszka jest smagany ten... wiadomo. Początek i koniec. Odwieczna walka dobra ze złem. A wszystko zależy od kija strony.
Bo świat, jak drąg, oprócz końców ma też strony.
Wszystko, co nas otacza, ma jakieś strony. Dobre i złe, lewe i prawe, stronę wierzchnią i podszewkę...
Gitara, na ten przykład, ma stron sześć, a sam świat ma cztery główne i każdy może sobie wybrać dokąd chce się udać. Niektórzy wybierają jeszcze piątą stronę idąc w tzw. cholerę... i dobrze (z Bogiem).
Panowie, kiedy czują, że już muszą, bez żenady idą "na stronę". Panie raczej od tego stronią, ale jeśli je zdrowo przypili, też szukają ustronnego miejsca.
We współczesnym świecie wszyscy jesteśmy stronniczy, a w najlepszym razie "postronni". Obgadujemy bliźnich na wszystkie str... kierunki, z lubością korzystając ze strony biernej, jednocześnie siebie zawsze chcemy ukazać z jak najlepszej strony. Tym samym stajemy się stroną w ewentualnym konflikcie i narażamy na przebywanie po niewłaściwej stronie kija. A kij, jak już wiemy, ma... początek i koniec. Dualizm i relatywizm w stosunkach międzyludzkich...
Kto w dzisiejszych, ciężkich czasach pozostaje bezstronny, zasługuje na order albo lepiej - medal... Tylko, że medal, nawet ten najbardziej lśniący i honorowy, też ma dwie strony. I tu dochodzimy do sedna sprawy.

-----
- Gość bredzi - pomyślicie.
- Odrobinkę, to z upału i zgryzoty... Niemniej jednak, wylawszy na głowę kubeł zimnej wody, przedstawiam sedno (najtrzeźwiej jak potrafię).
* * *
Żar leje się z nieba. Termometr zewnętrzny na parkingu przed /baczność/Placówką Medyczną/spocznij/ wskazuje 36,2 C. 
Ile stopni jest w przedziale medycznym karetki (bez klimatyzacji!) - nie chcę nawet wiedzieć. Zresztą i tak nie zobaczę, pot zalewa oczy... Wysiadamy z auta.
- Szefie (sapanie), kupi pan nową karetkę?
- Nową karetkę?! Wam to się już całkiem w głowach poprzewracało!
- Szefie (rzężenie), ale taką z klimatyzacją...
- No w sumie z klimatyzacją można by... choć z drugiej strony, ta przecież jest jeszcze całkiem na medal. A w środku macie wiatraczek... Tylko was trzeba kijem do roboty zaganiać!

* * *
Dualizm i relatywizm... Kto nadal nie rozumie moich majaczeń... zapraszam do karetki (bez klimy oczywiście), tu wszystko staje się jasne - jak SŁOŃCE :)
A karetki w naszej placówce medycznej są na medal...
Poniżej przykładowy awers naszego ambulansu (czyli jak to widzi szef). Jeśli ktoś chce ujrzeć rewers (nasz punkt widzenia), proszę klik na foto...


...wody... Dajcie więcej wody...

poniedziałek, 12 lipca 2010

Okiem przemysłowej kamery

Taka przemysłówka z jednym, szklanym okiem to ma dopiero nudne "życie".
Tkwi przez cały czas w stałym mocowaniu i gapi się w punkt jak sroka w gnat. Czasem anonimowa dłoń operatora przesunie obraz pod innym kątem, ewentualnie zrobi zbliżenie i dalej nuda... Czarno-biały, zaśnieżony obraz.
Z rzadka ktoś wlezie w nieruchomy kadr. Jakaś migdaląca się parka, złodziejaszek albo pijaczek z ulgą "odbarczający pęcherz". Wejdą, wyjdą... pozostanie tylko martwy industrial. I tak całymi godzinami, dniami tygodniami.
Ale są takie kamery, które mogą opowiedzieć zupełnie inne historie:

29 cze 2010, 20:04:15
Nieruchoma scena. Ciemniejący w zachodzącym słońcu obraz odsłania zarys drewnianej wiaty z miejscem grillowym, małym paleniskiem i niewielkim stosem śmieci. W niedalekim tle majaczą budynki miasteczka akademickiego. Pusto, cicho...

29 cze 2010, 20:05:25
Obraz ożywa. W kadr wkraczają postacie studentów. Młodzi mężczyźni instalują grill, rozwijają papier odsłaniając wyroby mięsopodobne, obstawiają się baterią aluminiowych puszek z chmielową dobrocią.

29 cze 2010. 21:20:53
Ekspresja ruchów płynie w obiektyw kamery. Zamaszyste gesty, uśmiechnięte twarze, toasty. Grillowy dym radośnie przesłaniający obraz na ułamki sekund. Koniec udanej sesji egzaminacyjnej.

29 cze 2010 21:22:48
Snop światła z żarówki pod wiatą rozjaśnia plan, na którym trwa w najlepsze niema zabawa.
W prawym, dolnym rogu, z półmroku wyłania się przygarbiona postać. Podarta marynarka, krótkie nogawki, zniszczona, foliowa torba w dłoni.
Postać wolną ręką zbiera aluminiowe puszki i butelki. W zgarbieniu krąży wokół światła. W jej kierunku lecą ochłapy studenckiej zabawy. Zmięte aluminium z resztką złocistego płynu, stłuszczone papiery, szkło - wszystko upada na trawę tuż przed wiatą.

29 cze 2010 21:23:05
Postać spiesznym truchtem zbliża się do nowych skarbów łaskawie rzuconych przez świętująca szlachtę. Pochyla się w nabożnym skupieniu sięgając po aluminium... Nagle upada, nieruchomieje zgarbiona w snopie żarówkowego światła...

29 cze 2010 23:00:54
Kontrastowy obraz widzi przemysłowa kamera. Światło pod wiatą i mrok tuż obok, świętujących studentów i nieruchomą postać skuloną "w progu". Ruch i bezruch, radość i smutek, życie i... śmierć?
I jeszcze obojętność dostrzega kamera... Niemal mechaniczny brak zainteresowania ludzkim losem.

29 cze 2010 23:19:10
W świetle pojawia się jeszcze ktoś. Młoda dziewczyna wkracza w kadr od strony ulicy. Ostrożnie podchodzi do leżącego. Odwraca go na plecy, pochyla się nad twarzą, wyciąga telefon zdając się krzyczeć coś w stronę  ludzi spod wiaty...

29 cze 2010 23:55:12
Zbyt dużo dynamicznych scen jak na jeden dzień i jedną przemysłową kamerę. Migające światła karetki i radiowozów, auto zakładu pogrzebowego, gestykulujący studenci, prokurator, rektor... A wszystko jak w żarówkowym kalejdoskopie. Sekunda po sekundzie, minuta po minucie, godzina po godzinie.

30 cze 2010 00:12:23
Wszystko zgasło, znieruchomiało w zimnym oku kamery.
...Został tylko martwy industrial... i jakiś obojętny niesmak... mechaniczny niemal...
* * *
Kodeks Karny
art. 162
§ 1. Kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Nie popełnia przestępstwa, kto nie udziela pomocy, do której jest konieczne poddanie się zabiegowi lekarskiemu albo w warunkach, w których możliwa jest niezwłoczna pomoc ze strony instytucji lub osoby do tego powołanej.
 
Ustawa o Państwowym Ratownictwie Medycznym
art 4. Kto zauważy osobę lub osoby znajdujące się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego lub jest świadkiem zdarzenia powodującego taki stan, w miarę posiadanych możliwości i umiejętności ma obowiązek niezwłocznego podjęcia działań zmierzających do skutecznego powiadomienia o tym zdarzeniu podmiotów ustawowo powołanych do niesienia pomocy osobom w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.

sobota, 10 lipca 2010

Fingersrobik

Wszystkich, którzy mają możliwość i ochotę, zapraszam do wykonania następującego zestawu ćwiczeń gimnastycznych:

1. Palec pierwszy, przeciwstawny (lub po prostu kciuk) zgiąć w stronę wewnętrznej powierzchni dłoni.

2. Palcami tej samej dłoni, drugim, trzecim, czwartym (i piątym, jeśli ktoś da radę) otoczyć kciuk.

3. Ścisnąć mocno.

4. Nie puszczać.

Ćwiczenie najlepiej wykonywać oburącz, jutro (niedziela) w godzinach przedpołudniowych.

Będę wdzięczny :)



piątek, 9 lipca 2010

Całusssssss...

Ponieważ wczorajszy wpis okazał się dość "ciężki gatunkowo", mroczny i nacechowany negatywnymi emocjami, dziś postanowiłem wrzucić coś "lekkiego". 
Ot bzdurka w sam raz na początek weekendu :)

Taka oto notka wpadła mi wczoraj w oko:
Z księgi rekordów Guinnessa: Najdłuższy pocałunek: 30 godzin 59 minut i 27 sekund. Rekord ten ustanowiło dwoje Amerykanów. 19-letnia Louise Almedovar i 22-letni Rich Langley w nowojorskim studio telewizyjnym. Podczas trwania pocałunku młodzi ludzie nic nie jedli, nie wychodzili do toalety, ani nawet nie siedzieli – całowali się na stojąco!

Przeczytałem, pokiwałem z uznaniem głową (zarówno nad determinacją młodych ludzi jak i nad pojemnością pęcherza panny Louise), po czym na powrót zająłem się swoimi sprawami. Jednak myśl o długim pocałunku nie dawała mi spokoju. Jakieś niejasne wspomnienie majaczyło gdzieś pod kopułą... I nagle mnie olśniło!

* * *
Był rok 1998 (Bożesz jak ten czas leci!), sierpień dokładnie. Właśnie ukończyłem obóz szkoleniowy dla instruktorów ratownictwa i pierwszej pomocy. Przed świeżo upieczonym Instruktorem-Asystentem otwierała się szeroka droga pedagogicznej kariery... Ach duma..!
Muszę jednak przyznać, że w ten upalny, sierpniowy dzień, gdy zdałem ostatni egzamin, a na mojej piersi zawisła instruktorska "blacha" - miałem wszystkiego serdecznie dość.
Trzy tygodnie intensywnych zajęć, nocne alarmy i ćwiczenia, poranne zaprawy, popołudniowe biegi, pływanie, wykłady, nauka, egzaminy... Naprawdę dostałem solidnie w tyłek. Ratownictwo przepełniało mnie na wskroś i w końcu zwyczajnie się "przelało". Ot przesyt...
Z tym większą radością udałem się na zasłużony odpoczynek, czyli ZWYKŁY harcerski obóz. Taki bez ratowania, bez sztucznej krwi i pozorantów, bez wykładów... 
Tylko dzieciaki w harcerskich mundurach, kilku młodych opiekunów i ja - komendant obozu. A to wszystko zatopione w ciszy mazurskich lasów. Sielanka... 
...miała być... lecz zaraz po przyjeździe dogoniła mnie brutalna rzeczywistość.
Mazurskie lasy wcale nie były ciche. Tuż obok naszych namiotów kłębiło się obozowisko Niezorgów - czyli młodzieży spoza ZHP (niezorganizowanej). Na domiar złego, akurat te Niezorgi rekrutowały się wyłącznie z młodzieży trudnej, sprawiającej kłopoty wychowawcze. 
Jakiś kamikaze, boski wiatr z Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej uznał, że to będzie świetna forma resocjalizacji trzydziestu młodocianych łobuzów. I z tą samobójczą misją wysłał jedną, jedyną Panią Beatkę.
Już drugiego dnia Pani Beatka, wyprowadzona z równowagi, płakała na moim ramieniu i na ramionach moich zastępców, podczas gdy zastępcy moich zastępców gasili niecnie podpalony namiot Pani Beatki.
Harcerz nie zostawi kobiety w potrzebie. Postanowiliśmy jakoś pomóc sympatycznej opiekunce. W każdym razie przyrzekliśmy, że nie pozwolimy jej zamordować we śnie, bo w dzień to się musi sama pilnować...
------
Kombinujecie jaki to ma związek z najdłuższym pocałunkiem..?
Że niby ja i Pani Beatka..?? Fuuuj...
Nic z tych rzeczy... :) Cierpliwości...
------
W ten oto sposób sielankowy wypoczynek przeistoczył się w wychowawczy koszmar. Grzeczni harcerze, banda łobuzów i jedna polana w lesie...
Na domiar złego, rozwój wypadków co rusz zmuszał mnie do wykorzystywania ratowniczych umiejętności.
A to któryś z naszych dostał łomot od Niezorga i trzeba było tamować krwotok z nosa. A to znów jakiś łobuz testował wytrzymałość kości przedramienia na ekstremalne przeciążenie. Naturalnie test kończył się złamaniem obu kości i całodniową wycieczką do szpitala. Nie było dnia spokoju... ale najgorsze były noce.
Jako, że część naszych wartowników pilnowała spokojnego snu (i nadpalonego dobytku) Pani Beatki, mieliśmy ograniczone możliwości czuwania nad własnym "ogródkiem". 
Sprytne Niezorgi szybko odkryły lukę w systemie operacyjnym i natychmiast przystąpiły do infekowania harcerskiego środowiska. Po trzech nocach już trafialiśmy bez pudła. Jak jest larum na prawo... znaczy tłuką naszych chłopaków. Jak piski na lewo... podglądają nasze harcerki. Wrzask pośrodku oznaczał, że wartownik zasnął i znów próbują podpalić Panią Beatkę (albo wartownika).
Po tygodniu wszystko ucichło. Przespaliśmy calutką noc. Bez gonitw, pilnowania, walki w zwarciu...
- Pewnie się znudzili...
- A może zmęczeni są? Toż tydzień nie śpią... - snuliśmy setki domysłów na temat nagłego zawieszenia broni.
Tak, czy inaczej, wszyscy byli niesłychanie zadowoleni ze spokoju jaki zapanował na leśnej polance.
Tylko Pani Beatka ciągle węszyła podstęp.
- Ja wam mówię, oni coś szykują... - szeptała trwożnie rozglądając się na boki. Biedaczka miała całkiem zszargane nerwy.
Tymczasem mijała kolejna spokojna noc i jeszcze jedna... Cudnie.
Aż pewnego wieczoru postanowiliśmy zrobić naszym harcerzom niespodziankę. 
- Zabierzemy ich na wschód słońca nad jeziorem. Takie ukojenie po długim tygodniu trwania w napięciu. 
Całe przedsięwzięcie oczywiście zachowaliśmy w tajemnicy, żeby nie psuć nocnej niespodzianki. 
Godzinę przed świtem rozpoczęliśmy delikatne budzenie naszych podopiecznych. Wszystko po cichutku, aby przypadkiem nie zbudzić bestii w namiotach Niezorgów.
Nasi chłopcy mieli czujny sen (nic dziwnego, po tylu najazdach Hunów) i wstali szybciutko. Szedłem do namiotów harcerek. Stanąłem przy wejściu do pierwszego i zapaliłem latarkę.
- Dziewczyny wstańcie... Idziemy oglądać wschód słońca...
Nic. Cisza. Żadna ani drgnie.
- Dziewczyny wstajemy... - zacząłem delikatnie tarmosić opatuloną w śpiwór postać.
- Co ona taka gruba? - pomyślałem lekko zdziwiony rozmiarem "mumii". Przyświeciłem latarką i w osłupieniu zobaczyłem wyłaniającą się spod śpiwora twarz Niezorga. Obok niego majaczyło lico mojej podopiecznej.
- CO JEST do ciężkiej cholery?! - zmroziło mnie z wściekłości.
Niezorg łypał wąskimi oczkami, a harcereczka udawała martwą.
- Śpimy sobie... - wymamrotał bandyta.
- Oż ty w grządkę kopany Casanovo! WYŁAŹ!!! - wrzasnąłem oburzony do granic możliwości.
I nagle ze wszystkich śpiworów zaczęły wylęgać się Niezorgi. Jak obcy w... Obcym. 
Wstawali i łypali na mnie oślepionymi oczkami.
- COOO..? To was tu tyle nalazło..?! - wyjąkałem, a w myślach dopowiadałem - Chyba mnie jasny szlag trafi! Niech, któraś wróci do domu z brzuchem... to ja wrócę bez j...
Nie zdążyłem dokończyć myśli, bo oto następna, jeszcze straszniejsza uderzyła mnie w sklepienie.
- PILNUJ ICH! - warknąłem do zastępcy mojego zastępcy i pognałem do kolejnego namiotu.
W połowie drogi snop światła z latarki wyławiał pryskających w mrok Niezorgów. Jeden namiot, drugi, trzeci... byli wszędzie! Uciekali jak szczurki z tonących łajb.
Cały ten nocny spokój i zawieszenie broni nagle stały się zupełnie jasne.
- Naszło ich na amory! - myślałem wściekły
- ZATŁUKĘ JAK PLUSKWY!!! - darłem się biegając w mroku.
- Jezus Maria, pali się?! - rozczochrana głowa Pani Beatki wypłynęła na polankę.
- Gorzej! - wrzasnąłem i wpadłem do kolejnej jaskini rozpusty.
Pierwsze łóżko polowe...
- Aha, udaje że śpi... sama! Absztyfikant już zwiał! Tylko smród po nim został! - huknąłem do ucha bladej harcereczce.
Drugie łóżko - to samo.
Trzecie...
- Oż ty w życiu..! Ten jeszcze na niej leży?!? No nie! Zabiję gada!!! - zagotowało mi się pod czachą.
- Złaź! - starałem się uspokoić, żeby przypadkiem nie pizdnąć Niezorga w ryjek.
- Mmmmmhhh..! - zamruczał "ciemiężyciel" i ani drgnął.
- Uummmhh..! - zamruczała pod nim "branka".
No tego było już za wiele. Zacząłem tarmosić łobuza próbując go ściągnąć z dziewczyny.
Do namiotu wpadła rozczochrana Pani Beatka, moi zastępcy i zastępcy moich zastępców.
- Złaź, bo cię utłukę!!! I przestań ją całować!!!
- Aauuuch!! - zajęczał Niezorg.
- Aaaałłaahh - "krzyknęła" moja podopieczna.
Pani Beatka pochyliła się w pobliże splecionych głów pary bezwstydników.
- Chwileczkę... - przerwała moje tarmoszenie - ...oni coś mówią...
- Mówią?! Co mówią?! - złość mnie jeszcze tłukła w dołku. Pochyliłem się niżej.
- Mammh apałath... - wyjęczała dziewczyna
- JAKI APARAT? - znów się uniosłem - Może wam jeszcze zdjęcie zrobić?!!
- Mmm... Nah zebah... 
- Aparat na zębach? Dziecko co ty bredzisz? - spytała zadziwiona Pani Beatka.
- Faktycznie, ona nosi aparat na zębach. - powiedziałem równie zdziwiony.
- Mmmh... - wystękał Niezorg - Ja teh mamh...
Koniec świata!

Cztery godziny wieźliśmy "zrośniętą parę" do szpitala. Jakimś cudem sczepili  się aparatami ortodontycznymi i za chińskiego boga nie dało się ich rozłączyć.
Jechali tak całą drogę. Romeo i Julia w "namiętnym buziaku".  O siódmej rano "weszli" do szpitalnej poczekalni. Cały personel pękał ze śmiechu, a mnie mało diabli nie wzięli ze wstydu i złości.
O dziewiątej dokonano "zabiegu rozdzielenia kochanków". Jak to zrobili? Nie wiem... Nie chciałem wtedy na to patrzeć.
W sumie wyszło jakieś sześć i pół godziny bicia rekordu. Wynik jest nieoficjalny, bo nie wiadomo ile godzin wcześniej "wystartowali". Nie chcieli się przyznać. W ogóle nic nie chcieli gadać. Żuchwy ich bolały od tego gruchania... Gołąbeczki jedne...
* * *
Tak sobie myślę. Sześć i pół godziny, to nie to samo co trzydzieści jeden, ale i tak wynik ładny. Tamci bili rekord w studiu TV, a nasi w plenerze, w aucie i w szpitalu. 
Może do jakiejś podkategorii w Księdze ich zmieszczą? A może chociaż zaszczytną wzmiankę napiszą? Kolejny polski akcent w Księdze Rekordów Guinnessa :D


Miłego weekendu.
Całuję,
Cre(w)master ;)

czwartek, 8 lipca 2010

Kruk

Tytułem wstępu:
Czy zdarzyło się Wam kiedyś wymusić pierwszeństwo przechodząc przez jezdnię? Mi wiele razy (uuu wstyd).
Czy wkraczając na "pasy" zmusiliście nadjeżdżający pojazd do hamowania? Ja owszem (auć... zażenowanie).
I jeszcze to kretyńskie powiedzonko: "Przecież ma hamulce!"
Ileż razy artykułowałem powyższy tekst, bezczelnie włażąc komuś wprost przed maskę... (moja zawsze wielka wina)

Kiedy jakiś czas później zdobyłem upragnione prawo jazdy, mój punkt widzenia zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Ile razy zdarzyło się Wam, Drodzy Zmotoryzowani, gwałtownie hamować przed pieszym, nagle wkraczającym na przejście?
Dziesiątki, setki razy?
Cokolwiek bym nie napisał i tak wiem, że będą "nam" włazić pod koła. Będą się pchać na pasy, zmuszać do hamowania z piskiem, przebiegać, przemykać, wkraczać... Już mnie to nie dziwi.
Widać taka jest naturalna kolej rzeczy, porządek świata, Yin i Yang, albo raczej... prawo dżungli.
Staram się być przygotowanym, bacznie obserwuję, zwalniam... Tylko jednej rzeczy nie mogę pojąć.
Oto włazi "delikwent" na przejście (dobrze wie, że zmusza pojazd do hamowania), idzie wprost pod koła, jak baran baron na spacerku i NIE PATRZY na nadjeżdżający pojazd!!! Ki czort?
Nieśmiertelny? Desperat? Debil? A może resztki wstydu nie pozwalają mu spojrzeć w oczy kierowcy?
Lezie przed siebie, patrzy przed siebie... Mamroli przy tym coś pod nosem i mógłbym przysiąc, że jest to słynne: "Przecież ma oczy, niech patrzy! Ma hamulce! Niech hamuje!"
A co jeśli NIE MA?!? Co jeśli kierowca w tej sekundzie patrzy w innym kierunku?
* * *
...'ON' nie patrzył... Jechał...
Wzrok uciekł mu na moment w pogoni za jakimś nieistotnym detalem świata. Myśli odpłynęły gdzieś daleko poza bryłę samochodu. Noga nie wisiała nad hamulcem...
...'ONA' nie patrzyła, nie myślała... Szła...
Żaden biały anioł nie zstąpił z błękitnego nieba, by uchronić od zguby, złapać za rękę, naprowadzić wzrok.
W przeraźliwym huku gniecionej blachy oboje zrozumieli, że popełnili błąd. A potem zapadła cisza...

*** KRUK ***
- Panowie..! Wy tu... A tam..! - ręka zdyszanego człowieka wskazywała w kierunku pasa zieleni skrywającego drogę - ...kobietę auto zabiło!
Natychmiast zrozumiałem, że cała ta impreza, którą zabezpieczamy, jest w tej chwili mało ważna. Złapałem dużą torbę medyczną i pognałem w zieloność. Słyszałem za mną kroki kolegów, słyszałem jakieś krzyki... W końcu wpadłem na szarą taflę asfaltu.
'ON' stał przy rozbitym aucie. Pocierał rozbieganymi dłońmi spodnie, panicznie gładził pogiętą karoserię. Z czoła spływała strużka krwi.
Klęknąłem obok rozbitej maski.
'ONA' leżała pod autem... na brzuchu, twarzą do ziemi... Nie... Twarzy nie było... Niknęła jakby wtulona w przednie koło. Tył głowy przesłaniała zadarta w górę kurtka. Były tylko plecy. Nagie, obdarte z naskórka, zakrwawione. I nogi... wykręcone w jakiś koszmarnie nienaturalny sposób.
- To koniec... - pomyślałem patrząc na tę przykrą scenę.
Dobiegli koledzy. Stanęli w milczeniu.
Gdzieś obok, niespodziewanie pojawiło się 'ONO'... Sekundę przed tragedią wyrwało się z uścisku matczynej ręki, ratując w ten sposób własne życie. Teraz zawodziło żałosnym płaczem.
I właśnie w tym płaczu dziecięcym usłyszałem najpierw westchnięcie, a potem cichy charkot płynący spod koła.
- O kurwa! 'ONA' żyje?! - poczułem jak włosy mi się jeżą na głowie.
- Algorytmy, algorytmy... włącz algorytmy i nie panikuj! - krzyczałem na siebie w myślach próbując wczołgać się głębiej pod auto - Wezwij pomoc, zabezpiecz miejsce wypadku, stabilizuj kręgosłup szyjny, zabezpiecz drożność i oddech...
Na asfalt sfrunął Kruk. Czarny, postawny, z białą koloratką pod szyją. Nie widziały go moje oczy, nie rejestrowały zmysły zajęte czymś zupełnie innym.
- Gdzie 'ONA' ma twarz..? Jak się tam dostać..?! Kurtka... tylko tak!
- Chłopaki tniemy te cholerne ciuchy, szybko!
To dziwne, ale doskonale zapamiętałem kolor i fakturę materiału. Brązowy, mięciutki sztruks. Gładko ulegał ostrzu nożyczek. Jedyna miękka rzecz w tej poszarpanej scenerii. 
Rozcięta na dwie połowy kurtka odsłoniła fragment 'JEJ' twarzy. Z ust płynęła ciemna krew i chrapliwy, urywany oddech.
- Co teraz..? Kołnierz? JAK? Czy najpierw wyciągamy? Odessać..? Algorytmy... myśl! 
Pieprzyć algorytmy!!! Jakie znasz algorytmy pod kołem..?!
Ktoś złapał mnie za ramię, lekko pociągnął spod auta. I wtedy zobaczyłem Kruka...
- Ja muszę... - powiedział cicho - ...rozgrzeszenie dam...
- Słucham? - zamrugałem nic nierozumiejącymi oczami.
- Muszę rozgrzeszyć... 
Otworzyłem usta
- Proszę teraz nie... - rozpostarły się czarne skrzydła ramion -...przeszkadzać...
Już szeptał swoje formuły.
- Walczyć o ciało, czy oddać mu 'JEJ' duszę..? - klęczałem jak sparaliżowany, na wpół zgięty pod autem. Kompletnie przytłoczony. Kruk zasłaniał całe dojście.

Czy przybył zamiast białego anioła..? Czy 'JĄ' rozgrzeszy, wytłumaczy, usprawiedliwi..?
Może chociaż sprawi, że stanie przed swoim bogiem odarta z tej smutnej, rozpaczliwej bezmyślności...

* * *
Do dziś nie mam algorytmu z Krukiem w tle. Zostaje improwizacja... i hamulec na przejściu dla pieszych.

środa, 7 lipca 2010

Przestępczość zorganizowana

Spośród wielu wspomnień lat "szczenięcych", chciałbym dzisiaj wyłowić taki oto obrazek:
Miałem wówczas wszystkiego raptem lat dwanaście. Stałem w długaśnej, skłębionej kolejce, a w mojej głowinie kołatała dumna myśl, że oto "skończonym dzieciuchem" już nie jestem. Z drugiej strony kiełkowało niejasne przeświadczenie, iż do "skończonej dorosłości" też mi jeszcze trochę brakuje. I tak, bijąc się z myślami, maskowałem drżenie rąk oraz niepewne spojrzenia rozsiewane wokół.
Skąd te objawy stresu u ledwie, ledwie nastolatka?
Otóż ten nastolatek (ledwie, ledwie), lada moment dokona czynu przestępczego... pójdzie na film DOZWOLONY OD LAT 15!!!
I nie będzie to zwykły wybryk nieletniego, a "prawdziwa" przestępczość zorganizowana.

- Poproszę jeden ulgowy - rzuciłem maksymalnie zniżonym głosem w ziejący otwór kasowego okienka.
Kasjerka zgrabnym ruchem oddzieliła papierową wstążkę biletu od reszty bloczka. Szczęście było tak blisko.
- Legitymację proszę! - jej podejrzliwy głos zabrzmiał jak wyrok skazujący. Świdrującym spojrzeniem wierciła dziury w moim zburaczonym licu... i nagle...
ŁUBUDUBUDU!!!
- Otwieraj! Ciotka-klotka, otwieraj! - to grupa dywersji i małego sabotażu rozpoczęła akcję dezorientacji, polegającą na waleniu w drzwi kasy.
- A co się tam do cholery dzieje?!! - wrzasnęła kasjerka i... puściła bilet.
Na to tylko czekałem. Drżącymi rękoma capnąłem upragniony skrawek papieru, rzuciłem na talerzyk pieniążki z orzełkiem bez korony (bo to dawno było) i tyle mnie pani kasjerka widziała. Grupa dywersyjna również wykonała manewr odwrotu na z góry upatrzone pozycje.
Pierwszy etap mieliśmy za sobą.
Drugi polegał na analogicznym powtórzeniu akcji, tym razem z panią bileterką.
Wmieszany w tłum piętnastoletnich "dorosłych" zbliżałem się powoli do bramki. Trzy kroki dzieliły mnie od upragnionej sali kinowej. Tłum falował i przesuwał się w gardziel ciemnych drzwi. Jeszcze dwa kroki.
Podałem papierek pani bileterce spuszczając głowę i garbiąc się ze strachu. Charakterystyczny trzask przedzieranego biletu. Jeszcze krok... Za kotarą rozległy się dźwięki Kroniki Filmowej. Pół kroku...
- Chwileczkę kawalerze! Dokąd tak szybko?!! Pokaż no legitymację szkolną!
- May-Day, May-Day..! - rozpaczliwie rozglądałem się za grupą dywersyjną, która dokładnie teraz miała rozpocząć akcję. Niestety chłopcy z małego sabotażu właśnie w tej chwili byli wyprowadzani z kina "za ucho" przez pana woźnego.
- No i co z tą legitymacją!? - groźne warknięcie bileterki przekreśliło wszelkie nadzieje.
- Nie mam... - nastąpiła pełna kapitulacja.
- A ile masz lat kawalerze?
- Dwanaście... - mruknąłem spuszczając jeszcze niżej głowę - ...i pół...
- To zapraszam za dwa lata... - trzask dartego biletu wybrzmiał odgłosem klęski - ...i pół! - dokończyła bileterka, po czym wsypała biletowe confetti do popielniczki.
A ja... oblany purpurą wstydu, powlokłem się uliczką za kinem i drżącymi rękoma wybijałem sobie z głowy przestępczość zorganizowaną. W tym samym czasie grupa dywersyjna prasowała potargane przez woźnego uszy.

* * *
Kilkanaście lat później stałem przed zupełnie innymi drzwiami, chowając w głębokich kieszeniach lekko drżące z niepewności dłonie.
- Wchodźcie, wchodźcie! Nie stójcie tak w drzwiach, bo nie wolno... - ponaglał głos z okienka w ścianie.
Mijając tablicę z napisem "Oddział psychosomatyczny" stanęliśmy w szpitalnym korytarzu. Całą grupą studentów.
Pierwsze praktyki u "niespokojnych". Co też nas tu czeka? Tyle legend i opowieści o tym miejscu krąży... (więcej o "niespokojnych" tutaj)
Dłonie drżą, a trzask elektrycznego zamka w drzwiach przeszywa plecy chłodnym dreszczem. Jak tu będzie..?

Najpierw obchód z lekarzami.
Parter:
Spokój... Tylko jeden pacjent uparcie twierdzi, że mu się z zębów leje szpik kostny. Reszta chorych nie zgłasza żadnych zastrzeżeń.
Pierwsze piętro: 
Nikt nie krzyczy, nikt nie rzuca ciężkimi przedmiotami. Lekkimi zresztą też nie. Emocje nam opadają, tylko w mojej głowie telepie się myśl niespokojna:
- Czyżby świat zwariował? W jednej sali pani geografka z mojej podstawówki, w drugiej kolega z poprzedniej pracy, w trzeciej znajoma znajomej... A wszyscy tacy nieobecni, senni i "zaczarowani". Smutne...
Drugie piętro:
Pacjenci snują się pomiędzy pokojami. Wieje nudą.
- Pani doktor... Może byśmy mogli już sobie pójść? Widzieliśmy wszystko, w dzienniczkach praktyk opiszemy, nauczymy się z sylabusów... Pozwoli pani wcześniej skończyć..?
Pozwoliła.
- Zmykajcie. Tylko na egzamin mi się przygotować porządnie!
- Tak jest, pani doktor! - szurnęły grzecznie nogi - Do widzenia.
Szczęknął elektryczny zamek w drzwiach na parterze. Liczna grupa studentów powoli opuszczała smutne mury dzieląc się wrażeniami z ostatnich godzin.

- Chwileczkę, a wy dokąd!?! - głos z okienka w ścianie zmroził nas w pół kroku
- My? Skończyliśmy praktyki. Pani doktor nas puściła do domu...
Pielęgniarz groźnie wychylił się zza szyby.
- Nie was się pytam. Tych pomiędzy... Dokąd ta wycieczka?!
- Donikąd... już wracamy... - padło zrezygnowane hasło i zgrabny rządek, trzymających się za rączki pacjentów wykonał w tył zwrot. Wracali na oddział jak słoniki w cyrku. Trąba - ogonek - trąba - ogonek...
A mi przed oczami błysnęły "szczenięce lata", kino, którego już nie ma i przestępczość zorganizowana :)
Świat zwariował...