poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Życiem doświadczeni.

Mężczyzna leżał na wznak, spoglądając bezradnym, rozedrganym wzrokiem w przysłonięte rusztowaniem niebo. Jęczał z bólu przy każdej próbie złapania oddechu, a w otwartych ustach, co rusz pojawiała się wiśniowo-różowa piana.
- Dzień dobry, pogotowie ratunkowe...
Głos dobiegał jakby zza grubej ściany. W uszach poszkodowanego ciągle szumiało od upadku.
- Słyszy mnie pan?!
Podjął wysiłek, by zlokalizować osobę wypowiadającą natarczywe słowa. W poszukiwaniu rozmówcy, zadarł głowę nieco w tył, ale pełny zakres ruchu uniemożliwiał ostry ból wiercący dziurę, gdzieś w głębi szyi. Tymczasem głos mówił dalej.
- Dobra, otwiera oczy, rusza się. Jest przytomny. Dawaj kołnierz.
Nad głową zamajaczył niewyraźny kształt człowieka w jaskrawej kurtce. Wzrok z trudem wyostrzył się na plakietce z napisem "Ratownik Medyczny".
- Ratujcie... - chciał krzyczeć, ale zamiast tego, z jego ust wypłynął słaby głos i odrobina podbarwionej krwią śliny.
- Gościu, mów co cię boli? - ratownik usiłował zebrać wywiad i jednocześnie zakładał kołnierz ortopedyczny.
- Żebra... - wycharczał, czując jak w poruszanej szyi chrzęści coś nieprzyjemnie.
- Tylko żebra? Pokaż pan...
Medyk podniósł potarganą koszulkę i macał dłonią ścianę klatki piersiowej. Z lewej strony widać było wyraźną deformację, która to unosiła się, to znów opadała pod skórą, odwrotnie do ruchów reszty żeber.
- Coś jeszcze boli? Brzuch? - ratownik dopytywał,  uciskając dłonią powłoki brzuszne.
- Nic... Zupełnie nic nie czuję...
- Dobra... - badający zignorował odpowiedź pacjenta i dopytywał dalej
- Co pan robił? Skąd spadł? Stracił przytomność?
- Nie straciłem... Spadłem z góry... - mężczyzna wzrokiem wskazał ustawione przy budynku rusztowanie - Ciężko oddychać... - poskarżył się.
- Ech... - ratownik westchnął znużonym głosem - ...daj mi słuchawki i idź po deskę. - warknął do kolegi.
- Pan pooddycha chwilę głęboko! - powiedział wkładając do uszu oliwki stetoskopu.
Po prawej stronie słychać było delikatne szumienie, ale lewa ściana klatki piersiowej milczała jak zaklęta. Medyk jeszcze raz, dla pewności osłuchał obie strony, potem jeszcze raz i ponownie.
- Dobra, mamy odmę po lewej... - powiedział do drugiego ratownika, który właśnie układał deskę obok poszkodowanego.
- Gruba igła i jedziemy z tym koksem!
Chwilę później igła pomarańczowego wenflonu wbiła się pomiędzy uszkodzone z lewej strony żebra.
- Nic nie syknęło? - zdziwił się badający - Dawaj następną!
Drugi wenflon miękko zatopił się w przestrzeń międzyżebrową, podobnie do poprzedniego, nie wydając oczekiwanego dźwięku.
- No co jest?! - ratownik wykazywał lekkie zniecierpliwienie robotą, która nie szła po jego myśli.
- No nic. Rolujemy gościa na deskę i do karetki! - zakomenderował i sapiąc z wysiłku, wprowadził w czyn zaplanowaną technikę transportu.
- Jedziemy do szpitala! - krzyknął gromko, gdy drzwi ambulansu zatrzasnęły się za kierowcą-ratownikiem. Ruszyli wyjąc sygnałami.
Kilka kilometrów dalej, pacjent zaczął pojękiwać nieco inaczej niż dotychczas. Różowa piana ściekała mu z kącika ust, barwiąc białą, miękką wyściółkę kołnierza.
- No, co tam się dzieje? - ratownik ruszył się z fotela i nachylił nad noszami.
- Słabo mi... - zajęczał ranny - ...mam czarne plamy przed oczami. Ledwo widzę.
- Może ciśnienie panu zmierzę..?
Spuszczane z mankietu powietrze syczało długo i równomiernie, a wskazówka na manometrze zaczęła podrygiwać dopiero przy wartości osiemdziesiąt milimetrów słupa rtęci. Ratownik niepewnym ruchem rozwijał kabel prowadzący do monitora, zapiął elektrody i ustawił na panelu obraz z odpowiednich odprowadzeń.
- Sześćdziesiąt dwa na minutę, miarowe... - powiedział sam do siebie, obserwując krzywą ekg i nieco uspokojony klapnął na fotel.
Jakby na potwierdzenie uspokajającej diagnozy, pacjent przestał jęczeć. Charczał cicho w rytm urywanego oddechu, a z każdym westchnięciem ponad wargi wzlatywały malutkie, bordowe kropelki, niczym miniaturowe, dojrzałe wiśnie.
Mijały kolejne minuty, karetką tłukło na nierównościach drogi.
- Pan mnie słyszy?! - kierownik zespołu ratownictwa medycznego kilkakrotnie potrząsał ramię pacjenta. Nie było żadnej reakcji. Medyk ponownie napompował mankiet ciśnieniomierza. Tym razem pomiar wskazał pięćdziesiąt milimetrów.
- Gość stracił przytomność. Monitorujemy i jedziemy dalej! - zawołał do kierowcy, kolejny raz spoglądając na ekran defibrylatora.
Dziesięć minut później, ranny mężczyzna westchnął tak jakoś głęboko, przeciągle i przestał oddychać. Miniaturowe kropelki zastygły na nieruchomym podbródku.

* * *
- W tym miejscu zakończymy sobie tę pozorację... - westchnąłem ciężko, niczym pacjent, którego tor oddechowy symulowałem od kilku minut. Postanowiłem przerwać scenariusz, bo ilość błędów, jaką popełnił ratownik, powoli umykała moim zdolnościom zapamiętywania. Zmuszanie chłopaka do dalszych działań na manekinie zakrawałoby już o molestowanie.
Nerwowo miętosiłem w dłoniach długopis, zastanawiając się, jak przekazać informacje kursantowi, aby zrozumiał niezwykle "żywą" potrzebę dokształcania się, a przy tym nie odczuł wstydu i presji zgromadzonych w sali uczestników szkolenia.
- Zacznijmy od początku... - powiedziałem, patrząc łagodnie na umęczonego akcją ratownika - Podchodząc do pacjenta z takim mechanizmem urazu, warto zadbać o to, aby nie poruszał zbytnio głową...
- No wiem! - przerwał mi z lekką agresją w głosie.
- Wiesz..? - zapytałem i uniosłem brwi w lekkim zdziwieniu - To super, jak wiesz. Spróbuj następnym razem wiedzę przełożyć na wykonywane czynności. Idźmy dalej... Kontrola ABC, znasz?
- Znam... - odburknął.
- To czemu nie wykonałeś?
- Był przytomny. Po jakiego grzyba mam mu badać oddech i tętno?
Wzruszyłem ramionami, czując rosnące zażenowanie. Kurs, w którym uczestniczyliśmy, nie był formą przyswajania elementarnej dla ratowników wiedzy, ale czymś znacznie bardziej "specjalistycznym". Tkwiliśmy pośród kosmicznych technologicznie opatrunków, zbajerowanych sprzętów i gadżetów militarnego pochodzenia, a moje krótkie zajęcia miały być jedynie przypomnieniem i wprowadzeniem do dalszych zadań. Walcząc z własnym zniechęceniem, odpowiedziałem:
- Celem tych ćwiczeń jest doskonalenie metod badania i postępowania z pacjentem w opiece przedszpitalnej. Nie ma jednej, najlepszej metody zbadania pacjenta, ale ocena podstawowych parametrów życiowych jest postępowaniem na tyle uniwersalnym, iż większość podręczników i zdrowy rozsądek zalecają kontrolę ABC na "dzień dobry".
- Ja pracuję ponad dziesięć lat w pogotowiu i mam własny schemat badania. - zaczepny ton zwiastował nadciągającą burzę. Nie chciałem awantury na pierwszej stacji ćwiczeniowej, dlatego uspokajająco machnąłem dłonią.
- No dobrze. Powiedz w takim razie, co udało ci się u pacjenta wybadać?
- Miał odmę...
- Naprawdę? A jak to stwierdziłeś?
- Po jednej stronie klatki nie było szmeru.
- Brak szmerów pęcherzykowych po jednej stronie, to wyłącznie objaw odmy?
- No, tak...
Jakiś kursant niecierpliwie szurnął nogami i podpowiadał
- Może być jeszcze płyn w jamie opłucnej. Na przykład krew...
Skinąłem głową potwierdzając rzuconą w próżnię podpowiedź.
- A skoro już o tym mowa... Jakie objawy wskazują konieczność odbarczenia odmy?
Cisza świadczyła o tym, że doświadczenia ratownika w tym zakresie są "niezwykle bogate".
- Co jeszcze było pacjentowi? - pytałem, chcąc podsumować działanie i zakończyć jakoś miłosiernie tę scenę.
- No chyba tyle...
- Tyle? - mój głos ponownie wyraził zdziwienie - W karetce ranny stracił przytomność. Mógłbyś podać jakiś prawdopodobny powód pogorszenia jego stanu?
- No nie wiem... Może te żebra złamane?
- Może... A może, gdybyś zbadał więcej, udałoby ci się więcej odkryć?
- Zbadałem wystarczająco. Był nieprzytomny, ale go monitorowałem. W mojej pracy to wystarcza, żeby wieźć pacjenta.
Uśmiechnąłem się cierpko, widząc, że nasza rozmowa nieuchronnie zmierza w stronę teoretycznych zapasów "kto-kogo?"
- Powiedz, jaką pacjent miał saturację? Czy istniała potrzeba prowadzenia tlenoterapii? Drogi oddechowe były zagrożone niedrożnością? Czy jego parametry wskazywały na konieczność toczenia płynów? Czy pomyślałeś o zapewnieniu dostępu donaczyniowego? Widziałem, że mierzyłeś mu ciśnienie dwukrotnie. Nie zdziwiło cię to, że "leciał" z ciśnieniem na łeb, na szyję?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem... może jakiś wstrząs?
- Masz pomysł, jaki?
- Krwotoczny?
- A krwawił intensywnie?
- Nie... nie widziałem.
- A zbadałeś i obejrzałeś dokładnie wszystko?
- ...
- A plecy? Pośladki? Nogi? Chciałbyś w szpitalu oddać pacjenta zbadanego do połowy?
- Zawsze mogę napisać w karcie, że nie zbadałem pleców... - zdawało mi się, że w głosie ratownika słyszę tłumiony gniew. Po ostatnim zdaniu, które usłyszałem już z kolejnych ust i mnie trochę "wywróciło" żołądkiem z irytacji.
- Ludzie... Co wy macie z tym pisaniem w kartach o niezbadanych plecach?! Gdzie tego uczą? A mogę napisać, że w ogóle pacjenta nie dotknąłem?
W sali zapanowała nieprzyjemna cisza. Część kursantów patrzyła zakłopotana po sobie, podczas gdy inni chcieli mnie zamordować wzrokiem obrażonych rat-medów.
- Nasze wieloletnie doświadczenia... - jeden z urażonych słuchaczy rozpoczął mowę, której początek był zapowiedzią burzliwego końca dyskusji. Szczęśliwie, główny bohater i "sprawca" zamieszania, podniósł się energicznie z podłogi, na której wciąż klęczał przy manekinie. Po chwili milczenia, równie energicznie usiadł na krześle, teatralnym gestem uciszył adwokatów i przemówił.
- Pracuję od tylu lat, że wiem, co mam robić i kiedy. Wiem też, że w karcie Medycznych Czynności Ratunkowych jest rubryka "opis", czy tam "uwagi" i w niej mogę pisać wszelkie kwestie na temat moich działań, tego co zbadałem i wykryłem, a czego nie.
Sens słów, które wypowiadał, był neutralny, ale wzrok, postawa ciała oraz intonacja, wysyłały wyraźny komunikat: "Nie będziesz mnie pouczał, leszczu!"
Bezsilnie opuściłem ręce, niziutko, tuż nad ziemię.
Cały absurd sytuacji polegał na tym, że nie miałem najmniejszej ochoty nikogo pouczać. Charakter kursu i prowadzonych zajęć wymagał ode mnie jedynie modelowania przebiegu ćwiczeń i ewentualnego naprowadzania uczestników na możliwe rozwiązanie. Taki "dobry wujek-ciepłe kluchy", a nie żaden "turbo-instruktor". Tymczasem rozgrywane zdarzenia i agresywne nastawienie niektórych ratowników, przekroczyły moją umiejętność pozytywnej reakcji.
Chciałem jak najszybciej zakończyć jałowe dyskusje na temat tego i poprzednich scenariuszy. Wszak już dawno minęły lata, w których moje niezdrowe ambicje zmuszały do walk, o to czyje będzie "na wierzchu".
- OK... - westchnąłem z rezygnacją. Gdzieś na końcu języka plątało się "podziękowanie za ćwiczenia i zaproszenie do sali obok, na kolejne, bardziej specjalistyczne zajęcia". Chcąc zamknąć spotkanie, ogarnąłem wzrokiem całą grupę słuchaczy. Widziałem wciąż zaczepną minę kursanta, który rozparty na krześle święcił jakieś ideowe zwycięstwo. W kontraście do jego postawy zamigotało mi kilka wyraźnie zawiedzionych twarzy, skromnie ściśniętych w kącie sali. Ich wzrok zdawał się pytać: "Jak to? Czyli morał jest taki, że każdy może po swojemu zabijać pacjentów? I już? A może byś tak powiedział coś sensownego na koniec?!"
Wystarczyła sekunda i te smętne spojrzenia.
- OK! - westchnąłem jeszcze raz, zmieniając głos na mocniejszy i bardziej zdecydowany. Skierowałem wzrok w stronę ratownika, który przed chwilą zakończył scenariusz. Uśmiechnąłem się, jak przystało na "wujka-ciepłe kluchy" i łagodnym tonem powiedziałem:
- Twoje doświadczenia są dla mnie bardzo cenne. Jesteśmy tu po to, aby dzielić się własnymi spostrzeżeniami i wiedzą. Skoro twierdzisz, że twój sposób badania wystarcza ci w wypełnianiu zawodowych obowiązków, nie mam powodu ci nie wierzyć. Gdybyś jednak podczas ćwiczenia, zwrócił baczniejszą uwagę na detale, dostrzegłbyś brak zewnętrznych, intensywnych krwawień. Zauważył byś także, że skóra pacjenta jest sucha, prawidłowo ucieplona i zaróżowiona, a jego nogi bezwładne. Być może te spostrzeżenia pomogłyby odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego u rannego doszło do spadku ciśnienia tętniczego krwi, utraty przytomności i zatrzymania krążenia? A skoro już mówimy o karcie Medycznych Czynności Ratunkowych, zauważ, że jest w niej również rubryka "porażenie/niedowład kończyn" i jeśli stawiasz lub nie stawiasz w niej krzyżyków, bez uprzedniego zbadania pacjenta, to znaczy, że...
- ... że kłamiesz... - dokończyła młoda kursantka, spoglądając na "doświadczonego" ratownika dziwnym wzrokiem.

* * *
Jadąc na  to jakże "specjalistyczne" szkolenie odczuwałem pewien niepokój i dyskomfort, gdyż mówiąc bez cienia przesady i fałszywej skromności, wiem, jaki jestem "maleńki" (tu autor zbliża palec wskazujący do kciuka na odległość kilku milimetrów)
- I co ja mogę ciekawego powiedzieć o badaniu, ludziom, którzy wiedzą na ten temat wszystko? - myślałem.
- Bo przecież, skoro ktoś wydaje niemałą kasę i poświęca sporo wolnego czasu, to chyba nie po to, żeby powtarzać doskonale znane, nudne schematy badań? Ekipa pasjonatów przyjedzie tam po smaczki, patenty i nowe technologie, a ja wyskoczę z czymś takim...
Faktycznie. Moje obawy okazały się w pełni uzasadnione i słuszne.
Czymże mógłbym zainteresować doświadczonych latami pracy, w pełni ukształtowanych i "skończonych" zawodowo ratowników?
Z każdą nową grupą, która wchodziła do sali i z każdym kwadransem zajęć, tylko jedna para oczu robiła się coraz szersza z wrażenia - moja.
- Nie szkodzi, że nie pamiętamy żadnych sensownych schematów badania pacjenta, nie potrafimy wykonać szybkiej i bezpiecznej defibrylacji, nie znamy zalecanych od pięciu lat (!) nazw i dawek leków podawanych podczas resuscytacji, nie umiemy prawidłowo obsłużyć sprzętu, który wozimy w karetkach... Ważne jest to, że przyjechaliśmy na SPECJALISTYCZNE szkolenie, z bagażem własnych doświadczeń i NIKT nie będzie nam psuł radochy i poczucia własnej zajebistości!

Od zakończenia kursu minęło już trochę czasu, a ja nadal czuję gigantyczne zażenowanie, jakie towarzyszyło mi podczas ćwiczeń z Kolegami po fachu.
Chciałbym, niczym Max Kolonko, powiedzieć jak jest, skomentować jakoś, zaczynając od kultowego już tekstu: "Moja ocena tego jest taka...", ale chyba zbyt długo mi zejdzie, by dobrać właściwe, nie wulgarne słowa. Zamiast komentarza, po prostu plasnę się z rezygnacją w czoło i pójdę uprawiać swoje hobby, bo pogoda dziś ładna... I mam nadzieję nie spotkać na swej drodze żadnej karetki ze "specjalistą" w środku.

---------------
P.S. Po skończonych ćwiczeniach, kiedy składaliśmy graty do pojemników, podszedł młody chłopak i ściszonym głosem powiedział:
- Zarąbiste zajęcia. Jutro też będziecie?

Taki samotny "kwiatuszek" w śmierdzącej stęchlizną zalewie. Szkoda, że oni zawsze muszą rosnąć "po cichu"...

22 komentarze:

Piotr Król pisze...

Crew, powiedz, że to wytwór Twojej chorej wyobraźni, a nie rzeczywistość...

Marcin Gbiorczyk pisze...

Tak sobie myślę, że to prawda... obserwuje regresje wiedzy, przyzwolenie na byle jakość w pracy.
Ech... dramat jest w PRMie.

Oliwia Bartuś pisze...

Eh... Spotykam się z tą ignorancją na codzień i za każdym razem nie wiem jak nazwać uczucia które wtedy mną szarpią - żenada, wściekłość, rozczarowanie, poczucie bezsilności? Pracuję krótko ale znam masę "specjalistów" i najgorsze w tym jest to, że równie dużo znam młodych bezrobotnych pasjonatów którzy z braku tegoż właśnie super doświadczenia nie mają gdzie pracować :/

Anonimowy pisze...

dobry pracownik to tani pracownik, ktory sie slucha i wykonuje polecenia a kompetenje w PRM sa drugorzedne...

Anonimowy pisze...

Ja jestem jednym z tych mlodych. nie pisze kart ale robię to co powinien, przekazuję sorom to co wiem a czego często nie ma w kartach i mam gdzieś wqrw kierownika zespołu który napisał w karcie tylko "pacjent wydolny k-o po wypadku samochodowym. Bardzo przykre dla mnie jest to, że doświadczeni koledzy smieja się z tego, że jestem "pojebany" bo osluchuje pacjentów po urazach bez duszności, badam klasyczne objawy z jamy brzusznej i znam ich nazwy albo umiem wytłumaczyć pacjentowi co mu podaję i w jakim mechanizmie lek ma zadziałać...

Anonimowy pisze...

Niestety tak to wygląda a co niektórzy to np. na hasło panie doktorze nie raczą sprostować że nie są lekarzami. Inną sprawą jest jeszcze to że tacy "starzy ratownicy" pracują w kilku miejscach i blokują dostęp do zawodu młodszym stażem. Mówię o tym z własnego doświadczenia bo właśnie po stażu i zakończonej umowie po stażu ląduję w PUP-ie i perspektyw na pracę na razie brak.

Anonimowy pisze...

Ehhh,Crew... W każdej branży znajdą się tacy ludzie którzy nie powinni w niej pracować...

Anonimowy pisze...

jak nawiedzasz stolice to daj znać wczesniej. jakas szansa na bro by była przynajmniej ;)

granato pisze...

O rany... Ja kurcze rozumiem, że tacy zwyczajni urzędnicy traktują szkolenie jak wypad za miasto, ale ratownicy czy lekarze? Przeca ich kompetencja (lub brak) decyduje o życiu człowieka!
Tak sobie myślę, że gdybyście mieli mniej papierków do wypełniania, to może i staranność i zaangażowanie byłyby większe?
Cre(w) fajnie, że czasem i jeden zaangażowany się pojawi :)
Pozdrawiam Cię ciepło
-g.

Piotr Król pisze...

Tak swoją drogą, kolejny raz wyłazi problem zarządzania jakością w ratownictwie. A raczej braku zarządzania jakością...

Bubak pisze...

Bądźmy ze sobą szczerzy; na studia ratownicze w Polsce może się dostać KAŻDY. Znam ludzi którzy na ratownictwo poszli mają zdane matury na 32%. Nie mówię, że każda taka osoba się nie nadaje; ale taki wynik wiele mówi o podejściu danej osoby do obowiązków i życia ogółem - a być może zdolności. Nie ma absolutnie ŻADNEGO systemu kontroli jakości kształcenia czy też wykonywania zawodu. Inna sprawa, jest też "Beton" ratowniczy zalegający gdzieniegdzie od latu i wyśmiewający młodych, którzy chcieliby robić coś inaczej. A to Polska właśnie...

mlody pisze...

bubak skoncz za przeproszeniem pierdolic ja mature zdalem po 32-35% polski i angielski(biologia w rozszerzeniu 55%) potem w studium dyplom z wynikami +90% z kazdej częsci wiec nie pierdol że jak ktoś słabo mature zda to sie nie nadaje(matura to bzdura).Na studiach wiedziałem niejednego "lepszego" co miał wyzsze wyniki z matury a prostych rzeczy nie mogl sie nauczyc( z RM oczywiscie).Teraz szukam pracy i mimo ze nikt mnie nie zmusza to caly czas sie doksztalcam bo wiem ze w tym fachu czlowiek sie cale zycie uczy.Jak napisal ktos wyzej w kazdym zawodzie znajda sie partacze i w dodatku tacy robia wszystko na odpierdol(szkoda ze tutaj pacjet może przypłacic to życiem).Smutne jest to ze wszedzie wymagaja doswiadczenia a jak mamy zdobyc doswiadczenie przed doswiadczeniem zdobytym w pracy(staz i praktyki to za malo).Przepraszam za wulgaryzmy ale jak ktos pisze takie głupoty to mnie"krew zalewa".

Anonimowy pisze...

Jeżeli musiałabym ( odpukać ) liczyć na pomoc medyczną to chciałabym trafić na takiego ratownika, jak TY :)
------------
Kasia

Anonimowy pisze...

Eh.. No niestety jest dosyć sporo takich ratowników którzy pracują z przymusu a nie z pasji :( no i skutek mamy taki jak został opisany . Szczerze żal mi tak ludzi ,bo tylko blokują miejsce prawdziwym ratownikom . Ale wracając do tematu sama ostatnio spotkałam się z takim nazwijmy to pseudo ratownikiem który uważa ,że długo pracuję w zawodzie to wie wszystko i wszystko robi dobrze ,a gdy usłyszał jak studentka pierwszego roku ratownictwa w niezbyt dobrym stanie ogólnym wytyka mu błędy nawet nie raczył się do nich odnieść i postarać się ich poprawić choć były to błędy których nawet student by nie popełnił jak choćby nie uzyskanie wkucia dożylnego , czy nie zabezpieczenie podstawowych funkcji życiowych . Skąd się biorą tacy ludzie w zawodzie ? Człowieku nudzi Cię ta praca zmień ją bo w końcu ktoś za to zapłaci życiem .

młody pisze...

Mnie najbardziej ciekawi jak oni sie nie boja ze pacjet lub rodzina wytoczy im sprawe,przeciez moga do wiezienia barany trafic i to nie na rozcek czy dwa, swoja droga jak mozna myslec ze wie sie w danej dziedzinie wszystko-przeciez to niemozliwe ;D

Anonimowy pisze...

No niemożliwe przecież człowiek uczy się całe życie, a z tą sprawa sądową niezły pomysł , ale waham sie czy wypada zrobić takie świństwo jakby nie patrzeć koledze z zawodu. No choć jak on dopuścił się takich rażących zaniedbań ? Ale 2 tyg to nie będzie już za pozno ? Już nawet nie chodziłoby o mnie tylko o przyszłych pacjentów tego pseudo ratownika, przecież jego zaniedbania mogą doprowadzić do tragedii .

Anonimowy pisze...

O ile już nie doprowadziły do tragedii ..

młody pisze...

ja na twoim miejscu bym nie podkladal swini koledze po fachu ale lepiej patrzec takiemu na rece i w razie czego go poprawic zawsze mozesz,ps jak juz masz zamiar to zrobic i zrobisz to daj namiary na prace na mila,z checia wskocze na jego miejsce(grafi_16@o2.pl) jakby nie patrzec to ma zycie ludzkie na rekach a bedac z nim w zespole tez ponsisz czesc odpowiedzialnosci za danego pacjeta,jak sie myle to mnie popraw, a tak nawiasem mowiac to czy mozesz na takim ratowniku polegac?

Anonimowy pisze...

Hehe jak już to będę dzieliła z nim odpowiedzialność za 2 lata jak skończę studia :) i mam nadzieje , ze nawet na praktykach nie trafie do jego zespołu . " Poprawiać zawsze możesz " tak tylko ktoś musi się odnieść do tych poprawek. Jak zwróciłam mu uwagę to pierw dostałam opiernicz , jak śmiem go poprawiać , a gdy dowiedział się ze studiuje ratownictwo i mam już troszkę pojęcia co powinien zrobić i jak i zapytałam dlaczego tego nie zrobił odpowiedział , że teraz na tych studiach zle uczą i on wie co ma robić a ja mam siedzieć cicho bo nic nie umiem . No sorry ale zdaje mi się , że umiem więcej od niego . No właśnie w przyszłości musiałabym płacić za jego błędy. Ta współodpowiedzialność za pacjenta z jednej strony oki ale z drugiej strony żeby chronić swój tyłek nieraz jest tak że jeden ratownik nie dość , że musi pilnować pacjenta to jeszcze musi pilnować tego drugiego ratownika i patrzeć mu na ręce i to jeszcze bardziej niż studentowi podczas praktyk. A co do tego no tak na rozum to warto by było podłożyć mu te świnie no ale chyba nie podłoże nie jestem aż tak wredna , a poza tym w przyszłości może być rożnie. No właśnie ludzie wzywając nas liczą na precyzyjna , szybką i skuteczną pomoc .Ufają nam i polegają na naszych umiejętnościach i wiedzy , a tu przyjeżdża taki ratownik i co ?

Anonimowy pisze...

Crew mam nadzieje że masz dobrze ugruntowaną pozycje w pracy, bo po takim poście koledzy po fachu Cie zjedzą. Opisałeś niewygodną prawdę dla środowiska ratowniczego, od siebie dodam że mam identyczne doświadczenia.
Tylko że ja już nie pracuje w zawodzie. Brak ambicji, samozadowolenie i olewactwo to jest to co króluje w PRM
Pozdrawiam

Mariusz Łapiński pisze...

Bardzo ciekawił mnie Twój blog, ciekawe treści prezentujesz. Pozdrawiam

iwona pisze...
Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.