niedziela, 28 lutego 2010

Wejścia smoka

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Lekki falstart wyszedł z tym postem. Miał być na niedzielę, pojawił się w sobotę, a później ślad po nim zaginął. Tak to bywa, kiedy człowiek w pracy, gmera potajemnie w internecie :)
No to klik... Dziś chyba wystartuje?

Historia piąta (remix).


Cisza przed burzą. To uczucie znane jest chyba wszystkim braciom i siostrom wielkiej, medycznej rodziny, a zwłaszcza tym, którzy pracują w zespołach pogotowiarskich lub na oddziałach ratunkowych.
To ten moment, kiedy po dłuższej chwili spokoju, podnosisz się z socjalnego wyrka aby zaparzyć herbaty i nagle jakiś irracjonalny dreszcz na plecach podpowiada ci: Zostaw... nie wypijesz, nie zdążysz...
To uczucie szczególnie przykre jest w chwili, gdy do końca dyżuru zostało ci piętnaście minut. W głowie masz już gotowy plan zagospodarowania czasu wolnego, a tu nagle ciary idą po łopatkach i już jest, jak mawiają hodowcy gołębi - "po ptokach". Siadasz wtedy skulony w kątku i zerkasz nerwowo na drzwi łączące szpital z podjazdem dla karetek. Już wiesz, że "coś" tam na ciebie czeka, że zaraz zza kotary wyłoni się "straszna masa pracy". Spinasz wtedy mięśnie jak gepard gotowy do skoku, czujesz jak krew falami uderza w skronie, wyostrzasz zmysły obserwując ciemną czeluść... Drzwi rozsuwają się na boki... Wiedziałem, kurczę, wiedziałem... - myślisz z żalem. Patrzysz uważnie, a tam... Wejście Smoka!

* * *
Smok pierwszy - cumelek...

Niemal biegiem wpadli na Szpitalny Oddział Ratunkowy, pchając przed sobą nosze z pacjentem.
Trzech czerwoniutkich chłopaczków. Gdyby nie duże odblaski na kurtkach, nikt by nie rozpoznał wśród nich lekarza systemu. Młody doktorek, z zaangażowaniem pompował w pacjenta powietrze przy pomocy worka ambu. Jednocześnie, zdyszanym głosem, starał się referować lekarzowi dyżurnemu stan chorego.
- Nieprzytomny, znaleziony na przystanku. Oddech słabiutki, tętno... - przerwał i spojrzał na monitor przyczepiony do noszy - tętno w porządku, siedemdziesiąt na minutę. Saturacja* - sto dziesięć...
- Jak to, sto dziesięć? - Dyżurny lekko uśmiechnął się i pytająco spojrzał na młodszego kolegę.
- No sto dziesięć... - młody jeszcze raz zerknął na monitor - ...i rośnie..!

* * *
Smok drugi - wawelski...

Dwóch ratowników weszło do sali reanimacyjnej Oddziału Ratunkowego. Ich czerwone spodnie, prawie do samych kolan upaprane były błotem.
- Gdzie mi tu z takim syfem!?! - wrzasnęła salowa.
- Cicho... Pacjenta mamy w ciężkim stanie. Gdzie doktor?
Lekarz wyłonił się zza parawanu.
- Co tam macie?
- Doktorze, upadek z wysokości, z gruszy konkretnie... Ból w plecach ma... Kręgosłup trachnięty jak nic.
- No to dawać go. Pomóc wam przy noszach?
- Nie trzeba doktorze... - Jeden z ratowników otworzył drzwi na korytarz - Panie Sadownik, chodź pan tu!
- Jak to chodź pan?!? - lekarz wybałuszył oczy - Nie zabezpieczyliście..?
- Jak nie, jak tak... doktorze.. - przerwał oburzony ratownik.
W drzwiach pojawił się pacjent. Bandażami miał owiniętą całą klatkę piersiową, a zza pleców, ponad jego głową, sterczała długaśna szyna Kramera.
- No wchodź pan - zachęcali ratownicy.
Poszkodowany wykonał pospieszny krok w przód. W tym momencie stercząca szyna zahaczyła o futrynę i całkowicie wyhamowała impet wejścia.
- Łojezu... - sapnął Sadownik i wycofał się lekko na korytarz. Następnie, pojękując z lekka, wykonał głeboki skłon, niczym w chińskim pozdrowieniu i tak wchodząc w drzwi wystękał:
- Dzień dobry doktorze...

* * *

Smok trzeci - potwór z Loch Ness...

- SOR dla karetki ER zgłoś się! - Radio huknęło całą mocą głośników. Pielęgniarka drzemiąca przy stoliczku podskoczyła w górę wystraszona nagłym hałasem.
- Zgłasza się SOR. Co jest?
- SOR, wieziemy wam pacjenta w ciężkim stanie. Możecie przyjąć?
- Leć po doktora, jest w bufecie - pielęgniarka sapnęła krótki rozkaz do młodszej koleżanki i nacisnęła nośną w mikrofonie - Erka powiedz coś więcej i za ile będziecie..?
- Będziemy za jakieś dziesięć minut. Pacjent przedawkował środki odurzające... Osiem w skali Glasgow**... Zaintubowany...
- Zrozumiałam Erka, czekamy na was!
Mijało, pełne napięcia, dziesięć minut. Cały zespół Oddziału Ratunkowego przygotowywał się do akcji. Ściągnięty z bufetu lekarz, łykając nerwowo resztki kolacji, świdrował wzrokiem wejście do oddziału. Pielęgniarki szykowały zestaw reanimacyjny i ubierały lateksowe rękawiczki.
Zza okien dobiegał dźwięk syreny. Karetka wjechała na podjazd. Drzwi rozsunęły się i do lady podszedł młody mężczyzna w czerwonej kurtce. Na odblaskowych plakietkach widniał napis LEKARZ.
- Dobry wieczór. Jak już mówiłem przez radio, mamy tego pacjenta... Tu są jego papiery...
- A gdzie jest pacjent? - spytał dyżurny.
- A idzie...
- Jak to IDZIE???
Drzwi ponownie rozsunęły się i w blasku jarzeniówek stanął główny bohater. Mętnym wzrokiem zlustrował otoczenie, po czym zataczając zgrabne półkola, podszedł do lady. Z ust pacjenta sterczała rurka intubacyjna imitując peryskop łodzi podwodnej.
Nastąpiło wynurzenie... Intensywna woń alkoholu uderzyła w nozdrza wszystkich zgromadzonych.
Nietrzeźwy popatrzył po zbaraniałym personelu, walnął pięścią w blat i "powiedział":
- YYYHHYYYYHHH.... Yyyyhhyyyy... - po tym expose, niezręcznie zgarnął swoje dokumenty z lady i chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.
Lekarz dyżurny przeniósł zdumiony wzrok z oddalającego się pacjenta na kolegę pogotowiarza.
- No co..? - wzruszył ramionami wyjazdowy - ...polepszyło mu się...

-----------------------------------
* Saturacja - nasycenie cieczy gazem. W medycynie dokonuje się pomiarów nasycenia płynów ustrojowych, m.in. krwi, płynu komórkowego itp gazami.
Najbardziej powszechnym pomiarem saturacji w działaniach medycznych jest pomiar saturacji krwi tlenem. Wartości saturacji krwi tlenem u zdrowych ludzi prezentują się w zakresie SpO2 95% - 99%.
W opisywanym zdarzeniu, prawdopodobnie, lekarz pomylił odczyty tętna z saturacją. Jak było naprawdę... chyba tylko on sam wie :)
** Skala Glasgow - stosowana przy ocenie poziomu przytomności pacjenta. Osiem punktów oznacza brak przytomności i wg niektórych wytycznych może być podstawą do zaintubowania pacjenta.

sobota, 27 lutego 2010

Cukierek

W małej, przytulnej salce trwa sesja terapeutyczna. Uczestnicy siedzą na krzesełkach w zwartym kręgu. Drżące dłonie, rozbiegane spojrzenia i napięcie malowane na twarzach. Nie łatwo wyrzucić z siebie lęki, skrywane problemy, uzależnienia... Prowadzący zajęcia terapeuta otworzył drugą część spotkania.
- Moi drodzy, teraz każdy może powiedzieć coś o sobie, coś swojego... Pamiętamy o pozytywnym wzmocnieniu naszych przyjaciół... Złapmy się wszyscy za ręce. Kto zaczyna?
- ...Nazywam się Ania i od dwudziestu lat jestem uzależniona od makijażu...
- Wspieramy cię Aniu...
- ...Nazywam się Adam i od ośmiu lat zdaję na prawo jazdy... Prawo jazdy mam już od dziesięciu...
- Wspieramy cię Adamie...
- Kremaster, a ty? Powiesz nam coś o sobie?
-... Hmm hmm... Nazywam się Cre(w)master i... byłem w harcerstwie...
- ... ? ...
- ... No co? Byłem prawie dwadzieścia lat...
- Wspieramy cię... wspieramy...
* * *
Tak, tak... Byłem harcerzem :) Choć nie wiem czy czas przeszły to właściwa forma, bo ponoć harcerzem jest się przez całe życie... Coś chyba w człowieku zostaje. Trochę z "krótkich spodenek" i trochę "innego" spojrzenia na świat. Przez, bez mała, piętnaście lat słuchałem z ust "cywili" - naiwniak, pracuś, czuwaj druhu-boruhu...  Przyzwyczaiłem się. :) I powiem Wam szczerze... Nie żałuję.
Nie potrafię sobie wyobrazić siebie, bez tych wszystkich lat.
Przez połowę dziecięcego życia chciałem być żołnierzem. Biegać w spodniach "moro", mordować, palić, rabować... Te wszystkie letnie obozy, survival, "baczność - spocznij", techniki obezwładniania, nocne warty. I pierwszy kurs udzielania pomocy rannym na polu walki. Zaciekawiło mnie to, ale strzelać nadal chciałem bardziej niż "leczyć".
Aż któregoś lata pojechałem na obóz pro-obronny. Obok nas, namioty rozstawili też harcerze, ale jacyś dziwni. Całymi dniami malowali się czerwoną farbą, jęczeli, biegali z drewnianymi noszami i bandażowali wszystko co się dało. Wariaci!
Ich szef, spytany podczas wspólnego ogniska, czy nie uważa, że ratownicy są gorsi od "komandosów" odpowiedział z uśmiechem: "Gorsi..? Nie... My jesteśmy lepsi... Oni strzelają na niby, a my ściągamy ich z drzew - naprawdę..."
Nienawidziłem go wtedy... A już rok później sam "ściągałem z drzew" komandosów i innych potrzebujących :) I tak jakoś to przeleciało, nie wiedzieć kiedy... Czynnym harcerzem już nie jestem, ale ilekroć otwieram szafę, patrzę na mundur i zawsze jakieś wspomnienie ściska mnie w dołku.
Dzisiaj jedno z nich:

* * *
Światowy Zlot Harcerstwa Polskiego (1995). Spotkanie harcerzy z Polski i krajów całego świata. Poligon wojskowy w Zegrzu pod Warszawą pękał w szwach. Ponad siedem tysięcy luda, zgrupowane w obozowych gniazdach. Infrastruktura małego miasteczka. Stołówki, pasaże handlowe, poczta polowa, telefony, kino, sceny i miejsca rozrywki kulturalnej. No i najważniejsze, duży szpital polowy oraz punkty medyczne rozsiane po całym terenie Zlotu. W jednym z takich namiotów-ambulatoriów siedzę ja i kolega mój, współratowacz - Gruda.
O przepraszam... jest jeszcze ktoś... Na podłodze dzielnie dyżuruje mały kundelek. Piesek przybłąkał się do nas, gdzieś początkiem lipca i Gruda go przygarnął. Słodkie to było stworzenie, a za "słodkie" dało by się pokroić. Pewnie dlatego dziewczyny ochrzciły go imieniem Cukierek i tak już zostało.
W to upalne, służbowe popołudnie muchy sennie brzęczały pod brezentowym sufitem. Cukierek sapał w parterze, Gruda w zadumie miział psa za uchem, a ja czytałem jakiś horror znaleziony przypadkowo w szafce z lekami (sic.)
DRRRYŃŃ!
Telefon polowy rozdzwonił się wyrywając mnie ze strasznego świata wampirów i wilkołaków.
- Ambulatorium polowe R-8, słucham...
- Mówi komendant gniazda, Ruda znowu się dusi..!
- Zrozumiałem, udajemy się! 
Trzask...
Cukierek i Gruda podnieśli głowy wyczekująco.
- Ruda?
Pokiwałem głową i chwyciłem za ciężkie, drewniano-płócienne nosze.
Ruda była jedną z naszych stałych, "wdzięcznych" pacjentek. Uparła się na ten zlot, choć stan jej zdrowia raczej kwalifikował ją do sanatorium niż na poligon wojskowy - pod namioty. Nie był to pierwszy raz, kiedy pędziliśmy do Rudej. A to słabo się czuła i mdlała, a to przedawkowała "dmuchawkę" i miała tętno prawie dwieście...Głównym jej utrapieniem stały się ataki duszności, które mimo inhalatorów - "dmuchawek", pojawiały się dość regularnie. Częstotliwość naszych wizyt sprawiła, że przyzwyczailiśmy się do tych wezwań, dlatego, bez większego podniecenia, ruszyliśmy z Grudą w stronę pobliskich namiotów. Cukierek podreptał niemrawo za nami, obsikując okoliczne krzaczki i drzewka - własność MON.
Uuuuuuhh... Hyyyyyy....  Uuuuhhhhh... Hyyyyyy... Świsty dobiegające znad polowego łóżka - harcerskiej "kanadyjki", wskazywały, że tym razem sprawa jest poważna. Ruda wciągała powietrze z widocznym wysiłkiem, zaciągając ramionami w górę, jakby chciała pokazać, że nic o tym nie wie... Blada twarz i szeroko otwarte usta świadczyły dobitnie o trudnościach z oddychaniem.
- Duszno ci? - zapytałem jak debil, pochylając się nad Rudą.
- Uuuuuhhh... - zaświszczała Ruda - duuszszno... hhhyyyyy
- Chłopaki róbcie coś! - komendant załamywał ręce.
Pobiegłem do namiotu komendanta, wcisnąłem odpowiednią wajchę i zakręciłem korbką telefonu polowego.
- Szpital..?
Mgnienie oka później byłem z powrotem u Rudej.
- Nie dadzą nam karetki, bo pojechała z kimś do Warszawy...
- No to dawaj ją na nosze i chodu!
Od szpitala polowego dzielił nas półkilometrowy labirynt ścieżek i zagajników.
Raźnym truchtem gnaliśmy przez upał (a tyle razy na szkoleniu mówili: Z noszami się nie biega)
- Uuuuhhh... hhhyyyy - świszczała na noszach Ruda.
- yhy yhy yhy - sapaliśmy w biegu.
- grrrrr... wow... grrrr... - warczał Cukierek, który całą tę scenkę uznał za świetną zabawę i starał się podgryzać, majtające w biegu, nogawki Grudy.
- Cukierek! Spadaj..! No spadaj, mówię! - Gruda próbował opędzić się od psa.
I nagle - pach..! Kundelek, przypadkowo trafiony obutą piętą, poszybował w przydrożne krzaczki.
- Łiii łiiii - skomlał żałośnie. Brzmiało to zupełnie jak "ojej, ojej, ojej..."
Biegłem z przodu noszy i poczułem nagłe szarpnięcie.
- Kremaster, stój! - wrzasnął Gruda i zaczął kłaść nosze na ziemi. 
- Cukierek... Cukiereczku... Co ci się stało..? - kolega podbiegł w stronę krzaków do pokurczonego psa - Słodyczy moja, boli cię..?
- Uuuuuuhhh... hhyyyy... Mnie ratujcie! - piszczała Ruda.
- Cicho bądź! - palnął Gruda - Cukieruniu pokaż łapkę...
Widziałem jak straszliwe rozterki targają jego duszą. Patrzył to na pacjentkę, to na psiego przyjaciela. W końcu dokonał się przełom myślowy. Gruda złapał skomlącego psa i położył Rudej na brzuchu.
- Trzymaj go!
- Uhhhh... ale ja mam alergieee!
- Zamknij się! - wrzasnął zdesperowany ratowacz i rzucił do mnie - A ty co się gapisz? Łap za nosze i biegniemy!
Personel szpitala polowego wyległ na plac, zwabiony dziwnymi odgłosami dobiegającymi spod bramy.
- uuuuhhhh hhhyyyy - zipała Ruda
- yhy yhy yhy - sapały dwie ratownicze lokomotywy
- ojej ojej ojej! - piszczał, niczym syrena, Cukierek.

ARMAGEDON...

* * *
Ruda przeżyła (cały Zlot), potem nam jeszcze dziękowała. 
Cukierkowi nic nie było. Piszczał tak prewencyjnie - panikarz jeden...

piątek, 26 lutego 2010

Izbowy Chrzest Bojowy

Drogi Pamiętniczku...
Pierwszy dyżur w szpitalnej Izbie Przyjęć.
Nie bardzo wiem kto jest kim i co do czego. Plączę się ludziom pod nogami, próbując być pożytecznym.
Dzisiaj pełnię niezwykle ważną funkcję PWP (przynieś, wynieś, pozamiataj). W ten sposób poznaję topografię terenu i nabijam kilometrowe przebiegi po szpitalnych korytarzach. Na szczęście nie jestem sam. W trudach dzielnie wspiera mnie Druh Serdeczny, który na dziś, również otrzymał arcyważne zadanie IPK (idź, pomóż koledze).
Co jakiś czas rozmijamy się w różnych punktach strategicznych. Ja pcham wózek z pacjentem do RTG, a Druh leci z badaniami do laboratorium.
- Co tam?
- A spoko. Kazali mi pozamiatać w badalniku...
- Co ty? I co?
- I nic... Pozamiatałem...
- Jaaa... Suuuper!
- Nooo...
- Panowie, długo tak będziecie pitolić? Na zdjęcie mnie pan miałeś wieźć!
- Robi się szefuniu... Muszę lecieć...
* * *
Dwie godziny pod pracownią RTG mijają jak z mopa strzelił. Nikt mi nie mówi, że pacjenci z izby jadą do fotki poza kolejnością. Czekam z gościem w długaśnym ogonku, wysłuchując niezliczonych historii chorobowych.
- Kurczę, czy biały fartuch może działać lepiej niż kozetka u psychoanalityka?
Zjeżdżam windą, przekazuję pacjenta i zadaję sobie filozoficzne pytanie: Co teraz..?
- Wolny jesteś? To świetnie. Śmigaj otworzyć drzwi na podjazd, bo się zacięły, a słychać karetkę na sygnałach.
Szarpię się z drzwiami. Otwieram. Panowie w czerwieni, z poważnymi minami, wtaczają nosze na szpitalny korytarz. Spod bandaży, opatrunków i innych dziwnych zawiniątek, wieje najczystszym spirem.
Przetaczamy pijaczka na szpitalne nosze. Żółta, foliowa reklamówka szeleści tajemniczo na głowie pacjenta.
- Coście to mu pozakładali na łeb? - pytam ratowników, uśmiechając się szyderczo.
- Zdejmij to zobaczysz... - ich konspiracyjne miny podsycają moją ciekawość.
- I co się tak modlisz nad delikwentem?!? - Lekarz dyżurny, w przelocie, szturcha mnie w ramię - rozwijaj te hocki klocki na głowie i zawołaj mnie za chwilę.
- Dobrze usłyszałem? Ja..? Ja mam rozwijać..? Ja sam..?
O nie mogę... mój pierwszy, własny pacjent. Ale jazda!
Drżącymi rękami ubieram rękawiczki. Rozglądam się nerwowo, żeby nikt mi nie odebrał tej roboty. Obok, Druh Serdeczny pomyka z miednicą pełną mętnej cieczy.
- Co tam?
- Mam pacjenta w ciężkim stanie!
- O jaaa... Suuuper...
- Nooo... Muszę lecieć...
Podchodzę do leżącego na noszach. Nawalony niczym "Meserszmit", ani drgnie. Chcę ściągnąć opatrunki z głowy. Zaczynam od żółtej folii. Delikatnie podwijam brzegi i nagle... CHLUST.
Czerwona jucha wylewa się strumieniem z reklamówki i bryzga na posadzkę, po drodze radośnie barwi moje bielutkie spodnie.
- No i co zrobił najlepszego?!? - salowa z pretensją w głosie przesuwa mnie na bok - Ta podstawił by se miskę jakąś albo szmatę... A tak mi tu paprze po płytkach!
- A gdzie jakieś szmaty znajdę?
- A haj, w brudowniku... A co pierwszy raz dzisiaj?
- No tak...
- Aha... To pójdzie, przyniesie i pościera może, co...?
Ścieram krew z podłogi. Pacjenta mi zabrali do szycia. Dobrze, że przynajmniej zdążyłem zobaczyć jak miał skórę z czachy fajnie zdartą.
- Oho... już mnie wołają do czegoś...
Kolejne czterdzieści minut pod RTG. No wiem, że z izby wchodzą bez kolejki, ale nikt mi nie mówi, że na opis nie trzeba czekać. Ponoć dzwonią do nas na dół jak się napisze... Przynajmniej krew na nogawkach zaschła i już nie straszy żywą czerwienią.
Na izbie mijam "mojego pacjenta". Głowę mu połatali i pięknie owinęli w bandaże. Teraz leży "spokojnie" przypięty pasami do łóżka. Widać, że mu lepiej bo coś tam mamroli pod nosem.
- Co on tam gada? - Poczucie odpowiedzialności nakazuje mi pochylić się nad potrzebującym.
- szszszyjacielu... muszszszę za poszszebą iść...
- ale nie może pan wstawać...
- ale muszszę... szszszybciutko i sssarasss wrassam... szszysięgam.
Ech ta empatia...
- Dobra, ale sam pan nie pójdzie. Pomogę wstać.
Prowadzę "mojego pacjenta" do małej ubikatorni w służbowym korytarzu.
- Tylko proszę nie zamykać drzwi, żebym wiedział, że wszystko w porządku z panem...
- ssssie wie szszyjacielu...
Staję na korytarzu i staram się utrzymywać wejście do WC w zasięgu wzroku. TRZASK...
- No i zamknął kurna... miał nie zamykać... Może się krępuje..?
Minuty mijają, a mnie ogarnia złe przeczucie.
- Kurna... co tak długo? Zasłabł? Nie żyje? Kurna... wejść tam? Idę!
Pukam do drzwi.
- Halo. Wszystko w porządku? Proszę pana pacjenta...
Cisza.
- Proszę pana, bo wejdę... No to wchodzę... O ja pierd..lę!!!
Gość leży na podłodze, spodnie ma spuszczone do kolan. Ręka dramatycznie spoczywa w klozecie, a na całej ścianie, niczym w przerażającym horrorze, widać rozmazane ślady krwi...
- Chwileczkę krwi..? Nie..! te ślady są... BRĄZOWE!!!
Kontrola tętna, udrożnienie, oddech... i na tyle mi starcza tlenu. W powietrzu króluje straszliwa "woń" kac-kupy. Wszystko zniosę, ale nie ten fetor! Wycofuję się na korytarz, ale tu wcale nie jest lepiej. Strefa skażenia sięga już do drzwi poczekalni. Czuję nadciągające torsje i rozpaczliwą bezradność.
- Kurna... facet mi tam wykituje! Buuue... Nie dam rady wejść... Buuue... zaraz się po... Wiem!
Pomysł przebija się przez opary smrodu i zapala w mojej mózgownicy iskrę nadziei. Lecę do zabiegowego. Zwijam kompresy gazowe w małe tutki i wciskam je do dziurek w nosie.
- Cholera! Za duże..! Trochę wystają z nosa..! Trudno...
- Co robisz? - Druh Serdeczny pojawia się jak obietnica raju - I co tak śmierdzi?
- Mam sytuasję krysysową z pasjentem. - przez zatkane dziurki gadam jak Kaczor Donald
- O jaaa... Czadowooo. Mogę z tobą..?
- Jasne. Tylko szypko!
W toalecie wszystko bez zmian. Gość leży jak leżał, ślady na ścianie - są. Smród..? Okrutny, wszechogarniający wręcz. Tutki w nosie trochę pomagają...
- Buuuueee - Druh Serdeczny nie ma tutek...  Ciągnie go na wymioty. Zamyka mocno usta, dociska dłonią i... przetrzymuje jakoś kryzys.
- Szypko! Musimy go stąt saprać!
- Ale jak saprać??? - Druh zaciska nos prowizorycznie, jedną ręką.
- Dafaj fósek i go połoszymy!
- Co ty?!? Uśfinisz cały fósek gófnem!
- Dopra, mam plan.
Lecę do brudownika. Wcześniej tam widziałem duże worki foliowe. Do nich pakujemy ciuchy pacjentów przyjmowanych na oddział.
Dziesięć sekund później:
- Dafaj go f ten forek. Nogi mu wsacimy i potciągniemy akurat pot pachy sięknie. Potem go przefalimy na fósek.
Z całych sił próbuję dźwignąć bezwładne ciało w górę. Ręka "zaprutego" wysuwa się z muszli i sunie po mojej nogawce.
- Kurfa! Szypciej go fsufaj !
Spodnie mam załatwione na amen. Czarna folia dociera na wysokość brzucha pacjenta. Wyciągamy go na korytarz i próbujemy przewalić ciężar na wózek. W tym momencie drzwi od poczekalni otwierają się i jakiś petent wsuwa głowę.
- Panowie chciałem zapytać o... O JEZU..!
Moje sterczące z nosa, białe tutki błyskają złowrogo.
- Proszę f tej chfili opuścić ten opszar!
Dafaj, dafaj... wiesiemy go do kabinetu.
* * *
Kolejna godzina upływa w rozkosznym plusku wody i groźnych pomrukach mytego pijaka. Jeszcze dwie godziny dłużej i przeprane spodnie mam w miarę suche. Po "brązowym" na nogawkach nie ma śladu, nawet krew trochę się sprała. Pędzę korytarzem z próbkami do laboratorium. Z naprzeciwka sunie Druh Serdeczny.
- Co tam? - pytam grzecznościowo
- A spoko. Byłem na RTG z tym pijakiem... wiesz..?
- Jaaaa... Suuuper! I co..?
Druh wskazuje na kłębki waty sterczące z nosa, a potem prezentuje swoje spodnie. Na nogawkach radosne kolorki mienią się zielenią, żółcią, fioletem...
- I nic... Trochę na mnie sfymiotofał...

poniedziałek, 22 lutego 2010

Do trzech razy sztuka

Jakoś ostatnio same trylogie mi wychodzą spod klawiatury.
Dziś o sztuce dla sztuki :) 

Raz pierwszy...
 - Co przywieźliście? - zawołała oddziałowa do wtaczających się na izbę ratowników "zza miedzy".
- Nie wiemy, w sumie... - odpowiedział cichutko jeden z nich - w sumie chyba zawał - doszemrał drugi.
- Dobra, dawać do sali nr 3 - pielęgniarka podeszła do pacjenta leżącego na noszach - A gdzie pan ma wkłucie założone? - podniosła lekko głos, oglądając ręce pacjenta. Ratownicy spuścili potulnie głowy.
- W sumie... czasu nie było psze pani...
- Nie było czasu? - święte oburzenie zagrało w głosie oddziałowej - Następnym razem, jak nie znajdziecie czasu, to wam takiego wstydu narobię przed całą izbą, że z kolejnymi pacjentami będziecie przez kotłownię wjeżdżać! Nie pokazujcie mi się na oczy z niezabezpieczonym pacjentem!

Raz drugi:
Kółeczka noszy stuknęły o płaski próg izby przyjęć
- Co tym razem? - oddziałowa była już lekko zmęczona
- Wymioty i biegunka... w sumie tyle.
- A-ha! To znowu wy..? Venflon jest?
- Jest psze pani...
- No..! Przekładać na nasz wózek i zmykać! - piguła, ze strzykawką w dłoni, podeszła do pacjenta  - przepłuczemy venflonik i coś tam puścimy w kroplówce, niech kapie... - To mówiąc, nacisnęła energicznie tłoczek. Biała okleina wokół wkłucia, momentalnie zrobiła się mokra, a po ramieniu pacjenta pociekła strużka soli fizjologicznej.
- Co do diabła? - wymamrotała zdziwiona. Delikatnie odkleiła mokry plaster, a położony na skórze venflon spadł na posadzkę.
- Zatłukę ich, jak tylko tu wrócą!!!

Raz trzeci:
Drzwi rozsunęły się, nie wiadomo który już raz w ciągu tego dyżuru.
- No ja wam teraz pokażę łachudry jedne..! - wystartowała oddziałowa
- Psze pani, ale teraz już w sumie wszystko jest... Venflon jest i tlen jest...
- Pokazywać mi tu! - pielęgniarka energicznie złapała za rękę pacjentki.
- Auć - krótko jęknęła chora.
Oddziałowa naciskając lekko okleinę sprawdzała czy wkłucie jest naprawdę założone.
- Powinnam was obu wysłać do dyżurnego na dywanik - powiedziała patrząc na ratowników.
- Psze pani, ale my już zawsze będziemy... w sumie my teraz już wiemy...
- Wynocha, niech was już nie oglądam - odburknęła.
Po ratownikach zostało tylko echo trzaskających kółeczek przy noszach.
- Auuuć - jęknęła pacjentka - niech mi pani nie zgina ręki...
- A czemuż to? - piguła mrużąc oczy, spojrzała na rękę chorej. Pochyliła się nieco i z osłupieniem na twarzy, wyciągnęła z venflonu, wbity w ciało mandryn*.

---------------------
* W tym przypadku - igła (na fotografii oznaczona nr 2), którą podczas wkłucia, należy stopniowo wycofywać z kaniuli (na fotografii oznaczona nr 1). Szczegóły i opis technik kaniulacji żył obwodowych można znaleźć choćby tutaj

niedziela, 21 lutego 2010

Language trouble - Trylogia językowa

Z pozdrowieniami dla mojej przyjaciółki - mgr Oli, która (via internet) dzielnie wspierała proces oswajania mnie z j. angielskim.
- Dzienx Ola :)


TOM I ("polski")

Stadko potulnych baranków (studentów rat-med), żałośnie pobekiwało na ćwiczeniach z ekonomii.
- Kto to widział (beee) na naszym kierunku takie zajęcia organizować (beee)
Prowadząca ćwiczenia pani magister, całą sobą, chciała przekazać nam choć skrawek wizji Adama Smith'a. Niestety, co i rusz napotykała na zaciekły opór naszych umysłów. Dodatkowym utrudnieniem procesu edukacji była specyficzna bariera językowa. Pani magister słabo wypowiadała głoskę "eR". W zasadzie - wcale jej nie wypowiadała.
Zajęcia, kulawo, ale toczyły się naprzód. Aż do tego feralnego zdania:
- ...i wyobłaźcie sobie państwo, że ze względu na niesprzyjające wałunki atmosfełyczne, cło wzłosło...
- ... :) ...
- dopławdy, nie łozumiem, co państwa tak łozbawiło...
- ... :) :) ...
- no skoło  tak, to omówimy kolejny łozdział: Łewalołyzacja łent i ememłytuł...
No i było po zajęciach...

TOM II ("arabski")

W pracowni rehabilitacji i fizykoterapii trwało zaliczenie z przedmiotu "Masaż klasyczny". Trwoga ogarniała studentów, gdyż prowadzący zajęcia profesor nie patyczkował się z nieukami. Pojedynczo wywoływał skazańców na środek sali i rzucał straszną, łacińską nazwę dowolnego mięśnia. Trzeba było wskazać odpowiednią strukturę na kolorowej tablicy, wymienić przyczepy początkowe i końcowe, a następnie zademonstrować na innym skazańcu masaż tej okolicy mięśniowej.
W grupie ćwiczeniowej znalazło się dwóch obywateli Krainy Tysiąca i Jednej Nocy - Ligi Państw Arabskich.
Władze uczelni, za wszelką cenę, starały się utrzymać takich "żaków" na dowolnych wydziałach, ponieważ ich czesne stanowiło spory zastrzyk finansowy dla szkoły.  A studenci owi, za wszelką cenę, starali się wykorzystać stanowisko władz uczelni. Mówiąc krótko kompletnie się nie uczyli.
Zaliczenie trwało. Profesor zawiesił długopis nad listą nazwisk. Absolutna cisza podkreślała grozę sytuacji.
- Może pan Ahmed..? Pan Ahmed Wisimulacha, proszę do tablic.
Biedny Ahmed, "blady" na twarzy i z zielonym indeksem w dłoni, poczłapał wolniutko jak na skazanie.
- A kolega, pan Abdul położy się na stole do masażu... Na brzuchu, proszę... Panie Abdul... na  B R Z U C H U... i twarzą do tej dziury proszę..!
...
- Panie Wisimulacha - proszę, dla pana musculus biceps femoris...
Ahmed, z przerażeniem w oczach, bezradnie rozglądał się po wielkiej tablicy. Jasne było, że nie ma pojęcia, o co profesorowi chodzi.
- No panie Ahmed - wykładowca otworzył indeks - ma pan jeszcze dziesięć sekund...
Przeraźliwa cisza zwiastowała nadciągającą klęskę. Nagle z otworu w zagłówku popłynął gardłowy, sceniczny szept:
- المملكة العربيّة السّعوديّة (fonet. Ahhmed nahnah manah hamnah, łach mih bah...)
- PROSZĘ NIE PODPOWIADAĆ!!! - wrzasnął czujny profesor.

TOM III ("węgierski")

Upalny lipiec dawał się we znaki lejąc z nieba istnym żarem. Starsi, doświadczeni szukali schronienia w cieniu drzew lub ochłody w pobliskiej rzece. Młodzi nic sobie nie robili z trzydziestu stopni Celsjusza. Biegali za piłką, wygłupiali się, tańczyli w pełnym słońcu.
Jako jeden z wielu wolontariuszy, pracowałem w obsłudze medycznej Młodzieżowego Zlotu o Randze Międzynarodowej.
Wsparcie lekarskie zapewniał dr Sędziwy - dziadziuś, poczciwina, pamiętający jeszcze czasy partyzanckich potyczek w lasach i puszczach okupowanej Polski.
Dużo pracy podczas zlotu nie miał. Drobne urazy, skaleczenia, zachorowania. W ten spokojny sposób dorabiał do emerytury.
Miałem dyżur, kiedy pod drzwi ambulatorium przykuśtykał młody chłopak. Wyraźnie utykał na prawą nogę.
- (fonet.) Modziolo yrysz firygesz to udziolo. Molas firekesz... Nych folo a udzio..
- Eee... Do you speak English? Bo ja po węgiersku nic, a nic...
- Of course - ucieszył się.
Chwilę później wiedziałem już, że chłopak grał w piłkę. Źle stąpnął i coś mu zrobiło "click" w kolanie.
- Proszę zaczekać pójdę po lekarza - powoli usadziłem Węgra na kozetce.
Doktor Sędziwy przystąpił do pracy z właściwą sobie "werwą i animuszem".
- Co tam? - spytał pacjenta po polsku.
- Tyry nespere firygesz to udziolo...
- Doktorze - przerwałem - chłopak tylko po angielsku mówi. Jeśli trzeba, mogę tłumaczyć...
- Cicho tam... - sapnął urażony lekarz - Dogadamy się... Sprechen sie deutsch..?
- No... nein - odpowiedział niepewnie Węgier.
- No trudno - westchnął Sędziwy. Popatrzył w oczy pacjentowi i wyraźnie, wolno wycedził:
- G D Z I E   B O L I ? - złapał rękami udo chłopaka i naciskając pytał - HIR?
- no...
Doktor przesunął ręce kilka centymetrów niżej - HIR?
- no...
- Doktorze, jego kolano bo...
- Pytałem cię o coś?!? -zrobiło się nieprzyjemnie... Postanowiłem się zamknąć.
- HIR?
- no...
- A może HIR? - lekarz dotarł do kolana.
- Auuu.. Auuu! Yes!
- AHA - wykrzyknął z radością Sędziwy i patrząc na mnie powiedział:
- Widzisz? Dogadaliśmy się... Można? Można... - to mówiąc próbował ruszać nogą pacjenta.
- Oooo! Auuuu! Molas firykesz..! Egesz megesz...! F U U U C K!!!!!
- No dobrze... Wiemy co boli, teraz porozmawiamy czy bardziej boli jak prostuje, czy jak zgina nogę...

sobota, 20 lutego 2010

Wiosny kcem

Już mi śniegi w różnych konfiguracjach zbrzydły. Te piękne, nieskalane, krajobrazowe i te zgarniane z dachów karetek, wykopywane łopatami lub ręcznie spod kręcących się w miejscu kół...
Wiosny mi trzeba... Ciepełka, słoneczka, ptaszków pitolenia i kichania (...bo znów coś się pyli...)


Wiosny już kcem... i niech będzie przynajmniej taka jak w zeszłym roku. Zielona i troszkę "głupawa" :)
A zatem - byle do wiosny.
Pani na filmie wlazła mi w kadr i za żadne skarby nie chciała wyjść ;)


piątek, 19 lutego 2010

Trzy kolory

Jakiś czas temu Abnegat, na swoim blogu, dokonał klasyfikacji osobowości lekarskich.
Ta złożona analiza zachowań i charakterów lekarzy pracujących w pogotowiu była dla mnie inspiracją do popełnienia poniższego opisu.
Ja pokuszę się o sklasyfikowanie typów ratowniczych. Nie będzie to obszerne opracowanie. Nie uwzględnię podtypów, podgatunków, rodzin i odmian.
Skupię się na trzech, głównych grupach patologii, określanych paletą prostych kolorów.

Trzy kolory – analiza ryzyka zawodowego ;)

Gwoli pisarskiej rzetelności i porządku klasyfikacji…
Na samym początku watro wspomnieć o istniejącym kolorze czwartym. Poniżej krótka wzmianka.

Żółty (ang. odpowiednik - Yellow Tweety*)
Klasyczny żółtodziób. Każdy z nas nim był i każdy może się nim stać (choćby zmieniając miejsce lub charakter pracy). Stan w większości przypadków przejściowy, określany jako w pełni fizjologiczny.
Znalazł swoje miejsce w literaturze branżowej i ratowniczych prawach Murphiego:
- Żółtodzioby mają zawsze swoje sposoby;
- Żółtodzioby zawsze szukają dużych rzeczy w małych szafkach i na odwrót.
Dobrze pilnowany Żółty w okresie „wylęgu”, nie skrzywdzi nawet muchy, jednak w skrajnie niesprzyjających warunkach Yellow Tweety może mutować w inne, groźniejsze odcienie kolorystyczne. Umiejętnie prowadzony osiąga względną samodzielność zawodową po kilku miesiącach pracy.
Charakterystyczne zwroty i wypowiedzi:
- A czy ja mógłbym to potrzymać..?
- O rany! Jakie to dziwne..!

Ze względu na relatywnie niską szkodliwość społeczną, ten typ osobowości zazwyczaj nie jest ujmowany w rankingach i literaturze fachowej.

Przyjrzyjmy się teraz profilom umieszczonym w klasyfikacji typów niebezpiecznych:

* * *
Zielony (ang. odpowiednik – Green Potato**) – błędnie tłumaczony w polskich opracowaniach jako „Głąb”
Typ Zielony to relikt przeszłości – pozostałość po starym systemie zespołów wyjazdowych.
Green Potato rodzi się zielony, zielony (pod przymusem) idzie na nauki (studium lub licencjat) i nadal jako taki z tych nauk wychodzi. Następnie podejmuje pracę w branży medycznej nie mając zielonego (nawet) pojęcia, co się wokół niego dzieje. Co ważne – wcale nie chce tego pojęcia mieć.
Jest zazwyczaj typem osobowości unikalnej, lecz nie w rozumieniu wyjątkowej. Unikalność polega na tym, że Zielony w każdej możliwej chwili stosuje taktykę uników (unik od roboty, unik od odpowiedzialności, unik od podejmowania decyzji). Zdolność mimikry czyli kamuflażu typ Zielony opanował do perfekcji.
W ciągu lat pracy zmienia odcienie. Zaczyna jako soczyście zielony szczawik. Większość swojej kariery zawodowej spędza w przetrwalnikowej formie ciemnozielonego głąba, a na emeryturę odchodzi jako wysłużony trep w kolorze khaki.
Uwarunkowania genetyczne z poprzedniej ery sprawiły, że osobowość Green Potato słabo asymiluje się w nowej rzeczywistości dwuosobowych zespołów ratowniczych.
W czystej odmianie Zielony jest umiarkowanie niebezpieczny. To klasyczny typ pasożyta.
Prawdopodobieństwo konfiguracji dwóch Zielonych w jednym wyjazdowym zespole "P" jest niewielkie, lecz jeśli już zaistnieje, rokowania dla pacjenta stają się bardzo niepomyślne.
Charakterystyczne zwroty i wypowiedzi:
(w pojedynkę:)
-                          (cisza)
(w parach:)
- Załóż wkłucie…
- Sam załóż, ja idę po nosze…
- To chodźmy razem…

* * *
Biały (ang. odpowiednik - Almost White)
- inaczej zwany "Osobowość A" – Ambitny (chorobliwie), Asertywny (zajebiście), Aspołeczny i Aspirujący (do roli lekarza).
Biały to produkt nowej ery, jest antytezą Zielonego. Pierwszy do wszystkiego, na co w danej chwili ma ochotę, dysponuje „rozległą” wiedzą i jedyne czego mu rozpaczliwie brak, to magiczne lek. med. przed nazwiskiem. Nierzadko Biały może pochwalić się epizodami na kierunku studiów lekarskich (najczęściej na poziomie egzaminów wstępnych). Umieszczony w jednej karetce z innymi kolorystycznie typami ratowników, wyraźnie cierpi i zazwyczaj izoluje się wewnętrznie. Jedyne podtypy, które toleruje, pochodzą z rodziny osobowości klaszczących (bijących brawo) i zadziwionych (jego wiedzą i doświadczeniem).
Typowe dla Białego wzorce zachowań mieszczą się w kwadracie:
1. krytykowanie lekarza (pod nieobecność tegoż);
2. wybiórczość podejmowanych prac (zwłaszcza porządkowych)
3. notoryczne wykraczanie poza zakres własnych kompetencji (szczególnie farmakologicznych) wynikających z przepisów zawodowych;
4. wykonywanie rozpaczliwych połączeń telefonicznych z lekarzem dyżurnym w sytuacji, gdy pacjent nie doceni innowacyjności terapii i przestanie oddychać
Almost White na tle innych kolorów paramedycznych jest osobowością kontrastującą, jednak w obecności lekarza szarzeje i popada w depresję.
Bardzo niebezpieczny w pracy z typem Zielonym.
Charakterystyczne zwroty i wypowiedzi:
- Tego nie będę, tamtego nie będę… To ewentualnie mogę…
- Lekarz to pani przepisał? Porażka jakaś, proszę tego nie brać.

* * *
Czerwony (ang. odpowiednik - F*#!* Red) – w polskiej nomenklaturze funkcjonuje również pod pojęciem "Ojakiburak".
Najbardziej niebezpieczny typ w całej klasyfikacji. Niezwykle rzadko występuje w czystej, laboratoryjnej odmianie (Red Just Red). Wypuszczony z probówki natychmiast ewoluuje atakując typy Zielone i Białe. Szczególnie łatwo modyfikuje łańcuchy DNA typu Żółtego.
Drogą kropelkową przenosi się również na ratowników przedmedycznych, działających w wielu organizacjach ochotniczych i wolontariackich.
F*#!* Red zbudowany jest z pięciu warstw komórkowych czerwonej odzieży (od bielizny, aż po odzienie wierzchnie), licznych odblasków i plakietek oraz ciemnych okularów przeciwsłonecznych, które nosi nawet w najbardziej pochmurne dni.
Na całej jego powierzchni doskonale widoczne są struktury molekularne, układające się w napisy RATOWNIK MEDYCZNY, RATOWNICTWO MEDYCZNE, TURBO RATOWNIK itp.
Elementem znacznie podnoszącym samoocenę Czerwonego jest kompletny zestaw reanimacyjny lub torba R-1 z ambu, tlenem, ssakiem i defibrylatorem AED, a to wszystko wożone w bagażniku prywatnego samochodu. Istnieje hipoteza naukowa znana pod roboczą nazwą: Gdyby Zmieścił Deskę Ortopedyczną Też By Ją Tam Woził.
Początki Czerwonych sięgają lat dziewięćdziesiątych XX wieku, kiedy to pierwsi „edukowani” ratownicy medyczni podejmowali pracę w kooperacji z „nieukami-sanitariuszami”.
Syndrom Czerwonego dotyka niemal wszystkich (jeśli nie dokładnie wszystkich) ratowników. Rozróżniamy jednak kilka etapów zaawansowania tej przypadłości:
1. Epizod Czerwonego (Mija zazwyczaj przy pierwszym szyderstwie otoczenia);
2. Czerwone Napadowe (Występuje zazwyczaj w obecności młodego personelu płci przeciwnej lub atrakcyjnych pacjentów przejawiających jakiekolwiek oznaki życia, może również objawiać się wstawianiem zawodowych zdjęć na Naszą Klasę lub pisaniem bloga o tematyce ratowniczo-medycznej);
3. Czerwone Utrwalone (Opiera się na nieustannych próbach imponowania dzieciakom sąsiadów i staruszkom z osiedlowego koła Radia Maryja. W przypadku ratowników medycznych, dodatkowym objawem jest zaciekła rywalizacja z małymi harcerzami zdobywającymi sprawność "Higienisty");
4. Czerwone Przetrwałe (To już nie tylko osobowość, to stan (braku) umysłu - swoista nirvana. Egzemplarz genetycznie obciążony wieloma schorzeniami m.in. Zespołem Szyjno-Słuchawkowym /stetoskop notorycznie wiszący na szyi/, głuchotą na słowa krytyki i ślepotą na własną śmieszność. Czerwony Przetrwały jest silnie uzależniony od niebieskich błysków pojazdu uprzywilejowanego. Pozbawiony możliwości zabawy sygnałami zapuszcza własne wyjce nagrane w telefonie komórkowym i stara się tym zainteresować przypadkowych przechodniów. Podczas urlopu wypoczynkowego ustawia dzwonek SMSa o treści: "Zespół P do wyjazdu!")
Charakterystyczne zwroty i wypowiedzi:
- To była (żucie gumy) zajebiście ciężka akcja…
- Co ty k…a wiesz o ratownictwie?

* * *
Naukowiec, który opracuje szczepionkę na te "kolory" zarobi miliardy!
Miłego weekendu :)

------------------------
* Tweety – jedyny ptaszek, który ma ZAWSZE plany na Sylwestra :)
** Oświadczam uroczyście, że zbieżność kolorystyczna z naszą Koleżanką E. jest incydentalna i niezamierzona!

czwartek, 18 lutego 2010

Ordnung muss sein

Taka notka "na gorąco"...

Ordnung muss sein... - powiedział niemiecki agroturysta, sprzątając graniczny szlaban, we wrześniu 1939 roku ...
I gdyby nie fakt, że "zwiedzanie" trwało nieco przydługo (bo prawie sześć lat), a wycieczki zorganizowane zostawiły spory bałagan w naszych obiektach zabytkowych, infrastrukturze i liczbie ludności  - to nie miałbym nic przeciwko tej filozofii zamiłowania do porządku i ładu wokół siebie. Bo w moim zawodzie porządek musi być!

Pamiętam, jak mając lat prawie...naście byłem świadkiem wypadku. Potrącony przez pojazd starszy mężczyzna leżał na drodze nieprzytomny i bardzo mocno krwawił z rozbitej głowy. Wraz z kolegą podjęliśmy jakieś rozpaczliwe próby ratowania biedaka. Nie było wówczas telefonów komórkowych, a "podręczne" apteczki były wielkości szafki i z tej racji, zazwyczaj wisiały na ścianach w różnych zamkniętych budynkach. Wobec takiego zacofania technicznego, nasze działania bardziej przypominały bezładne miotanie się niż zorganizowaną akcję... Lecz oto nadciągało wybawienie w postaci przejeżdżającej nieopodal karetki transportowej. Nie znoszącym sprzeciwu "Stój pan do cholery!", zatrzymaliśmy ambulans, a zdziwionego kierowcę zmusiliśmy do wyjścia na ulicę. Facet pooglądał, podrapał się po głowie i wzruszając ramionami zamruczał:
- A co ja mogę chłopaki..? Ja w tym aucie nawet nie mam apteczki...
Po czym wezwał przez radio inną karetkę i pojechał... w siną dal...
(Ach te pierwsze młodzieńcze rozczarowania i zdumienia nad odkrywaniem świata).
Od tamtej pory czułem na karku lekki dreszcz niepokoju. Dziecięce poczucie bezpieczeństwa ulotniło się jak zapach mieszanki grysikowej, a po nastoletniej głowie kołatała myśl: To już nie jest w naszym mieście bezpiecznie...
W późniejszych latach, już jako sanitariusz-wolontariusz, zacząłem nieco rewidować ten pogląd. Starsi koledzy uczyli i własnym przykładem udowadniali, że idzie nowe, a karetka pogotowia "do wyjazdu zawsze gotowa być powinna.."
Sprzątanie samochodu na koniec dyżuru było czynnością tak naturalną jak oddanie pacjenta do szpitala. Podczas spokojnego dnia, karetkę można było odpicować na błysk (niech się koledzy z nocnej zmiany cieszą). A gdy dyżur był ciężki, zmyło się tylko podłogę, prześcieliło nosze, uzupełniło braki w torbach i szafkach, a potem już tylko nosem po ziemi - do domku, na sen... Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek ambulans był przekazywany w stanie nieładu, z brakami w wyposażeniu. Każdy z nas się pilnował, bo przecież dzisiaj ty sprzątasz komuś, a za 24 godziny wsiądziesz do czystej, wysprzątanej i gotowej na ratunek karetki. Serce rosło...
Aż nastał XXI wiek. Życiowe losy, zawodowo, rzuciły mnie do /baczność/ Prywatnej Placówki Medycznej /spocznij/.
Amerykański rozmach, szwajcarska precyzja i niemiecki porządek... Tabory karetek, tłumy wdzięcznych pacjentów, gabinety w new design, uśmiechnięci lekarze, milutki personel... ochy i achy... trzask! - zamknąłem folder reklamowy. Ktoś zapomniał tam dopisać: ...i polska mentalność...
Już po tygodniu zacząłem zauważać, że dewiza firmy: Ordnung muss sein niepostrzeżenie zamieniła się w podstępne Arbeit macht frei.
Dyżury z 12 godzin, przeistaczały się w tzw. osiemnastki, a po sześciu godzinach snu dzwonił telefon: "bo pilny wyjazd jest..."
W tej pracy, radosne oczekiwanie nie opuszcza nas nawet w wolne niedziele lub podczas urlopu. Życie jest jak wielka niespodzianka :)
I powiem Wam, że zdążyłem już przywyknąć... prawie do wszystkiego, poza jednym... Porządki w karetkach!!!
Jakoś tak w pierwszym roku mojej pracy w /baczność/ Prywatnej Placówce Medycznej /spocznij/, zostałem wydelegowany do obsługi imprezy masowej (koncerty, popijawa, nocna rozpierducha - 120 kilometrów od naszego miasta). Nie mieliśmy stałego punktu medycznego. Wszystkie przypadki zaopatrywaliśmy w karetce, a te cięższe odwoziliśmy do pobliskiego szpitala. Impreza się miała ku końcowi, a my "walczyliśmy" z nieprzytomnym, wychłodzonym chłopaczkiem, który nijak się nie chciał "podkuć" (chodzi o venflon, a nie o podkowy). Pod koniec akcji, młodzieniec zaprezentował tak imponujące wymioty, jakich nigdy dotąd nie widziałem. Niczym armatka wodna na manifestacji, chlastał po wszystkim i po wszystkich. Cóż było robić..? Uratowaliśmy go...
Powrót do stacji o pierwszym brzasku  - sto dwadzieścia kilometrów w smrodzie... Po dniu i nocy pełnej wrażeń, sprzątaliśmy z załogą przedział medyczny, szczególną uwagę poświęcając wbudowanemu w ścianę grzejnikowi, w którego kratki popłynęła znaczna część treści żołądkowych pacjenta. Około ósmej rano karetka była wyczyszczona.
Umęczony pracą, ale zadowolony, traktowałem mycie auta jako coś oczywistego. Trzy dni później okazało się, że nie wszyscy tak myślą.
Jedna z naszych karetek wróciła nocą z długiego transportu prywatnego. Dyżur zaczynałem nietypowo, bo o 12-ej w południe. Miałem realizować jakiś pilny wyjazd. Otworzyłem drzwi ambulansu i dosłownie poczułem fizyczne uderzenie w twarz. Ten "zapach" zabijał wszystko... Żaden liryk, poeta, dramaturg ani blogopisarz nie odda słowami tego bukietu... i ja też nie będę próbował. Dość powiedzieć, że przez łzy, na bezdechu, zaglądałem do wnętrza. W środku krajobraz po bitwie.
Sprzątałem prawie trzy godziny, w karetce kopało ponad tydzień.
Od tamtej chwili jasnym się stało, że jeśli zechcę w spokoju przetrwać dyżury, muszę sobie sprzątać miejsce pracy PRZED pracą.
I tak jest do dziś.

A dziś właśnie... Już byłem na finiszu. Sprintem zbliżałem się do stacji końcowej i parkingu, lecz... to musiało na mnie czyhać...
- Dobrze, że jesteś... weź jeszcze małą transportówkę i podjedź po pacjentkę na ul. Nieopodal. Pospiesz się, bo ma umówioną wizytę u lekarki.
- Muuuszę..? A może ktoś ze zmiany...?
- Zmiana pojechała na pilny. Piętnaście minut ci to zajmie... No, śmigaj... - dyspozytor rzucił mi kluczyki.
Pojechałem.
A dwie uliczki dalej... Duppp! Po drugiej stronie jezdni zobaczyłem tylko hamujące auto i czyjeś nogi przelatujące w powietrzu. Zjechałem na przeciwległy pas jezdni, osłaniając karetką miejsce wypadku. Włączyłem niebieskie disco na dachu i wysiadłem. Kierowca osobówki biegał w panice od auta do grupy gapiów. Na asfalcie leżała młoda dziewczyna. Mocno krwawiła.
- Czy ktoś wezwał pogotowie? - zapytałem ludzi, stabilizując rannej głowę.
- A pan co jesteś? - zadziorne, anonimowe szczeknięcie nie wróżyło dobrej współpracy.
- Pytam, czy ktoś dzwonił po karetkę! - zmieniłem ton na nieco ostrzejszy.
- Ja dzwoniłem... Młody chłopak wysunął się nieco z grupy ludzi.
- Świetnie, proszę tu podejść i przytrzymywać jej głowę.
Oddech jest, tętno jest, przytomność... tak sobie... to krwawienie trzeba załatwić... wezmę też kołnierz...
Wstałem z klęczek i podszedłem do tyłu karetki. Otworzyłem dużą torbę medyczną i... zaraz ją zamknąłem...
Pustka... niemal próżnia... W apteczce nie było absolutnie nic. Za to tabuny myśli kotłowały się wewnątrz mojej czachy:
- Kto to wszystko zabrał?!? Co oni kurwa handlują tymi środkami opatrunkowymi?!?
I nagle dzieciństwo stanęło mi przed oczami.
- Panie, no róbże pan coś do cholery...
- a co ja mogę..? - aż cisnęło się na usta.

* * *
Dwadzieścia minut później wracałem sam do stacji. Moją planową pacjentkę zabrał inny ambulans, mogłem sobie werbalnie ulżyć.
- Amerykański rozmach, niemiecki porządek, szwajcarska precyzja... A jak jest po ichniemu NOKURWAMAĆ! ???

środa, 17 lutego 2010

Historia drugiej znajomości

Światowy Festiwal, o którym pisałem przy innej okazji (znajomości), przywitał w naszym mieście ludzi z różnych krajów i w różnym wieku. Wszystkich łączyła pasja do tańca, śpiewu i zabaw, aż po świt.
Pracując w obsłudze medycznej festiwalu, nie mogłem liczyć na długi relaks i hulanki z obcokrajowcami. Od rana do wieczora, a nocą zwłaszcza - przychodzili do naszego punktu najmłodsi - "bo gardło boli i biegunka jest...", nieco starsi - "bo otarcie na stopie i zwichnięta kostka..." i ci najstarsi (weterani festiwalu) - "bo..."
...No właśnie...
* * *
Byli piękną parą idącą przez życie z czułym "za rączkę". Ona - troskliwa i opiekuńcza, życiowo doświadczona, stanowiła duchową, artystyczną i metafizyczną dekorację ich pożycia. On - zasadniczo zwarty, męski bez wątpienia, z lekkim błyskiem szaleństwa w oku, wspierał ich wspólny byt zadziwiającą mieszanką energii, czułości i szczyptą angielskiej flegmy.
Razem mieli pewnie ze sto czterdzieści lat i jak na idealny związek przystało, podzielili się tymi latami, w miarę, sprawiedliwie. Kiedy w tańcu wychodzili na scenę - ziemia drżała, moc truchlała, ogień bladł i tak dalej...

Przyjechali do Polski z U.K. i ponad wszystko, oczarował ich aromat oraz smak polskich potraw, zakąsek i "zapitek" (a jakże). Początkowo słowa po polsku nie znali, ale już w trzecim dniu opanowali podstawowe rzeczowniki:
- Zchabowi..., kombasa... i czista... - please!
W piątym dniu przyswoili rzeczownik "balanga" oraz bezokolicznik "dać czadu..."
A w biblijnym dniu siódmym, przy dźwiękach szalonego krakowiaka, znosiliśmy starszego pana ze sceny...
Leżał biedak w punkcie medycznym ciężko łapiąc powietrze, a jego przerażona połowica miętoliła nerwowo czapkę z pawimi piórami i w kółko szeptała: Oh my God...
W tym dniu dyżur lekarski pełnił dr Latara - laryngolog. Wiekiem zbliżony do pacjenta, doświadczeniem zdecydowanie pacjenta przewyższał - zwłaszcza w dziedzinie "schabowy, kiełbasa, czysta"...
Kiedy przytargaliśmy chorego, doktor zajęty był oglądaniem młodych, zgrabnych migdałków, zmęczonych długotrwałym śpiewem...
- Doktorze, ciśnienie mamy w piwnicy - powiedziałem spuszczając powietrze z mankietu ciśnieniomierza - Znaczy niskie jest... - dodałem niepewnie - ...bardzo...
- Proszę "aaaaaa" - zakomenderował doktor do atrakcyjnej śpiewaczki i tym samym dał wyraźnie znać, że zagadnienia kardiologiczne starszych Anglików nie leżą w jego strefie zainteresowań.
Podpięliśmy pacjenta pod monitor. Minutę później wysuwający się z drukarki paseczek EKG rozwiewał wszelkie wątpliwości:
- Zawał jak ta lala.
Na te słowa, doktor pobladł i wykrztusił z siebie: - Karetkę dajcie...

Nosze z pacjentem wjechały na platformę. Drzwi trzasnęły, syreny zawyły i ambulans popędził, unosząc z ziemi tumany kurzu...
A ona... biedna, angielska lady, stała na asfalcie, w stroju krakowskim, z wiankiem na głowie i z uniesioną w geście pożegnania dłonią, mknęła spłakanym wzrokiem za oddalającym się ukochanym. (scenka z gatunku kardiologicznych "serce się kraje").
* * *
"Jeśli pacjent naprawdę chce przeżyć, to medycyna jest bezsilna..."
w myśl tej mądrej maksymy, starszy pan wydobrzał w polskim szpitalu. Dwa tygodnie po zdarzeniu, mój szef /baczność/ Dyrektor Placówki Medycznej /spocznij/ zawezwał mnie przed swój majestat i oznajmił:
- Nasz przyjaciel czuje się na tyle dobrze, że powinien przeżyć lot na wyspy... Pan po angielsku coś tam rozumiesz więc weźmiesz pan kierowcę i odeskortujesz pacjenta do Miasta Wielkiego Ze Wspaniałym Lotniskiem. Możesz pan już iść...

Wyruszyliśmy w drogę...
Angielski pacjent faktycznie był w doskonałym stanie. Śmiał się, żartował. Gęba mu się nie zamykała. A to, że jest dozgonnie (sic) wdzięczny polskim lekarzom (a zwłaszcza temu doktorowi... jak mu tam... Flashlight), a to, że Polacy i Anglicy razem Niemca tłukli w wojenną zawieruchę. A jak już o żonie zaczął nawijać...
- że bidulka tęskniła, ryczała, włos z głowy rwała... że on stęskniony za nią... że ona i siostra przylecą po niego do Polski, że będą czekać na lotnisku...
Wszystko musiałem kierowcy tłumaczyć, bo tylko rosyjski znał (ale za to biegle - na ruskim bazarze nie miał sobie równych) i razem się dziwiliśmy jaka to miłość i oddanie w narodzie angielskim kwitną.
Podróż upłynęła nam na milutkim gadu-gadu, gadu-gadu (ej... spytaj go czy on tak długo może..?) gadu-gadu...
Na lotnisku, otwarciu drzwi karetki towarzyszył szloch i łzy wzruszenia... Starsza kobieta rzuciła się naszemu pacjentowi na szyję i z płaczem powtarzała jakieś anglosaskie monosylaby. Miło było patrzeć na tę siostrzano-braterską scenę powitania.
Gdy już pierwsze łzy przeschły, eks-zawałowiec podał mi swoją walizę i powiedział:
- No to chodźmy do hali...
- Jak to? - spytałem - Nie czekamy na pańską żonę?
Anglik uniósł w zdumieniu brwi:
- To jest moja żona...
Zbaraniałem... i bezmyślnie palnąłem:
- Bardzo przepraszam, myślałem, że to pana siostra...
Błysk paniki przebiegł po twarzy dżemojada.  Opanował się jednak, objął ramieniem zaskoczoną kobietę i patrząc na mnie, z bezczelnym uśmieszkiem rzekł:
- Siostra nie przyleciała, a TO JEST moja żona..!
Przetłumaczyłem "na szybko" koledze o co chodzi, dodając własny komentarz na temat innej kobiety, z którą dziadek spędził szalony tydzień w Polsce.
Kierowca, zdaje się, nie zrozumiał do końca zawiłej, romansowej sytuacji. Podrapał się z frasunkiem po czuprynie i patrząc podejrzliwie na Anglika wypalił:
- A co on kurwa jakiś Mormon jest?!?
* * *
Ot angielscy sercowcy... ;)

wtorek, 16 lutego 2010

Dziwny sen miałem...

Szanowna wycieczko... Stoimy przed wejściem do Szpitalnej Izby Przyjęć.
Obiekt zbudowany w latach 60-tych XX wieku, zmodernizowany początkiem XXI wieku, spełniał rolę bastionu obronno-mieszkalnego i był pierwszą linią defensywy dla całego szpitala.
Fasadę budynku wieńczą ozdobne uchwyty, w których przed wiekami umieszczano chorągwie z napisem "Solidarność", "Strajk" oraz "Żądamy chleba".
Budynek w swojej historii przetrwał trzy oblężenia Stowarzyszenia Pacjentów Represjonowanych oraz jedno białe miasteczko...
Po krwawych wydarzeniach rewolucji w NFZ, ostatecznie popadł w wielowiekową ruinę. Odrestaurowany dziesięć lat temu, wpisany na światową listę zabytków UNESCO, udostępniony do zwiedzania.
Zapraszam do środka...

...Znajdujemy się w holu głównym, inaczej zwanym rejestracją.
Przed nami lada obronna z płyty wiórowej. Okienka w formie otworów strzelniczych stanowiły osłonę, zza której rejestratorki mogły odpierać ataki hord pacjentów. W gablocie widzicie państwo rzadki okaz starodruku - Zeszyt Skarg i Zażaleń, a w nim jedne z nielicznych oryginalnych zwrotów pięknej staropolszczyzny: 
"To jest kurwa skandal!", "Ileż można czekać?" oraz przepiękna sentencja "Pocałujcie mnie w dupę!".
Lada jest jednym z wielu elementów obronnego systemu umocnień wewnątrzszpitalnych. Jako inny przykład pomieszczeń silnie ufortyfikowanych możemy podać pokój socjalny pielęgniarek oraz gabinet lekarza dyżurnego. Niestety gabinet nie zachował się do dzisiejszych czasów. Doszczętnie spłonął podczas produkcji i degustacji destylatów.
Przechodzimy dalej...

Wchodzimy do pomieszczeń użytkowych, tzw. badalników. To właśnie tutaj chorzy oczekiwali na badanie i pierwszy kontakt z lekarzem - specjalistą. Pod oknami, na łóżkach widzimy zmumifikowane postaci pacjentów, zastygłych w oczekiwaniu...
Na podłodze zachowane autentyczne płytki z końca XX wieku, na nich wciąż wykrywalne śladowe stężenia lizolu oraz tzw. detergentów - środków ówcześnie stosowanych do czyszczenia i dezynfekcji pomieszczeń. Wzdłuż ściany, w przeszklonych szafach, zgromadzono fragmenty odzieży z epoki. Do najciekawszych eksponatów zaliczamy kolekcję obuwia, a w niej: kapeć pacjenta, chodak ordynatorski oraz absolutny unikat - but gipsowy, lewy. Na szczególną uwagę zasługują również antyczne spodenki hermetyczne, desygnowane znakiem firmy Pampers.
Proszę za mną...

Przechodzimy teraz korytarzem dla personelu. Po lewej stronie widzimy zamknięte drzwi do pomieszczenia o nawie "Magazynek". Jego zastosowanie nie jest do końca wyjaśnione. Według niektórych historyków, magazynek spełniał rolę przechowalni środków czystości i sprzętu BHP. Jednak większość autorów, w swoich opracowaniach podaje, iż było to miejsce schadzek średniego i wyższego personelu. Miano tu uprawiać kult tytoniowy oraz obrzędy o charakterze seksualnym... Legenda głosi, że wewnątrz nadal znajdują się niedopałki tak zwanych papierosów oraz uwięziona siostra Krystyna z pediatrii. Wszelkie hipotezy na ten temat pozostają niepotwierdzone, gdyż klucz do magazynku zaginął wraz z ostatnim woźnym szpitala, w końcu lat dwudziestych ubiegłego wieku...
Bardzo proszę, nie przechodzić za ogrodzenie... Te drzwi naprawdę są zamknięte...
Idziemy dalej...

Przed nami pomieszczenia główne. Gipsownia, sala reanimacyjna oraz ambulatorium chirurgiczne.
Wewnątrz zobaczycie państwo ekspozycję figur naturalnej wielkości. Całość wystawy nosi nazwę Medyczna Jesień Średniowiecza. Zapraszam... Wchodzimy, wchodzimy...

Patrzymy na prawo... Oto scena przedstawiająca zabieg zwany cewnikowaniem pęcherza moczowego. Jak widać, gumową rurkę wsadzano w... ...tak proszę pani, figury są naturalnej wielkości...
O czym to ja..?
Na ścianie, jeden z nielicznych zachowanych przykładów sztuki XXI wieku... proszę pani, prosiłem - nie dotykać figur..!
...A więc malarstwo XXI wieku. Autor E. Kopatch, tytuł obrazu - Reforma.
Impresja przedstawia taczki oraz siedzącą w nich, postać w białym fartuchu. Znawcy sztuki uważają, iż może to być autoportret.

Patrzymy na wprost... Grupa postaci wykonujących rytualny zabieg obmycia, nazywany płukaniem żołądka. Jak widać gumową rurkę wsadzano tym razem w... słucham..? Nie... ...z tego co mi wiadomo tamte rurki były jednorazowe...

W głębi ekspozycji, słabo widoczna postać przemykającej salowej. W prawej dłoni dzierży rytualny dzban, zupełnie nie wiadomo dlaczego, nazywany w tamtych czasach kaczką.
W powietrzu wciąż jeszcze można wyczuć, ledwie uchwytny zapach, prawdopodobnie kadzidełek lub innych wonności.

Proszę teraz na lewo... Tu zaprezentowano rekonstrukcję zabiegu l-e-w-a-t-y-w-y. Jak państwo widzicie, chory ma wsadzoną gumową rurkę w... ...nie proszę pana, chodzi o inne rurki... ...doprawdy, jest tyle innych pytań, które może pan zadać..! Może lepiej przejdźmy już dalej...

Przed nami Ambulatorium i lekarze szyjący w maskach. Maski zakładano prewencyjnie. Dzięki temu, po zabiegu, pacjent i jego prawnik nie mogli narzucać się doktorowi, z wyrazami wdzięczności i szacunku...
...O co pan chce znów spytać.. ...nie wiem czy nie znali innych metod leczenia... Pyta pan jak sobie radzili..? Trudno powiedzieć... Ze źródeł historycznych wiemy, że homeopatia i bioenergoterapia, w pełni, rozwinęły się dopiero pod koniec XXI wieku...

* * *
 - Aaaa! - obudziłem się z krzykiem.
- Co się tak drzesz jak dyrektorskie gacie? - salowy pochylał się nade mną z dymiącą kaczką w dłoni. - Złaź z łóżka i zmiataj z badalnika, bo nocni przywieźli kolejnego pijaczka.
- Jezuniu... Dziwny sen miałem...


----------------------------------
fot. www.dziennik.pl

poniedziałek, 15 lutego 2010

Ballada więzienna

Był to czas, kiedy kolejne, miłościwie nam panujące, z woli ludu wybrane, ugrupowanie polityczne, co i rusz wprowadzało całe mnóstwo życiowych udogodnień. Jedną z takich atrakcji były 
sądy 24 godzinne.

W stacji pogotowia, od jakiejś godziny, słychać było zgodne chrapanie. Chrapali ratownicy, kierowcy i nawet dyspozytorka Zofia podchrapywała na krzesełku przed konsoletą. Jedynie z pokoju lekarskiego nie dobiegały żadne dźwięki, bowiem tej nocy dyżur lekarski pełniła młodziutka doktor Julia Piękna.
A jak wiadomo młodziutkie, śliczne lekareczki śpią niewinnie, niczym niemowlęta i w żaden sposób chrapać im nie wolno. Z resztą istniało duże prawdopodobieństwo, że pani doktor w ogóle nie spała. W tych warunkach równałoby się to z próbą zaśnięcia w tartaku pracującym pełną parą, w samym środku sezonu wycinki drzew.
Tak więc ratownicy spali, kierowcy drzemali, dyspozytorki "czuwały", a dr Piękna ze zbolałą miną i poduszkami dociśniętymi do uszu, trwała na posterunku.
Niestety ten sielankowy obrazek nie mógł ciągnąć się w nieskończoność. Nikt z nas nie zdawał sobie sprawy, że kilka kilometrów dalej rozgrywają się ludzkie dramaty. Już wkrótce mieliśmy się o tym przekonać...
* * *
Pulpit przed drzemiącą Zofią rozbłysnął feerią kolorowych lampek. W ślad za nimi, delikatne DRYYŃ DRYYYYŃ !!! subtelnie stymulowało narząd słuchu czujnej Zosi. Dyspozytorka uśmiechała się do własnych snów, w których kielichy drobniutkich kwiatów, trącane jej własną dłonią, dzwoniły melodyjnie marsza weselnego...
- Niech ktoś wreszcie odbierze ten cholerny telefon!!! - przyniosło echo z korytarza.
- Telefon? Jaki telefon, w kościele..? - pomyślała Zofia i otworzyła oczy.
W drzwiach dyspozytorni stała dr Piękna, z włosem rozwianym i udręczoną miną zdającą się mówić - Ten dźwięk zadaje mi ból... zróbże coś z tym kobieto..!
- Pani doktor chciała złapać bukiet..? - wymamrotała Zosia otrząsając się z sennych oparów. Zawodowym, wyuczonym przez lata ruchem złapała słuchawkę i palnęła - Zakrystia słucham... ...Jaka policja jak pogotowie..? Aaa, że wy policja..? - resztki snu uleciały pod sufit pomieszczenia. - A my pogotowie, słucham... Dobrze, wysyłam karetkę... Pani doktor, wyjazd jest - do aresztu. DWÓJKA DO WYJAZDU! - wrzasnęła w sitko mikrofonu i zamykając oczy, zanurzyła się w matrymonialny świat.
* * *
Pojechaliśmy... Doktor Piękna, siedząc na krajuszku fotela, nieśmiało układała kosmyki niesfornych natura-blond włosów. Czytałem głośno treść karty wyjazdowej: - Mężczyzna, 64 lata, źle się poczuł w areszcie. W sumie nie dziwię się - pomyślałem - też bym się źle poczuł...
Julia cichutkim głosikiem mruknęła coś o cholernych bandytach i złodziejach, którzy po nocach symulują wszystkie choroby tego świata. Po tym zawstydzona własną śmiałością zamilkła.
Na miejscu czekał już komitet powitalny, w osobach dwóch ponurych policjantów. Kiedy zobaczyli wysiadającą z karetki śliczną lekarkę natychmiast bezczelne uśmieszki zagościły na ich obliczach.
- Prosimy, prosimy...
Szczęk elektrycznego zamka i trzask odsuwanych krat wprowadził nas w ten więzienny krajobraz. Stanęliśmy w perspektywie korytarza. Piękna Julia wzdrygnęła się i nie patrząc w moim kierunku wyszeptała
- Byłeś tu kiedyś?
- Raz - również szeptem odpowiedziałem, a dusza mi krzyczała - Nie obawiaj się Julio, ja - twój Romeo, własną piersią cię obronię przed stadem bandytów i niegodziwców..!
Moją duszę zagłuszył jednak groźny pomruk czarnego policjanta:
- Proszę przechodzić. - Czarny zerknął na dr Piękną i tajemniczo powiedział - Przenieśliśmy go do osobnej celi, żeby pani mogła bezpiecznie badać. - to mówiąc, wymownym gestem poklepał dłonią po kaburze pistoletu.
Julia, siląc się na swobodę, lekko drżącym głosem spytała - A co przeskrobał ptaszek?
- A jechał po pijaku i go capnęliśmy - padła dumna odpowiedź.
Po tych słowach, w ślicznej dr Pięknej coś pękło... Wyprostowała się, nabrała powietrza w zgrabne płuca i raźnym kurc-galopkiem pomknęła prosto do celi.
Za uchyloną kratą siedział skromny człeczyna. Z groźnym przestępcą miał tyle wspólnego co Austria z Australią, ale Julia zdawała się tego nie dostrzegać. Zrobiła marsową minę i ostrym tonem rozpoczęła wywiad z pacjentem:
- Co się dzieje?
- Oj boli w piersiach, pani dohtor... - wysapał wystraszony.
- Teraz boli? A jak pan jechał pod wpływem alkoholu to nie bolało?
- Wtedy nie, pani dohtor. Dopiero tu mnie tak chyciło. Z nerw chyba...
Chłopina faktycznie wyglądał jak siedem nieszczęść. Czerwony na twarzy, roztrzęsiony... Drżącą ręką przecierał spocone czoło. Jedną, bo druga była przykuta kajdankami do uchwytu w ścianie. Sapał  jak lokomotywa i przerażonym spojrzeniem lustrował stojącego pod drzwiami policjanta.
A Piękna Julia nakręcała się coraz bardziej i na dodatek włączył jej się tryb "pouczania":
- Panie jak tak można? Za nieodpowiedzialne zachowanie trzeba ponosić karę. Dlatego pan jest w areszcie... - potok słów wylewał się z pięknych usteczek. Lekarka przykładała głowicę stetoskopu do klatki piersiowej pacjenta. - Nabierać powietrza..! Przecież mógł pan kogoś zranić, zabić nawet... Ja nie wiem jak można w ten sposób postępować... Nie oddychać...
- Pani dohtor ja...
- Nie oddychać powiedziałam..! ...Teraz można oddychać.
- Pani dohtor, ja żem nawet po głównej szosie nie jechał. Jeno na bocznej drodze mie posterunkowy - tu pacjent ściszył głos - ta gadzina, capnął.
- A co pan myśli, że na bocznej drodze to nie można kogoś rozjechać?!?
- Pani dohtor, wolniutko żem jechał, wolniuteńko...
- Jasne! Wolniutko. To czym pan tak niby wolniuteńko jechał... traktorem???
- Pani dohtor kochanieńka... Rowerem żem jechał...

Już nigdy później nie widziałem tak pięknie zdumionych, lekarskich ocząt... Podobnie jak i trybu "pouczania" u doktor Julii.

niedziela, 14 lutego 2010

Unavailable...

The number you are trying to read is currently un.. un.. unavailable.

- Poza zasięgiem cywilizacji... ładuję bateryjki ;)

Charging..! clear..!

sobota, 13 lutego 2010

Młodzi-gniewni dwaj

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.


Historia czwarta (nie śmieszna wcale).





 przeraźliwym piskiem opon zatrzymali zgonione konie ambulansu pod wczesno-peerelowskim siedliszczem z wielkiej płyty.
Wysiedli i statecznym per pedes apostolorum postąpiwszy, wzdłuż zielonych rabatek ukwieconych majem... 
...niespiesznie szukali wrót klatki odpowiedniej.
Długo i z atencyją, kołatali domofonem do komnat człeka schorzałego... 
        ...w końcu weszli.
Jeszcze tylko rzucili curvami na zepsutą /jakoż zwykle/ machinę, 
w górę ludzi unoszącą...
...i pięć kondygnacyj później, niczym oka pięć mgnień, byli pod rzeczonym adresem.

* * *



ytali, oglądali, mądre miny robili... 
- gdzie boli Waćpana? Zaiste tu..? W piersiskach zmora okrutna dławi? I w ręce lewej też prądy jakoweś idą..? A zejść z nami, da radę..? Ano po schodach... toć winda popsuta...
...no takoż chodźmy... z bożą pomocą...

* * *



akżeż mocno się dziwowali, gdy między piętrami, człek na ziemię padł...
...bez ducha i wiary w ludzi...
Burzę nad nim rozpętawszy, wzajem gromy na się ciskali...
...kto po sakwy reanimacyjne i prepiteta znachorskie, do karety, zejść tera winien... 
Wszak dmuchawki ni słuchawki nawet, ze sobą skwapliwie nie wzięli...
Larum przy tym tak wielkie czynili...
...że gawiedź z okolicznych pięter tłumnie się zebrała...

* * * 



pomruk grozy nad konającym, z ust mieszczan popłynął...
...by sromotę okrutną, zwaśnionym cyrulikom zadać...
A oni z afektu swego ochłonąwszy, człeka na łasce gawiedzi zostawiwszy...
...do karety spiesznie podążyli... obaj...
...młodzi... gniewni...

* * *



stydu ciężkie zasłony, na ten prospekt, racz spuścić 
o Panie...
...a mię, sługę wiernego, od gniewu cyrulików wszelakich, wybaw...

...Amen.*





-------------------------------
* Fragment eposu wczesnośredniowiecznego - przez archeologa z ziemi wydłubany...
- Rycina zaczerpnięta ze strony, warto poczytać :)

piątek, 12 lutego 2010

Niespokojny

Żargonowe miano "niespokojnych" nadajemy pacjentom, których aktualne zachowanie lub poprzednie rozpoznanie, wskazują na zaburzenia emocjonalne, choroby psychiczne, a także stan ogólnego pobudzenia psychoruchowego.
Jest to określenie łagodne w wydźwięku, nie nacechowane negatywnie (w odróżnieniu od powszechnie znanych - "wariat" czy "świr"), ale czasami nie oddaje w pełni skali natężenia "niespokojności" pacjenta.
Pierwszy niespokojny (chłopak -17 lat), którego wiozłem na oddział, z początku zachowywał się przyzwoicie. Odebrałem go z przychodni, gdzie sam się zgłosił, czując nadciągające czarne chmury. W karetce był grzeczny. Rozmawialiśmy na tematy obojętne. Nikt by nie rozpoznał (no może poza psychiatrą), w czym tkwi problem. A problemy zaczęły się w szpitalu. Czekając na lekarza, spędziłem z chorym ponad trzydzieści minut. Sam - bo pielęgniarki sobie poszły w pi...u, a mój kierowca radośnie ćmił szlugi przy karetce.
Pacjent siedział na krzesełku i nakręcał się coraz bardziej. Nie pomagały werbalne próby uspokojenia. Oddychał coraz szybciej, ręce mu drżały, a jego wpatrzony we mnie wzrok zmuszał do szybkiej analizy, czym ewentualnie w tej sali mogę się bronić (chłopak ułomkiem nie był). Warczał, piszczał, płakał... pokazywał zęby, ale ręki na mnie nie podniósł... Jakoś przetrwałem, choć wrażenia - bezcenne. Taki był mój pierwszy niespokojny. Potem bywało różnie...
 ***
Jakieś trzysta dyżurów później ;) dostaliśmy wezwanie do kolejnego niespokojnego. W karcie wyjazdowej dyspozytorka napisała: "Chory leczony psych., awantura domowa."
Druga w nocy, zima... Jedziemy, radyjko gra, na noszach równiutko ułożony kaftan - ogólnie wesoło. Jako, że na stacji był "nadstan" ratowników, pojechaliśmy we trzech (całe szczęście).
Mgła była taka, że kierowca nie wiedział, gdzie się kończy śnieg, a gdzie już jest mleko. Szukaliśmy adresu niemalże po omacku.  W końcu znaleźliśmy malutką wioskę, a w niej, pod lasem, chatkę (hmmm - no dobra - dom murowany, piętrowy). Tuż pod oknem, zobaczyłem leżącą kupę porozbijanej elektroniki "użytkowej". Czego tam nie było... Telewizor, DVD, głośniki, nawet jakiś amplituner mi przemknął przed oczami.
W domu cisza, spokojniutko... Aż dziwne.
- Może się pozabijali? - pomyślałem.
Wewnątrz szybko okazało się, że nie jest tak źle jak sądziłem. Było nawet całkiem dobrze. Czysto, nie widać śladów walki... sielanka.
W pokoju, na łóżkach siedziało dwóch braci. Obaj w wieku około 25 lat. Patrzyli na siebie w milczeniu... No prawie w milczeniu. Jeden spokojniutki, rączki równiutko na kolankach, pidżamka, kapcioszki na nogach... Drugi, podpierając ręką kiwającą się głowę, mruczał zawzięcie: "Kkuhhwa... kuhwa..."
Grzecznościowe "brywieczór" i zaczynamy wstępny wywiad z wulgarnym. Jak się czuje, co się dzieje..? Itp.
- Panowie... kkuuhwa... To nie ja się szszuję... To on... - zaleciało alkoholem...
Dobra, dobra... Nas, starych wyjadaczy chce oszukiwać? Nie damy się tak łatwo. I dalej gościa odpytywać...
- Panowie, ja piehdolę... Tto on... szszysięgamm...
Twardo nie dawaliśmy się oszukać, do momentu, gdy na scenę wkroczył ojciec obu chłopaków. Przytargał dokumenty, z których jasno wynikało, że faktycznie ten spokojny jest "niespokojny", a wulgarny jest po prostu na bani. Tatuś wyjaśnił, po czym rozwiał się, niczym mgła za oknem. Dziwne... dziwne...
- Kategohhycznie szsządam zabhhania go do wahhiatófff... kuhhhwa...
Po pięciu minutach sytuacja się nieco wyjaśniła. Było tak:
- pacjent leczył się na oddziale - fakt
- kilka lat temu - fakt
- wypisali go z zaleceniami - fakt
- mieszka z bratem w jednym pokoju - fakt
- brat wraca co noc do domu pijany... - niby fakt...
- ...i w środku nocy włącza cały sprzęt na full głośności... - trudno powiedzieć...
- no to panowie też by w końcu nie wytrzymali... - to fakt...
(pod nieobecność brata, wyniósł sprzęt pod dom i pach... pach... młotkiem)
- teraz pacjent jest spokojny, zorientowany, nie stanowi zagrożenia, nie wyraża chęci i zgody na jazdę do szpitala - fakt
- mamy problem - fakt.

- Paanowie, kuhhhwa, jak go nie weśśśmiecie to ja go kuhhwa zatłukę. Ccały szszęt mi rrrozjeeb... hick...
Wulgarny, zataczając się wyleciał z domu.
Co robić? Co robić..?
- Skoczę do karety, krzyknę przez radio. Może coś poradzą..? - powiedział "Jeden z nas" i poszedł...
Chwilę później zadzwonił mój telefon komórkowy.
- Halo...
- To ja... Przyjdźcie szybko do karetki, mam ważną sprawę - i dalej szeptem - dzwoń po gliny...
Było słuchać kolegi i dzwonić po wsparcie... ale nie... po co..?
Wybiegliśmy w nocne powietrze przed domem. Zaparkowany ambulans kiwał się na boki. Lewo - prawo, lewo - prawo... W przedziale medycznym stało kilku kolegów wulgarnego. Wszyscy podobni - jak krople wody - nawaleni, wulgarni i niespokojni. Trzymając za uchwyty, huśtali całą karetką coraz mocniej.
"Jeden z nas", biegając w kółko powtarzał przyjacielskie: "Panowie, panowie... spokojnie..."
Kilku kolejnych wulgarnych wyszło zza domu. Za plecami chowali jakieś niespodzianki. Tylko trzonki wystawały.
- Ttto jak będzie..? Weśśśmiecie wariatta..? Szszyy nie weśśmiecie? Bo sssie będziemy gnieffać...
"Trzeci z nas", z miną pokerzysty, wyciągnął z kurtki paczkę papierosów.
- Zapalimy? - częstował "niespokojnych-wulgarnych" - pogadamy... Wariat nie zając... kolegów z karetki zawołajcie... Dla wszystkich starczy.

***
Wracaliśmy do stacji bez "niespokojnego". Wulgarnych udało się namówić, aby poszli do najbliższej wioski na zabawę. Wcześniej jeszcze nam karetkę ze śniegu wypchnęli  :) 
Nigdy nie przypuszczałem, że paczka fajek i "odrobina" dyplomacji uratują mi tyłek przed laniem... Dobrze, że jechał z nami ten "Trzeci", bo ani ja, ani "Jeden z nas", tytoniowego świństwa do ust nie bierzemy... choć jak widać czasem warto.

----------------------------------------------
Żeby nie było, że zawsze jest tak różowo... Do dziś, gdzieś po firmie, wala się aluminiowa walizka ze śladem po łopacie... Sanitariusz przeżył.

czwartek, 11 lutego 2010

Historia jednej znajomości

Miała może dziewiętnaście lat. Ładną buzię, czarne długie włosy i pięknie opaloną, delikatną skórę. Była zgrabna, ale nie za chuda - taka, jakie lubię. Świetnie mówiła po polsku.
W upalne lato przyleciała aż z Australii do kraju swoich przodków, by wystąpić na Światowym Festiwalu.
Przyjaciele z zespołu tanecznego odtrącili ją, gdy w drugi dzień pobytu, podczas próby skręciła nogę...
...taka samotna.
* * *
Ja byłem kilka lat starszy od niej. Pracowałem jako młody ratownik w obsłudze medycznej festiwalu...
...taki zaangażowany.
* * *
Pocieszałem ją, zmieniałem opatrunki, pomagałem dojść na widownię, wspierałem ramieniem. Wieczorami liczyliśmy gwiazdy na fladze Australii... Rozmawialiśmy o australijskich plażach i polskim Pacanowie. O kangurach i owcach na halach...
Na rękach wnosiłem ją na hotelowe piętro, gdzie mieszkała. Nosiłem do toalety, do dyżurki, do karetki... Byłem przy niej...
...czułem się taki potrzebny.
 * * *
Dziesięć dni później, na pożegnanie dała mi kapelusz ze skóry aligatora. Płacząc - piękną polszczyzną wyszeptała: "Goodbye my darling..."
...i odleciała...

...a ja zostałem na polskiej ziemi... z tęsknotą, kapeluszem z krokodyla i...
...dyskopatią.

-------------------
Ech wspomnienia... powracają zwłaszcza na zmianę pogody ;)

środa, 10 lutego 2010

Wujek cięta riposta

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Historia trzecia.

Wystartowali o dziewiętnastej. Dyżur, jak każdy inny, rozpoczął się od "nic nie znaczącego" transportu, który potrwał - bagatela - dwie godziny i trzydzieści minut. Potem zgarnęli spod dworca jakiegoś słuchacza płyt chodnikowych. W SORze nie było wolnego wózka, musieli czekać ponad dwadzieścia minut. Szybkie sprzątanie budy po wiezionym pijaczku... Kiedy ruszyli w drogę powrotną, zegar na desce rozdzielczej szyderczo podświetlał cyferki układające się w ciąg znaków 00:24
- To się nie liczy... - przekonywał sam siebie Młody - dojedziemy do stacji i licznik się wyzeruje. Zobaczysz Wujcio, że resztę nocy prześpimy jak te... no... niedźwiedzie w bani... nie w bani... Gdzie śpią niedźwiedzie?
- W gawrze kuwa - Wujek zmiął w ustach przekleństwo - W bani to ty masz renament i lepiej się już nie odzywaj bo zapeszysz i na wyra wrócimy świtkiem.
Młody z pokorą przyjął połajankę od starszego kolegi. Wbił się głębiej w fotel pasażera, dosunął suwak w przydziałowym, czerwonym polarku i zamilkł. Od czasu do czasu spoglądał towarzysko w stronę zajętego jazdą Wujka. Niestety kierowcę zaprzątały myśli błądzące w okolicach kanapek z jajkiem i ogórkiem kiszonym, tęsknie oczekujących na jego powrót do stacji pogotowia.
- Wujcio, a jak myślisz - nie wytrzymał Młody - ta nowa niunia co to robi na ambulatorium to ma z naszym starym renesa... rekone... no... śpią ze sobą?
- Młody kuwa! - podniósł głos Wujek - zamknij się i daj mi spokojnie zgłodnieć!
- Okej, okej... ale mnie się tam widzi, że oni muszą się umawiać na jakieś... vis a vis...
Wujek już nabierał powietrza w płuca, żeby zjechać Młodego na czym świat stoi. Otworzył nawet usta...
- Szóstka zgłoście się... - radio ryknęło znienawidzonym głosem dyspozytorki.
Powietrze uszło z głośnym wydechem. - No tośmy kuwa pojedli, pospali... Wykrakałeś cymbale.
- Szóstka pojedziecie na ulicę Zaciszną, domek jednorodzinny, kobieta w ciąży. Sprawdźcie co się dzieje bo wrzaski straszne w słuchawce były. Połowy nie usłyszałam... Aha i macie zgodę na niebieskie.
- Jedziemy Ciociu - krzyknął raźno w gruszkę mikrofonu Młody i włączył wyjce.
UUUUuuuuuuaaaaAAAA
- Jedziemy Ciociu... - Wujek przedrzeźniał w myślach Młodego. - To teraz już do rana nie wrócimy... I jeszcze kuwa do ciężarnej wyjazd. A gnojek się nie wiadomo z czego cieszy. - W sumie mógłby te frustracje wypowiadać otwartym tekstem i tak nic by nie było słychać. Przestrzeń szoferki wypełniał huk syreny.
- Wuj... łiiił... myś... łiiił... co... łiiił... miej... łiiił... będzie? UUUUuuuuaaaaAAAA.
Młody raz po raz wyłaniał się z mroku szoferki w niebieskich przebłyskach kogutów.
- Jemu się kuwa gęba nie zamyka - pomyślał udręczony Wujek i z piskiem zatrzymał karetkę przed domkiem na Zacisznej.

Nazwa w pełni oddawała charakter ulicy. Zgrabne, zadbane szeregówki z ogródkami stały na baczność wzdłuż odśnieżonego chodniczka. Cisza, spokój... taki zimowy, pocztówkowy obrazek.
- Coś tu za cicho... - sapnął Młody - Mieli wrzeszczeć, nie wrzeszczą... Istna puszka pandory... nie puszka... chata morgana..? Wujcio jak się mówi na...
- Jak cię zaraz palnę to ci się włosy na uszach skręcą i wtedy zobaczysz chatę morgana. Otwieraj furtkę i leć pukać do drzwi... a przy okazji sprawdź czy nie mają w ogródku jakiegoś miłego pieska - w myślach dokończył Wujek.
Weszli do domu. Drzwi otwierał im szczupły, drobny facecik o przerażonej twarzy i rozbieganych oczach. Chłopak miał wszystkiego może dwadzieścia parę lat, ale jakieś straszne przeżycia wyorały mu pod dolnymi powiekami fioletowo-brązowe, podpuchnięte worki.
- Proszę prowadzić do chorej - Wujek rutynowym tonem postanowił sprawę załatwić bez zbędnych ceregieli.
- Tak, tak... oczywiście. Kochanie, panowie przyjechali cię zbadać, skarbie... - wyszemrał chłopczyna i przepuścił Wujka w progu pokoju.
Na wersalce siedziała młoda, ładna kobieta. Pod różowym szlafrokiem rysowała się spora piłka ciążowego brzucha. Dziewczyna przywitała wchodzących ratowników promiennym uśmiechem i łagodnym tonem powiedziała:
- Wybaczcie mi panowie ten cyrk... Naprawdę nie wiem co we mnie wstąpiło...
- Ale o co w ogóle chodzi? - Wujek przysiadł na wersalce i rozpoczął fachowe zbieranie wywiadu.
Tymczasem pod ścianą Młody przelewał swoje towarzyskie zapędy na męża ciężarnej.
- Pan będzie tatusiem? A te wory pod oczami to z niewyspania? Na to najlepsze są te... fusy... nie fusy... esęsja..? też nie... W każdym razie okład się z czegoś robi, wie pan?
Wujek zdążył już założyć wkłucie i uzyskać od kobiety zgodę na przewóz do szpitala.
- Chodź tu baranie, zmierz pani ciśnienie... - warknął pod nosem przechodząc obok nadającego jak automat kolegi.
Młody posłusznie zapiął na ramieniu mankiet ciśnieniomierza. Psyk, psyk, psyk... pompka miarowo tłoczyła powietrze. Kobieta uśmiechała się nieustannie jakby chciała powiedzieć "Panowie, ale po co tyle zachodu..?" Drobniutki mąż nieśmiało gładził ją po drugiej ręce.
- Bolało? - zapytał cichutko wskazując na venflon.
- No coś ty, głuptasku... - odpowiedziała z uśmiechem.
Ssssssssssssssssssss... Młody spuścił powietrze z mankietu.
- sto trzydzieści na dzie...
Nagle uśmiechniętą twarz kobiety wykrzywił straszny grymas.
- Ooooooch niee... znowuuuuu... aaaauuuu. - Ręka ciężarnej wystrzeliła gwałtownym szarpnięciem, przeleciała tuż nad głową przerażonego Młodego i z głośnym mlaskiem wylądowała na twarzy męża. Ćwierć sekundy później tą samą drogą przeleciały pompka i zegar ciśnieniomierza.
- Oooochhhhh... AAAAAaaaauuuu... Coś ty mi zrobił BYDLAKU!!! - przeraźliwy wrzask rozchodził się po pokoju. Wujek walczył z zapięciem mankietu. - Leć po nosze! Krzyknął do białego jak ściana Młodego.
Mąż, trzymając się ręką za twarz, powtarzał trwożnie: - Kochanie... kochanie...
- DRANIUU..! OOooołaaaa.... Aaaaaauuuu... Nienawidzę cię!... Aaaaa... Boooli - kobieta wierzgnęła energicznie nogą. Mężczyzna zgiął się w pół łapiąc rękami za krocze.
- Panie idź pan kuwa stąd - przekrzykiwał rodzącą Wujek - bo ona pana zabije!
Pięć minut później zapięta na noszach dziewczyna, z przepraszającym uśmiechem na twarzy cierpliwie znosiła kiwanie w drodze do karetki. Platforma wjechała do wnętrza ambulansu, stuknęły zaczepy.
Młody nachylił się nad Wujkiem i konspiracyjnym szeptem powiedział:
- Ona jest prawie jak mister Hajt i ten doktor... no... Frankensztajn..?
- Spieprzaj na pakę - odburknął wściekły Wujek i podając drobnemu mężowi Kompresy Gazowe-Wyjałowione powiedział:
- Pan niech lepiej jedzie taksówką. Szpital Za Górką... A to na ten krwotok z nosa...
Wsiadł za kierownicę, przekręcił kluczyk w stacyjce. Zegar wyświetlił  godzinę pierwszą, minut sześć.
- Nie będę budził połowy osiedla sygnałami - pomyślał zrezygnowany - Łeb mi pęka... pusto na drogach, przelecimy na samych błyskach.
Z tyłu, w przedziale medycznym, nadchodził kolejny skurcz.
- Auuuuaaaa... oooch... BYDLAKU... gdzie mój mąż!?! Aauuuaaa.... Dra...
Trzask! Wujek energicznie zamknął szybkę oddzielającą szoferkę od paki. Ciszaaa...
- puk, puk, puk... z drugiej strony Młody dobijał się do szybki.
- Co jest?!
- Wujcio... (Auuuuaa...) a co ja (Ooooo...) mam tu (Aaaaaaauuuu) sam (Byyydlakiii) siedzieć?
- Nie kuwa baranie..! Pójdę tam do ciebie i se będziemy razem siedzieć! Tylko zaparz kuwa herbaty!!!  - wrzasnął Wujek, włączył sygnały i depnął z całej siły gaz.


Pierwsza dwadzieścia.
Szybkim krokiem pchali nosze przez uśpiony, szpitalny korytarz. Kobieta jęczała przeklinając męża, rodzinę jego i personel medyczny do trzeciego pokolenia włącznie.
- Ooooch... niosło szpitalne echo.
Stanęli przed zamkniętymi drzwiami oddziału.
- Auuuuu...
PATOLOGIA CIĄŻY, GINEKOLOGIA I POŁOŻNICTWO - głosiły napisy na wielkich tablicach.
- Ooooo...
Młody nacisnął dzwonek.
- Ooooooch...
Dłuższą chwilę później, w drzwiach otworzyło się małe okienko, a w nim zamajaczyła rozczochrana głowa pielęgniarki.
- Aaaaałłłaaa - wrzeszczała pacjentka na noszach. 
- Z czym..? - zapytała rozespanym głosem piguła - z porodem..?
Wujkowi zagotowało się pod czachą. Miarka się przebrała...
- NIE KURRRRWA! ZE ZŁAMANIEM!!!


Pierwsza trzydzieści.
- Aleś jej dogadał Wujcio - Młody gramolił się do szoferki - Normalnie... ten... no... szczęka nie siada...
- Szóstka zgłoście się... - zawyło radio.

 
fot. http://linemed.pl/

wtorek, 9 lutego 2010

Czas nas uczy pokory

Intubacja jest zabiegiem mającym na celu uzyskanie drożności i zabezpieczenie dróg oddechowych pacjenta.
Polega na wprowadzeniu do tchawicy rurki o odpowiednim kształcie i długości. Istnieją dwie drogi oraz kilka metod wykonania intubacji. Szczegóły medyczne pominę, zainteresowanych odsyłając choćby tu. O tym zabiegu śladowo pisałem tutaj i tutaj.
Intubacja zasadniczo nie jest zabiegiem mocno skomplikowanym, ale ze względu na obowiązujące rozporządzenie, ratownicy medyczni mają bardzo wąski zakres możliwości zastosowania tego manewru.
Być może dlatego, o intubacji wśród ratowniczej braci rozmawia się na zasadzie: "Wszyscy o tym mówią - niewielu to robiło". Słyszałem już dziesiątki legend o tych zabiegach. Udanych, nieudanych, potrzebnych i tych zbędnych. Wyłania się z nich obraz ratownika doświadczonego (czyli takiego, który intubuje zawsze i wszędzie utrzymując wynik udanych zabiegów 100/100) i żółtodzioba, który o laryngoskopie i rurkach mógł najwyżej poczytać w podręcznikach. Zawodowcom, którym na widok powyższego zdania wyskoczył spory gul nieśmiało przypominam, że poruszaliśmy się cały czas w sferze legend.

Będąc na studiach nie pałałem wielkim entuzjazmem do przedmiotów ogólnych typu ekonomia, demografia itp. Zaoszczędzone w ten sposób siły lokowałem w dziedzinach medycznych. Uczelniane pracownie zabiegów ratunkowych nie kryły przede mną żadnych tajemnic, a wszelkie manekiny służące do reanimacji, iniekcji oraz intubacji nie były w stanie mnie czymkolwiek zaskoczyć. Co bardziej nawiedzeni studenci (wśród nich ja) zostawali wieczorami w pracowniach aby doszlifować swoje umiejętności praktyczne. Po kilku tygodniach takich ćwiczeń intubowałem manekiny "z zamkniętymi oczami" i na wszystkie sposoby. Taka "ratownicza kamasutra" :) Z laryngoskopem i bez, przez nos, przez usta, po palcu, na siekierkę, po turecku... brakowało jeszcze tylko żebym stanął na głowie w pozycji kwiatu lotosu...
Wówczas oczywistym się stało, że zabawy z gumową lalą należy zostawić bardziej nieśmiałym. Oto bowiem nadszedł czas podnieść poprzeczkę i spróbować swych sił z prawdziwym pacjentem. W ten właśnie sposób wylądowałem na bloku operacyjnym, gdzie drżącymi rękoma wykonałem swoją pierwszą w życiu, prawdziwą intubację. Wszystko odbyło się pod czujnym okiem niezastąpionej dr Króliczkowskiej. Poszło gładko, szybko i bez komplikacji. Od tej chwili, pozytywnie wzmocniony dobrym słowem, prezentowałem wewnętrzną postawę "trzymajcie mnie w sto bo jeden nie ma co", mówiąc krótko, zadzierałem nosa.
Czas przeznaczony przez władze uczelni na praktyczną naukę intubacji określiłbym jako śmiesznie niewielki, dlatego część studentów nękała zaprzyjaźnionych anestezjologów ciągłymi prośbami o "indywidualny tok nauczania". Na nasze szczęście w lokalnym szpitalu pracowało paru naprawdę życzliwych lekarzy, którzy nie bali się wziąć pod opiekę takich studenckich przeszkadzajków jak my.
* * *
Doktor Nisza był (jest) typem lekarza-luzaka. Wysoki, szczupły facet, o bystrym spojrzeniu i wielce przyjaznym stosunku do studentów oraz personelu szpitala. Kiedy pierwszy raz trafiłem do Niego na "dokształcanie" okazało się, że w szatni bloku operacyjnego nie ma ciuchów pasujących do mojego wzrostu (a wysoki ze mnie gość). Wówczas dr Nisza, bez zastanowienia wyjął ze swojej półki zielony komplet i podając mi go powiedział:
- Ubieraj. Spotykamy się za pięć minut.
Pięć minut później zobaczyłem anestezjologa odzianego w zielone spodnie, których nogawki sięgały doktorowi do połowy łydki. Na głowie miał zawadiacko przekrzywiony chirurgiczny czepek żółtego koloru z radosnym wzorkiem kolorowych misiów. Na bluzie, tuż obok wielkiej pieczątki z nazwą szpitala znajdowała się mała kieszonka, z której bezwstydnie wyzierał wafelek Prince Polo XXL.
Całość prezentowała się na tyle niepoważnie, że w pierwszej chwili miałem obawy co do wartości merytorycznych mojego pobytu na bloku.
Chwilę później wszelkie wątpliwości poszły precz. Nisza był doskonałym fachowcem, a do tego świetnym nauczycielem. Zapał z jakim wprowadzał mnie w arkana wiedzy tajemnej sprawił, że przez kolejne miesiące byłem częstym gościem zarówno na bloku operacyjnym, jak i OIOMie. Za Jego przyzwoleniem intubowałem wszystko co się nie ruszało i na drzewo nie uciekło. Muszę przyznać, że szło mi świetnie. Moja nonszalancja i bezczelna pewność siebie urosły do tego stopnia, że nie chcąc tracić czasu na całe operacje, biegałem od jednej sali do drugiej i u znajomych anestezjologów żebrałem o "jedną małą intubacyjkę".
Któregoś dnia, podczas takich właśnie niecnych praktyk, złapał mnie dr Nisza i z lekką ironią w głosie spytał:
- Zajęty jesteś bardzo?
- Nie bardzo.
- To świetnie - ucieszył się - bo wiesz, zaraz będzie robota. Zaintubujesz?
- Pewnie doktorze - odpowiedziałem, a w duchu ego mi dośpiewało "co to dla mnie".
Na sali oprócz podstawowego składu osób zobaczyłem małą, trwożnie stłoczoną grupkę młodzieży.
- To nasi studenci lekarskiego, a to nasz student ratownictwa. Doktor dokonał szybkiej prezentacji.
Mhhhhmmm... próżnooośśśśćććć. Wszechogarniająca. Od palców stóp po ostatni włosek na głowie... Oto ja, teraz pokażę IM jak się wykonuje...
- Skupmy się na pacjencie - przerwał moje rozmyślania Nisza. - Czego możemy się spodziewać?
- Trudnej intubacji - pisnęło jakieś zamaskowane, lekarskie dziewczę.
Słyszałem o trudnych intubacjach, ale ja nie dam rady?
Na stole operacyjnym leżało jakieś sto czterdzieści kilo pacjenta. Tam gdzie był koniec ramion zaczynała się głowa, a szyja miała wymiar mocno symboliczny. Cofnięta żuchwa i wysunięte siekacze górnej szczęki dopełniały całości obrazu.
Doktor wykonał farmakologiczne hokus-pokus. Pacjent przestał oddychać, a gdy jego duch tymczasowo popędził za wielkim Manitou przystąpiłem do dzieła.
Po otwarciu ust jedyne co zobaczyłem to ogromny, zasłaniający wszystko jęzor. Wsadziłem ostrożnie łyżkę laryngoskopu i starając się zepchnąć język na lewo walczyłem o odrobinę przestrzeni. Bezwładny twór mięśniowy przelewał się przez laryngoskop, uciekał osuwając na boki. Prawą dłonią starałem się szerzej otworzyć usta, ale żuchwa osiągnęła już maksymalny punkt wychylenia.  Metalowa łyżka raz i drugi stuknęła delikatnie o wystające zęby. Spoconymi palcami poprawiłem uchwyt na rękojeści przyrządu i spojrzałem na doktora... Ten jakby lekko zdziwiony uniósł nieznacznie w górę brwi i ruchem głowy nakazał mi kontynuować.
W tym momencie aparatura monitorująca zaczęła wyć, piszczeć, jęczeć. Miałem wrażenie, ze wszystko co mogło wydać z siebie jakiś dźwięk grało wstydliwe requiem.
Nie widziałem nic z tego, co zgodnie z instrukcją powinienem uwidocznić w strukturach anatomicznych krtani.
Pacjent potrzebował tlenu. Nadchodził czas aby się poddać i przyznać do porażki.
- Rurkę poproszę - podniosłem lekko prawą rękę.
- Jesteś pewien? - szybko rzucił Nisza.
- Tak! - powiedziałem i wsadziłem rurkę na ślepo...
 Kilkanaście sekund później...
- Jesteśmy w przełyku! - Studentka osłuchująca pacjenta wycedziła te słowa patrząc na mnie z wyrzutem.
- W takim razie usuwamy rurę... - spokojnym głosem zawyrokował anestezjolog - ...a teraz chłopcze, pokaż nam jak się nauczyłeś wentylować przez maskę...

Godzinę po tym odwoziliśmy pacjenta na salę pooperacyjną.
- Potrzebowałeś tego - powiedział do mnie doktor - potrzebowałeś teraz, a nie w karetce czy na ulicy...
- Wiem doktorze... - odpowiedziałem i czułem jak wstyd blokuje mi gardło. Na chwilę zapadło milczenie.
- Przyjdź jutro. Poćwiczymy...
* * *
Bardzo lubię doktora Niszę - to doskonały nauczyciel... Lepszy niż czas.

----------------------------------------
Nazwiska lekarzy (z żalem) zmieniłem.