środa, 16 czerwca 2010

Słaba płeć

- Siostrom Ambu w pogotowiu już dziękujemy - powiedział dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego zrzucając z biurka podania i CV z napisem "kobieta" widniejącym w rubryce "płeć".
Tym samym, pryncypał definitywnie zamknął erę pań w podstawowych zespołach wyjazdowych.
I miał w swoim działaniu wielu sprzymierzeńców...
- A bo to słaba płeć... A niedysponowane przynajmniej raz w miesiącu bywają... A kto będzie targał nosze z ciężkim pacjentem?
Zresztą sama nazwa "Siostra Ambu" nie wzięła się z powietrza.
Dawniej idący do wezwania lekarz wysiadał z karetki niosąc papiery i ewentualnie swój kuferek. Obok dzielnie podążała pielęgniarka, dzierżąc w dłoni lekki worek samorozprężalny - zwany potocznie AMBU. A za nimi tarabanił się sanitariusz, taszcząc walizy, plecaki reanimacyjne, defibrylatory i inne pierdolety.
W 2006 roku reforma służby zdrowia brutalnie okroiła zespoły wyjazdowe, redukując liczbę personelu do dwóch osób. I nagle okazało się, że walizy, plecaki, nosze, pacjent - to zdecydowanie za dużo kilogramów na JEDYNEGO faceta w karetce.
Pielęgniarki i ratowniczki musiały albo zrezygnować z takiej pracy albo dawać radę i dźwigać.

Nie jestem męskim szowinistą. Serio.
Według mnie kobiety mogą absolutnie WSZYSTKO...
                                                      ...tylko nie w "mojej" karetce ;)
Pragnę od razu uciszyć ewentualne damskie głosy niezadowolenia.
Drogie Panie - jesteście świetne w tym co i jak robicie. Ratujecie, pielęgnujecie...
Ale serce mi się kraje, gdy widzę taką Bidusię szarpiącą się z lewarkiem do opuszczania noszy. Nie mogę patrzeć, kiedy ugina się pod ciężarem plecaka i butli z tlenem... A ja nie jestem w stanie pomóc, gdyż dwustukilogramowy waleń pacjent właśnie przywalił mnie swoim ciężarem w przedpokoju.
Bidusia, czerwona i spocona na twarzy, rzuca plecak oraz butlę i szarpiąc walenia za pidżamowe spodnie próbuje mnie ratować ze śmiertelnego uścisku.
- Nie zostawię cię, my darling..! - szlocha do mnie rozpaczliwie, targając bezwładne cielsko.
- Zostaw mnieee... - charczę słabo spod ciężaru - Odejdź... (na SOR lub Izbę Przyjęć) ...pozwól mi tu spokojnie... pracować.
Takie jazdy to zdecydowanie nie na moje nerwy :)

Jest również inny aspekt sprawy. Feromony.
Mam w pracy taką... hm... koleżankę. Śliczna i miła dziewczyna. Ale kiedy przebierze się w czerwone, ratownicze ciuszki działa na facetów jak... lampa na ćmy.
Żaden Jej nie przepuści! Lezą do karetki stadami.
I panowie ochroniarze i motocykliści w skórach. Policjanci, księgowi i żulowie zawodowi. A pijaków to już ściąga chronicznie.
To ich boli, tamto uwiera. "Umierają" w tej karetce, a każdy tylko patrzy jak tu wysępić od Niej numer telefonu.
I ja potem te wszystkie "ćmy" muszę odganiać z narażeniem życia oraz męskiej godności (przecież zawsze mogę dostać łomot od któregoś i co..? Wstyd jak cholera).

Wyobrażacie sobie sytuację, w której razem z taką ratowniczką wchodzimy wezwani do meliny pełnej trzydniowych ochlejtusów? Makabra. Ta scena wykracza poza moje możliwości projekcji i percepcji...
     Chociaż...
              Właśnie coś mi się przypomniało...
                                           Niczym czarno-biały film...

* * *
Ambulatorium chirurgiczne. Noc. Cisza dźwięczy w pustym korytarzu. 
W zadumie myję ręce nad pękniętą umywalką. Z pomieszczenia obok dobiega mnie dyskretny ziew kolegi drzemiącego nad krzyżówką. Puściutki budynek. Tylko my dwaj i ulotny zapach kobiecych perfum.
Nagle nostalgiczną ciszę nocnego dyżuru przerywa ostry huk otwieranych drzwi.
- Co jest?? - słyszę podniesiony głos Ola.
- AAAARRRRGGGHHH!!! - przerażający wrzask paraliżuje mięśnie. Mimo lęku biegnę koledze na pomoc.
W ambulatorium szaleje dwumetrowy, zakrwawiony małpolud. Macha wielkimi łapskami na wszystkie strony. Widzę jak drobny ratownik, trafiony sierpem, frunie na ścianę.
- AARRGH! - z ogromnej klaty wyrywa się ryk. Krew kapie z twarzy małpoluda  mieszając się z błotem na jego spodniach i butach.
Olo leży cichutko, nieruchomo pod ścianą.
- KU.WAAA! KU.WA! Nos mi rozj.bali gnoje! ZAJ.BIĘ!!! - King Kong ruszył w moją stronę.
- O mamusiu, już po mnie... - pomyślałem i odruchowo wykonałem unik przed nadlatującą pięścią. Łapy niczym kleszcze schwyciły moje ratownicze wdzianko. Goryl przyciągnął mnie na odległość "intymną".
- Olo ratuj... hejkum kejkum... - Przed moją twarzą rysował się złamany, zakrwawiony nos, grymas dzikiej furii... i ten oddech.
- No to koniec... - pomyślałem czując powiew bimbru, śledzi i jajka na twardo - ...odpływam...

- A co się tutaj do jasnej cholery dzieje?!? - cieniutki głosik rozległ się niczym cięcie ostrym nożem.
- AARRRGHH! KU..WAA!
Opadając na podłogę widziałem jak małpolud biegnie w stronę małej, białej istotki.
- Pani doktor, proszę uciekać..! - chciałem krzyczeć, lecz głos uwiązł mi w gardle.
King Kong wyciągał już łapska w stronę lekarki. Zamknąłem oczy.
- A co to za wychowanie?! Takie wrzaski po nocy??? - głos kobiety brzmiał teraz jak bzyk wściekłej osy - I takie wulgaryzmy mi tu wykrzykuje?! Proszę w tej chwili przestać się wydzierać!!! Widzicie go! Wulgar jeden!
- OWWWHH..? - wielka małpa ze zdziwieniem zatrzymała się w pół kroku przed drobną figurką.
- I jeszcze błota wszędzie naniósł, juchą podłogę zapaskudził! Kto to będzie sprzątał?! Jazda mi do łazienki, umyć się! ALE JUŻ!!!
Małpolud posłusznie przeszedł nade mną i po chwili słyszałem plusk wody.
- A ty Crew, co tak leżysz?! Wstawaj i podnieś Ola! W pracy jesteście, a nie na plaży! - doktorka odwróciła się w stronę łazienki - NO..? Długo jeszcze będę czekać?! Kąpiele sobie teraz urządza!
GDZIEE?!? Buty wytarł?! No to wytrzeć ładnie i siadać tu na zydelku..!
- Awhhh...
- Siadać! I głowa do swiatła... DO ŚWIATŁA powiedziałam! - kobieta pchała w wielki kinol sterylny kompres - Cały nos rozwalony i jeszcze tu awanturę przyszedł robić?! W nocy, o północy?!
- AŁAA! KU.WAAA! - małpolud wyrwał się lekarce
- JA CI DAM KU.WA!!! Ja ci dam przeklinać! - wrzeszczała rozjuszona osa - Co to za maniery?! Do kolegów sobie wrzeszcz albo w lesie na dziki! A JAK SIĘ NIE PODOBA TO WYNOCHA! Na ulicę jazda!!! - Ostrej przemowie towarzyszył szeroki gest otwieranych drzwi - NO..?
Zapanowała chwila ciszy. King Kong toczył jakąś wewnętrzną walkę. Sapał, mruczał, po czym opuścił zrezygnowany ramiona, usiadł ciężko na zydelku i wystękał głębokim basem
- Przepraszam...
- Proszę..! - odpowiedziała obrażona lekarka i szybkim ruchem wsadziła w drugie nozdrze małpy wielki tampon.

* * *
Słaba płeć :)
Dała radę kobitka...
   ...ale jak już wspominałem, mimo wszystko... Nie w "mojej" karetce ;)

wtorek, 15 czerwca 2010

Juwenalia

--- tik-tak, tik-tak, tik-tak ---
Nocne niebo rozjaśniały rytmiczne łuny bijące znad sceny. Agresywny łomot perkusji zlewał się w jednostajny huk. Głębokie basy dudniły w klatce piersiowej, wywołując niemal fizyczny ból. Ciężka rockowa muzyka przytłaczała wszystkich do zmaltretowanej tysiącem buciorów ziemi.
Z mozołem przeciskałem się przez zahipnotyzowany tłum. Plecak reanimacyjny rzeźbił ślad szelki na moim ramieniu. W dłoni niosłem dużą latarkę reflektorową, wolna ręka podtrzymywała deskę ortopedyczną. Gdzieś na jej drugim końcu znajdował się kolega ratownik. Nie widziałem go w morzu ludzi, ale wiedziałem, że jest. Idzie za mną niczym alpinista we mgle, połączony z partnerem liną. Razem taszczyliśmy twarde nosze, podążając do pilnego wezwania.
- Przepraszam... PRZEPRASZAM! - krzyczałem do ludzi, a mój głos niknął gdzieś tuż za krawędzią ust - Ludzie odsuńcie się! Zróbcie przejście!
Beznamiętne twarze. Zamglone oczy. Jednostajny, kiwający ruch setek ciał. Czułem jak mnie zgniatają, jak brakuje mi tchu. Czułem własne nogi nieruchome, zablokowane niczym w grząskim bagnie.
Poszła w ruch ciężka latarka. Reflektor raz za razem lądował na korpusach nieprzytomnych z fanatyzmu ludzi. Wywalczyłem pół metra przestrzeni, szarpnąłem deskę ortopedyczną, robiąc krok w przód i znów zamachnąłem się latarką.
Wreszcie dotarliśmy na miejsce. Rozgarnąłem ostatnich ludzi podskakujących w rytm muzyki i włączyłem reflektor.
Mężczyzna leżał na ziemi z twarzą zanurzoną w błocie. Nienaturalnie wygięty, nieruchomy niczym wielki, czarny karaluch.
Ogłuszający łoskot ucichł w mojej mózgownicy. Stabilizując głowę, delikatnie odwróciliśmy poszkodowanego na plecy. Starłem brud z jego twarzy. Spod lepkiej gliny wyłoniły się szkliste, jakby martwe oczy...

* * *
"Juwenalia, juwenalia - kto nie pije ten kanalia..."

DZIEŃ PIERWSZY. 
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Czternasta zero, zero
- Jesteście przyszłością tego narodu! - krzyczał do zgromadzonych pod ratuszem studentów prezydent miasta naszego - wojewódzkiego. 
- ...kto nie pije ten kanalia! - wyskandowali studenci i zabierając klucze do miejskich bram, ruszyli w barwnym korowodzie na miejsce koncertów. 
"Przyszłość narodu" opuściła zabytkowy rynek, pozostawiając na bruku starówki kwiecisty dywan z puszek i masy papierów. Podążaliśmy ambulansem za tym niecodziennym pochodem, a nasz kierowca, zręcznie manewrując, omijał poukładane wprost na asfalcie butelki po piwie.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Szesnasta
- Drogi ewakuacyjnej dla ambulansów ostatecznie nie będzie. - powiedział do mnie Pan Organizator Koncertów - Mamy zgodę z urzędu miasta żeby nie wytyczać. Jakoś sobie karetkami poradzicie. Zresztą na pewno nie będzie potrzeby...
- Synku... - spojrzałem z politowaniem na Pana Organizatora - ...nie będzie potrzeby..? Koszulinę w zębach nosiłeś jak ja juwenalia zabezpieczałem... - pomyślałem, a głośno rzekłem - Z pewnością będzie spokój. - i fałszywy uśmiech zatańczył na moich ustach.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Osiemnasta
- Kuźwa no... - jęczała ułożona na karetkowych noszach młoda dziewczyna - ...dopiero co skończyłam rehabilitację prawego kolana, a teraz mi lewe strzeliło. Znów mi implanty wstawią. Po co ja tak skakałam?! - rozpłakała się.
- Nie trzeba się martwić - wypowiedziałem standardową formułkę, wypełniając dokumentację - dojedziemy do szpitala i wszystko się wyjaśni.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Dwudziesta druga 
- Spokojna muzyka ze sceny = spokój u medyków - wymyśliłem naprędce nową maksymę, przeglądając karty wykonanych interwencji - Sama drobnica, oby tak dalej... - pomyślałem.

DZIEŃ DRUGI.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Siedemnasta
- Coś jakby więcej dzisiaj ludzi - powiedział ratownik patrząc na gęstniejący pod sceną tłum.
- I jakoś inaczej ubrani - przytaknąłem obserwując skórzane kurtki, ćwieki i ciężkie buty.
- Panowie przesuńcie tą karetkę stąd! - wrzeszczał Pan Organizator - VIP-y nie przejdą i będzie wstyd..!
Ktoś nam przyniósł małą, ubłoconą karteczkę z wydrukiem "www.dopalacze.com - dowóz gratis, numer telefonu".
- Oj chyba będziecie mieć zajęcie dzisiaj. Pełno tych ulotek wszędzie leży.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Dwudziesta
- I jak? Spokój? - wrzeszczał ochroniarz, przekrzykując jazgot rockowej kapeli.
- W miarę spokój! - wydarłem mu się do ucha, ściągając z dłoni zakrwawione rękawiczki - Ale noc się dopiero zaczyna... - pomyślałem
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Dwudziesta pierwsza
I noc się zaczęła.
Niebieskie błyski świateł karetki wyławiały z ciemności morze odurzonych ludzi. Otaczali wolniutko sunący ambulans, niczym fale zombich w horrorach. Byli dosłownie wszędzie. Stali, siedzieli, leżeli na asfalcie...
- Włącz sygnały i trąb! - krzyknąłem przez okienko do szoferki - Niech to bydło się rozejdzie!
- Nie działa to na nich! - odkrzyknął kierowca i zmiął w ustach kolejne przekleństwo.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Dwudziesta trzecia
- Karetka potrzebna za sceną - krzyczał ochroniarz.
- Jedźcie już z tym pijanym! - darłem się do naszych kierowców - Na co czekacie?!?
- Uraz głowy z utratą przytomności - meldowali ratownicy
- Pobicie przy toaletach! Ten dostał butelką w twarz... Dajcie ratownika pod budki z grillem, ktoś chyba złamał nogę!
- Podpisze nam pan protokół? - policjant szarpał mnie za rękaw.
- Dostał gazem od ochroniarza. Nic nie widzi, dusi się...
- Kuwa... tfu kuwa - darł się pacjent w karetce i pluł krwią po wszystkim wokół. 
- Ja pie.dolę! Potrzebujemy wsparcia - pomyślałem zdołowany - Tych trzech wsadźcie do jednej karetki i w długą do naszej placówki całodobowej. Temu dajcie tlen na maskę z małej butli i niech siedzi na razie na trawie. Ten nieprzytomny na sygnałach do szpitala na toksykologię...
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Północ
- Nie ma szans na dodatkowe karetki! - krzyczał do mnie dyspozytor.
- Nie możemy przejechać w stronę szpitala - mówił kierowca - Te bydlaki nie schodzą z drogi!
- Potrzebuję ratowników na miejscu. Nie zabieraj mi wszystkich na raz - prosiła ratowniczka z punktu ambulatoryjnego.
- Niech to się już skończy..!

DZIEŃ TRZECI.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Siedemnasta
Spadł ulewny deszcz.
Głos w słuchawce stawał się coraz bardziej natarczywy.
- Słuchaj Crew... - mówiła młoda pani doktor - Nie przywoź mi żadnych ludzi na placówkę dziś w nocy. Nie będę leczyła żadnych brudnych pijaków i ćpunów! Ja jestem pediatrą. Ja się nie znam! Zabieraj ich od razu na szpitale! Zrozumiano?
- Super... - pomyślałem z przekąsem - ...czyli zostaliśmy bez lekarza w odwodzie.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Dwudziesta pierwsza
Szpitale, izby przyjęć, pielęgniarki... wszystko zbiło mi się w jedną masę zdarzeń. Nie wiem już kogo i gdzie zawoziliśmy. Nie wyrabiam z uzupełnianiem dokumentów. 
Karetka wyjąc syrenami ponownie zanurzyła się w morzu ludzkiej trzody hodowlanej. Tłum stawał się coraz bardziej agresywny. Pijani, odurzeni gówniarze wskakiwali na podesty, bili pięściami po szybach i karoserii. W pewnej chwili tylne drzwi otworzyły się z trzaskiem i do przedziału medycznego wpadł nawalony chłopaczek. Eksmitowałem go zgrabnym kopniakiem i zablokowałem zamki.
- Jedź!!! - wrzasnąłem do kierowcy - Jedź bo nas tu pozabijają!
W szpitalu zebrałem pourywane plastiki z naszej karetki i wrzuciłem je do szoferki.
- Wracajcie szybko! - odezwało się radio w aucie - Kibice zrobili sobie ustawkę przy muzyce.
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Pierwsza w nocy
Patrzyłem w nieruchome, szkliste oczy leżącego mężczyzny.
- To się musiało w końcu stać... - myślałem z dziwnym spokojem i rezygnacją - Mamy denata na juwenaliach... to teraz dopiero będzie syf.
Chwilę później głos drugiego ratownika przywrócił nadzieję.
- Słabiutko, ale oddycha..!
Kołnierz, deska, pasy. Wracamy z nim do karetki. Znów przez tłum.
Ktoś mnie popchnął, ktoś wrzeszczał przekleństwa. Jakiś facet szarpał moją kurtkę. Dotargaliśmy.
- Dajcie go na nosze! Włączcie światło! Już spokojnie... Monitor, ciśnienie, saturacja. Proszę wenflon.
- Ej! Zabierzcie stąd tego gościa z aparatem fotograficznym!
- Jezus Maria, przeżyje?? - Pan Organizator zagryzł wargi ze zdenerwowania - Jezu, dajcie mi coś na uspokojenie...
- Nie teraz. Proszę zamknąć te drzwi..!
- Ale przeżyje..?
--- tik-tak, tik-tak, tik-tak --- Trzecia w nocy
Przeżył...
Stratowany plac przed ciemną już sceną opustoszał całkowicie. Jeszcze tylko założyliśmy opatrunek pijanej trzynastolatce. Jeszcze tylko telefon do jej zaspanej rodzicielki...
 
* * *
- Dziesięć lat obstawiam juwenalia, ale takich jeszcze nie widziałem. I wolę już nie oglądać... Chyba za stary jestem.
"Przyszłość narodu" zataczając się odeszła w mrok.
- Chodźmy i my...
                         ...a kto nie pije, ten kanalia...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Drzazga

PODSŁUCHANE:

Piknik rodzinny z okazji Dni Osiedla jest kolejnym dziwnym miejscem, w którym ratownicy medyczni mogą wykazać się kreatywnym konaniem z nudów.
* * *
Miejski park tonął w zieloności. Komary radośnie brzęczały podniecone perspektywą kolejnych fal powodziowych. W tle niosła się psychodeliczna muzyczka nakręcana przez 'Didżeja Samouka'.
Dzieciaki biegały jak oszalałe, zaliczając wszystkie dmuchane zjeżdżalnie, huśtawki i inne atrakcje 'tylko dla Hobbitów'.
W cieniu parkowej flory przyczaił się ambulans zabezpieczający całe to doniosłe przedsięwzięcie lokalnych samorządów społecznych.
W szoferce dogorywał personel medyczny, dbający o zdrowie i dobre samopoczucie licznie zgromadzonych na imprezie mieszkańców.

- AAAAAaaaa!!! - Najpierw rozległ się przeraźliwy wrzask emitowany w zakresach zbliżonych do ultradźwięków. Chwilę później w zakręcie alejki pojawiła się malutka postać właściciela wrzasku.
Drobna figurka (z gigantycznym bananem na twarzy) przeleciała obok karetki, pędząc w stronę równie gigantycznej zjeżdżalni pneumatycznej w kształcie pirackiego okrętu.
Za małym skrzatem, z prędkością światła mknęła młoda mamusia. Dopiero ułamki sekund później, za mamusią podążał jej zdyszany głos:
- Karolku nie biegaj, nie biegaj..! Tak szybko...

- Ta fajna była... - leniwie wysapał ratownik, przymykając oko kiedy postać biegnącej kobiety rozmyła się w falującym upałem powietrzu.
- Ledwie, ledwie... - łaskawie zgodził się kierowca - Ale ta co leciała za poprzednim dzieciorem, to prawdziwa poezja...
- Ta w klapkach i leginsach w panterkę? Proszę cię... - jęknął oburzony ratownik - Lepiej podkręć klimę, bo z mojej strony już jest na max, a dalej gorąco.
Kierowca posłusznie złapał za korbkę przy drzwiach i opuścił szybę w najniższe możliwe położenie.

- AAAaaa!!! - Nowa porcja ultradźwięków zwiastowała kolejny spektakl.
- Fajna jakaś? - zapytał szofer nie otwierając oczu.
- Nie. Tym razem dziecior jest z ojcem... - mruknął ratownik - i nie ma banana na gębie... - dokończył w myślach.

- Aałaa! - mały chłopczyk zatrzymał się tuż obok karetki i z cierpiącą miną patrzył na nadciągającego truchtem mężczyznę.
- Chodź tu! - warknął zdyszany ojciec.
- Ale mnie boli..! - poskarżył się chłopiec, wystawiając w stronę rodzica palec wskazujący.
- Co cię boli?! Nie zmyślaj.
- No ta dzazga w palusku mnie boli...
- Nie przesadzaj..! - tatuś był wyraźnie poirytowany - Ja z taką drzazgą żyję piętnaście lat!
- A gdzie ją mas? - zapytał ciekawie chłopczyk
- A w domu... Siedzi w pokoju przed telewizorem i ogląda serial. Twoja matka..!
* * *
Personel medyczny, zdziwionym wzrokiem, odprowadzał oddalających się ojca i syna.
- Chodź pójdziemy po jakieś szaszłyki... - powiedział lekko zaszokowany scenką kierowca - ...a potem znów pogapimy się na latające drzazgi...

czwartek, 10 czerwca 2010

Lapsus

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.


Historia siódma (smutna)

Czasem tak się dzieje, nam wszystkim (jak sądzę) bez wyjątku, że mówimy jedno, myślimy drugie, a robimy trzecie.
Jeśli odbywa się to świadomie, wtedy takie zachowania klasyfikujemy gdzieś między złośliwością, fałszem, a zakłamaniem i perfidią. Lecz jeśli wszystko wydarzyło się bez udziału naszej świadomości? Na kogo wtedy zrzucić winę? Roztargnienie, zmęczenie, a może rutyna?
-----------------------
- Kochanie, skręć w najbliższą uliczkę, w prawo - mówi mąż do prowadzącej auto żony
- Dobrze - odpowiada żona i wypatruje skrętu po lewej stronie.
- Miałaś skręcić W PRAWO! Co robisz? Przejechaliśmy zjazd! - denerwuje się mąż.
- Przepraszam, nie wiem czemu chciałam jechać w lewo - odpowiada stropiona małżonka.
- To teraz już jedź PROSTO! - warczy wkurzony małżowinek.
-----------------------
Banalny scenariusz, przerabiany miliony razy w wielu sceneriach i konfiguracjach ludzkich.
Ileż razy ktoś skręcał nie tam, gdzie chciał skręcić, mówił coś, czego nie chciał powiedzieć, myślał o czymś, czego inni wcale nie powiedzieli?
A taki złośliwy lapsus nie wybiera ani ludzi, ani tym bardziej chwil. Wali na ślepo. I w tych na niedzielnej przejażdżce po okolicy i tych na niedzielnym dyżurze w pracy...

* * *
W szpitalu:
- Proszę podać pani ten lek - mruknął lekarz dyżurny, pochylając się nad dokumentacją pacjentki.
- Ile? - zapytałem, otwierając nowe pudełko specyfiku.
- Dwie domięśniowo - odpowiedział zamyślony doktor i zaczął wypełniać papiery.
- Dwie... ampułki? Doktorze..?
- Słucham..? Tak, tak...
Kiedy skończyłem robić zastrzyk, podszedł do mnie starszy kolega i odciągając na stronę rzekł:
- Crew co ty zrobiłeś?
- Podałem lek, a co?
- Ile?!
- No dwie ampułki. Tak jak doktor kazał...
- On ci kazał podać dwie JEDNOSTKI! A nie ampułki.
- O kurwa..! I co teraz?
- Nic. Siadaj przy kobiecie i jej pilnuj. Jak coś się będzie działo to wrzeszcz.
------------------------
Powtarzanie w kółko przez dwie godziny "Jak się pani czuje?" było bardzo stresującym zajęciem. Zarówno dla mnie, jak i dla niczego nieświadomej pacjentki. Mi się upiekło, ale inni mieli mniej szczęścia...

* * *
W karetce:
W pobliżu mojego miasta znajdują się dwie miejscowości o podobnym brzmieniu. Nazwijmy je Wólka Kozia i Wólka Barania. W rzeczywistości nazywają się zupełnie inaczej, ale faktem jest, że dzieli je dystans kilkudziesięciu kilometrów.

- Szóstka zgłoście się dla CPR - radiowy głos dyspozytorki wypełnił szoferkę skrzeczącym hałasem.
- Zgłaszam... - Wycedził w sitko mikrofonu kierowca ambulansu.
- Pilny wyjazd. Miejscowość: Wólka Kozia, numer domu: 258. Nieprzytomny mężczyzna, rodzina w szoku. Pojedziecie na miejsce i sprawdzicie co się dzieje.
- Zrozumiałem - odpowiedział kierowca. Włączył sygnały, depnął gaz i pojechał... do Wólki Baraniej.
O czym myślał przyjmując zgłoszenie? O czym myśli teraz?
Nie wiadomo...
Pacjent nie żyje. Proces trwa...

* * *
Pilnujmy się koleżanki i koledzy... bo potem żadne płacze i żadne krzyki nie przekonają innych, że białe jest białe a czarne jest czarne.

środa, 9 czerwca 2010

Meta

Inspiracją do napisania tego posta była opowieść autorstwa Doro - polecam (tu klikać) :)

Chyba nikt z nas nie lubi tego paskudnego uczucia "roztrzepania". Mnie dopada ono zazwyczaj z samego rana, kiedy tysiąc spraw trzeba załatwić, a tysiąc pierwsza polega na spiesznym wyjściu z domu i podążaniu do pracy.
- Jeszcze to zabrać. Jeszcze tamto załatwić... Kurczę, gdzie są moje spodnie? Wieczorem były pod łóżkiem... Telefon dzwoni, herbata parzy. Dobra mam wszystko? Zęby umyłem? Umyłem. W drogę... No super, a gdzie kluczyki do auta?
Tak mniej więcej wyglądał mój pierwszy roboczy poranek tuż po zakończeniu zwolnienia lekarskiego.
Powód zwolnienia? Standard - kręgosłup.

Dzień pracy upłynął pod znakiem taryfy ulgowej. Jako rekonwalescent miałem niejakie fory. Zero dźwigania, łażenia po schodach - czysty relaks. A pod wieczór, w domu... Luuuuzzz, błoooga sielanka... Telewizorek, pilocik - pyk, pyk. I nagle:
- O kuźwa! Jaki dziś dzień? Środa? O cholera! Dziś mam pierwsze zabiegi na rehabilitacji! Która godzina?!?
Poderwałem się z łóżka. Kręgosłup wykonał fantazyjne pstryk, ale zignorowałem dziada, gnając dziko w stronę szafy.
- T-shirt, adidasy, torba, dresy... Dresy? Nieee... w tych się nie mogę pokazać w naszej placówce. Wstyd nawet auto myć w takiej odzieży sportowej, a co dopiero ćwiczyć pod okiem jakiejś ładnej rehabilitantki.
Odwrót do samochodu, szybki najazd na sklep sportowo-turystyczny.
- Macie jakieś duże spodnie dresowe? Tam? Dziękuję..! (Chyba będą dobre..?) Tak, poproszę te.
- Zapakować?
- Nie, dziękuję... Wrzucę sobie, o tu do torby... Do widzenia..!
- Chwileczkę, proszę pana! Portfel..!
- Tak dziękuję..! Przepraszam... lecę...
- I kluczyki..!

* * *
Wpadłem zziajany na hol naszej rehabilitacji.
- No, panie Crew... Szybciutko do przebieralni. - młodziutka pielęgniarka pogroziła żartobliwie palcem.
- Tak, tak... lecę...
- I potem zaczynamy od masażu..! - krzyknęła jeszcze za mną.
- Dobraaa! - odkrzyknąłem szarpiąc się z dresami w ciasnej przestrzeni szatni.
- Świetna ta rehabilitacja - myślałem ubierając sportowe buty - Jeszcze nic mi nie zrobili, a ja już biegam i się gibam jak młody bóg...
Na korytarzu blond dziewczę odebrało moją kartę zabiegów.
- Obręcz biodrowa... - przeczytała głośno - Proszę pod gabinet.
- Wreszcie luz. - myślałem kładąc się na miękkim stole do masażu.
- Proszę te dresy zsunąć nieco niżej, zawołam masażystkę.
- Dobrze, dobrze... Tylko jakąś fajną... - dokończyłem w myślach.
Przyszła fajna, w białym fartuszku i zaczęła od perlistego śmiechu.
- Dobrze, że personel taki pogodny - myślałem zrelaksowany.
- Gdzie najbardziej boli? - zapytała masażystka tłumiąc radosny śmiech.
- Lędźwiowy i krzyżowy - odparłem.
- A niżej nic nie boli? Takie uczucie jakby uwierania, mrowienia?
- Nie... nic takiego. - troska o pacjenta zrobiła na mnie spore wrażenie.
Dwadzieścia minut później:
- To wszystko, dziękuję - dziewczyna uśmiechała się szeroko.
- To ja dziękuję - podnosiłem się ze stołu
- Tylko ostrożnie proszę ubierać dresy.
Potem były naświetlania, "rażenia" prądem i laserem. Wszędzie uśmiechnięte, wręcz roześmiane laski w białych fartuszkach.
- Wygodnie panu? Nic nie uwiera?
Normalnie RAJ.
W atmosferze ogólnej radości dotarłem do sali gimnastycznej, gdzie czekał na mnie pan rehabilitant. Zmęczony, poważny dla odmiany. Zadawał coraz trudniejsze ćwiczenia do wykonania, wyciskał siódme poty, wreszcie uśmiech okrasił jego oblicze.
- No panie Najki, ostatnie pięć powtórzeń i na dziś kończymy.
- Słucham? - nie zrozumiałem - Jak on mnie nazwał?
- Mówię, że zaraz będzie koniec i można się przebrać w wygodniejsze ciuchy. Nic pana nie boli?
- Nie... - odburknąłem - Ani nie mrowi, ani nie uwiera też.
- Twardziel z pana - odrzekł całkiem już rozradowany - Wobec tego do zobaczenia w piątek.
Powlokłem się zmęczony do szatni.
- Wszyscy tacy uśmiechnięci, weseli, aż dziwnie... - dumałem zdejmując buty - Ciekawe ile szef im płaci za ten entuzjazm?
Pochyliłem się zsuwając spodnie i właśnie wtedy mój świat zawirował. Wszystko stało się jasne, wręcz boleśnie klarowne.
W dresach bezczelnie dyndała tekturowa metka... Nie, nie metka -
META! 
Ogromna, biała płachta tektury z nazwą producenta, ceną, składem materiału i (o Jezu) instrukcją prania w pięciu językach!
- I ja to cały czas miałem w gaciach!?! A oni to czytali!?!
Poniżej krzyżowej okolicy kręgosłupa pojawiło się mrowienie i uwieranie, na twarzy wystąpił intensywny rumień, a wielki napis na metce 'Nike' zmienił się podstępnie w słowo 'KOMPROMITACJA'

* * *
"Jestem etatowym rozweselaczem zatrudnionym przez życie, szkoda tylko że nieświadomym swojego szczytnego zadania" - Doro

Przeświadczenie, że nie pozostaję sam w swoich przeżyciach i traumach, niesie ukojenie oraz ulgę niewysłowioną :)
--------------------------------------------------------------

wtorek, 8 czerwca 2010

Woda święcona

- Ależ tu się zakurzyło... - pomyślałem rysując palcem wąski ślad w pięciocentymetrowej warstwie pyłu.
- Wulkan - nie wulkan, posprzątać trzeba! Wstyd ludzi przyjmować w takim zapuszczonym chlewiku.
W powietrze uniosły się sino-szare chmury. Namacałem laptopa, za którym zdążyłem się już stęsknić, po omacku wcisnąłem "power" na obudowie i kiedy kurz opadł stuknąłem w klawisze.

* * *
- Ci wszyscy ludzie to jednak mają nawalone w dyniach... - powiedział kierowca z niedowierzaniem patrząc na tłumy zgromadzone przed sceną. Panoramiczna szyba karetki tylko odrobinę tłumiła dźwięki emitowane przez ogromne kolumny i zestawy scenicznych głośników.
- Abba Ooooojcze... - religijny zaśpiew wciskał się w szczeliny ambulansowej szoferki. Koncert dopiero nabierał rozpędu, niestety Ojciec najwyraźniej miał na wieczór inne plany. W kilka minut niebo zasnuło się ołowianymi chmurami, a ciężkie krople z impetem zaczęły spadać na wiernych wyznawców.
- Masz rację kolego. - skwapliwie przytaknąłem kierowcy, wodząc wzrokiem po lekko oszołomionych, kiwających się ludziach. - Normalne to to nie jest. Stać w deszczu, bujać się do rytmu i czekać w kogo "Tatuś" raczy palnąć piorunkiem.
- Abba Ojcze! - Wydzierał się ze sceny księżulo w stanie najwyższej nirvany - My się deszczu nie boimy! Prawda?!?
- PRAWDA!!! - Zabulgotał tłum.
- A to się zara okaże... - Zagrzmiał z nieba "Tatuś" i spuścił na stado swoich owieczek istną ścianę wody.
- Ale numer, ha ha - ryczał kierowca - Crew, patrz na te zakonnice bez parasolek. Miss mokrego habitu, ha ha.
- Ludzie są nienormalni... - patrzyłem na stojących po kostki w wodzie widzów - ...ale w sumie co mnie to obchodzi..? Jak chcą, niech mokną, marzną. Byle się nie potopili. Ważne, że my siedzimy sobie w ciepełku.
Samochodowe wycieraczki przestały nadążać z usuwaniem wody. Zrobiło się ciemno jakby ktoś w akwarium zgasił światło.
- Takie zabezpieczenia imprez masowych to ja lubię... - wykrzywiłem twarz w bezczelnym uśmiechu - Spokojnie, sucho i komforto...
W drzwi karetki zadudniły czyjeś pięści.
-CO TAM? - uchyliłem szybę i wpuszczając do szoferki strugi deszczu, starałem się przekrzyczeć grzmoty.
- Panowie... Tam pod sceną..! - Mokra postać wrzeszczała prychając wodą na wszystkie strony - POD SCENĄ LEŻY KOBIETA!!!
- To po co leży? - Spytał rzeczowo kierowca - Może niech wstanie..?
Wodnik Szuwarek widać nie usłyszał tej "fachowej" porady, gdyż bezceremonialnie otworzył drzwi i wydarł mnie z karetki.
- POKAŻĘ DROGĘ! - wrzasnął, wlewając mi do ucha z pół litra deszczówki.
- Sucho i komfortowo... k... jego mać! - myślałem ponuro, klucząc między oślizłą wspólnotą nawiedzonych. Z każdym krokiem woda lała mi się pod kurtką, płynęła po plecach, by w końcu znaleźć ujście kanałem sympatycznie zwanym - szparą pośladkową.
Panią w radosnej postaci padaczki dotargaliśmy do karetki. Kobieta śmiała się do rozpuku, będąc przy tym kompletnie nieświadomą czasu oraz przestrzeni.
Dziesięć minut i dwie ampułki leku później:
- Gdzie jestem..? - Pacjentka niepewnie oglądała swoje przemoczone ubranie.
- W karetce. - odpowiedziałem - Pamięta pani cokolwiek?
- Nic. - Zdezorientowana mrugała szybko powiekami i nerwowo wycierała mokre włosy.
- Miała pani atak. - odezwał się milczący dotąd lekarz - Ale gdy pani była nieprzytomna, zrobiliśmy wszystkie możliwe badania i... - zawiesił na chwilę głos - ...i jest pani w ciąży!
Białka szeroko otwartych ze zdumienia oczu pacjentki mocno kontrastowały z czernią rozmazanego tuszu.
- słu.. słucham..? - wyjąkała.
- Nic, nic... Taki żarcik - warknął uśmiechnięty doktor.
- Ale dowcip... - pomyślałem i ręce mi opadły, a z rękawów kurtki, na karetkową podłogę wypłynęło kolejne pół litra deszczówki... musi święconej ;)

* * *

No to idę... ścierać kurze i ogarnąć jakoś ten bajzel na kółkach.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Zmilczeć wypada

Katyń 1940-2010
Jakaś fatalna symetria rządzi tym miejscem...
Dziesiątki pytań cisną się na usta, ale póki co zmilczeć wypada...