sobota, 26 maja 2012

By zrozumieć...

Jakże często zdarza nam się kogoś nie rozumieć. Nie w obco brzmiącym słowie, czy zagadkowym wyrazie twarzy, ale w głębszym pojmowaniu zachowań, myśli i emocji, które szarpią drugą osobą.
- Nie ogarniam typa... Czemu nie wytłumaczy, co mu tam po łbie lata?
Ile razy w ten lub podobny sposób zżymaliśmy się na bliźnich?

A przecież dobrze wiemy, że nie wszystko, co siedzi w naszych paramedycznych, para-normalnych głowach da się ponazywać, pokolorować i wywiesić w formie obrazkowej instrukcji.
Czasem nawet najdoskonalszy trójwymiarowy obraz i tak okaże się zbyt płaski, by oddać traumę, która głęboką bruzdą ryje psychikę. Jeśli ktoś, mimo wszystko, spróbuje uchwycić ten moment w kadrze tłumaczeń, zamiast barwnej fotografii może jedynie wyprodukować sztampową, spłowiałą pocztówkę niby-uczuć. Na przykład...

- Mądry i "ludzki" lekarz, który po godzinnej reanimacji ciężko siada wprost na podłodze i złamanym głosem mówi do jęczących rodziców, że ich dziecku już nie można pomóc...
- Młoda ratowniczka, która przed chwilą, po raz pierwszy w życiu prowadziła nieudaną reanimację niemowlęcia... teraz, sprzątając rozbabraną karetkę, połyka olbrzymie łzy, nie do końca jeszcze rozumiejąc, co się stało i dlaczego...
- Ratownik, który swój pierwszy chrzest bojowy otrzymał nocą, wprost na drodze, wśród koszmarnie pogiętych blach i czterech trupów młodych ludzi, z których dwóch nie można nawet rozpoznać, bo się spalili żywcem... Miesza łyżeczką herbatę do szóstej rano, zupełnie zapominając o piciu...

Prawda jakie to płaskie w przekazie? Choć dla tych ludzi z pewnością takim nie jest.
I cóż począć z tym, co w naszych głowach siadło na dobre?
Rozmawiać, rozmawiać... - radzi mądry i dobry psycholog -...komunikować światu swoje traumy, wyrzucać z siebie potoki słów...

Z kim i w jaki sposób mamy o tym rozmawiać? Z żoną, matką, kimś bliskim?
- Cześć kochanie, co tam dziś w pracy było?
- A wiesz, ta jędza w biurze podbiera moje mleczko do kawy... No i jeszcze nie rozliczyłam faktur za maj. A co u ciebie?
- A nic... Zgon dzisiaj był na przejściu dla pieszych... Musiałem wynosić kawałki ciała w foliowych workach... Wiesz, nie mogłem wszystkiego dozbierać... Tyle razy tamtędy przechodzę z dziećmi, a teraz te worki...

Czy tak ma to wyglądać?
A może powinniśmy rozmawiać między sobą, w kręgu zawodowej rutyny?
I co sobie powiemy? Co może powiedzieć "ludzki" lekarz młodej ratowniczce, po nieudanej reanimacji dziecka? Co powie stary "sanitariusz" młodemu szczawiowi, który przed chwilą skończył spierać cudzą krew i spaloną tkankę z własnych spodni?
- Wiem, co teraz czujesz...
- Przejdzie ci...
a może - Nie rycz, bo wstyd będzie w pogotowiu...?

- Jeszcze nigdy nie było w tej stacji tak cicho... - nieswoim głosem powiedział największy kawalarz i zamilkł, gdy eska wróciła z nieszczęsnej reanimacji dzieciątka.
I może to jest najlepszy sposób na nasze doliny?
Wszak nie mam pojęcia, co teraz czujesz i nie wiem jak ci pomóc młoda ratowniczko, ratowniku, doktorze... Każdy sam musi to sobie w głowie poukładać, przyczesać i przykryć czapką dnia następnego. Im prędzej, tym lepiej.

* * *
Ciągle uczę się, jak szybko i sprawnie przykrywać i polerować zawodowe rysy na własnej psychice. I wciąż mi daleko do perfekcji, a niektóre "zadrapania" uparcie nie chcą zniknąć, zwyczajnie mnie szpecąc. Mimo to, nadal tkwi we mnie przekonanie, że nie wolno zobojętnieć, a dzień, w którym ludzka śmierć lub cierpienie zawędrują głęboko do mojej dupy, będzie sygnałem, że oto nadeszła pora, by zmienić zawód na mniej "porysowany".

--------------
P.S.
A wszystkim paniom i panom, którzy za wielkimi biurkami opiniują, że nasza praca nie obciąża psychiki, wypadałoby życzyć jednej takiej nocy wśród blach, jednej smutnej reanimacji i jednej łkającej matki... W trójwymiarze lub jeszcze lepiej, w hologramie. Amen.

czwartek, 24 maja 2012

Nie przepuści

Z dużym przymrużeniem oka ;)

* * *
Taki "licencjonowany" ochroniarz na ogromnych studenckich juwenaliach, to ma nudne życie. Jeśli los się do niego "letko" uśmiechnie, będzie stał tuż przy scenie. Koncertów sobie posłucha, pozaziera na roznegliżowane, narąbane małolaty, no i gazem popsika na lewo i prawo, niczym z gaśnicy pianowej. Zawsze to jakaś rozrywka, patrzeć jak oślepieni, zagazowani ludzie plują i charczą na przemian.
Jeśli jednak ochroniarz ma pecha, wówczas każą mu stać przy drzwiach do ambulatorium. I to jest prawdziwy ochroniarski dramat.
Zalatuje nudą jak oscypkiem na przełęczy. Małoletnich panienek praktycznie nie ma, a jeśli jakieś się pojawią, to albo nieprzytomne, albo chcą do toalety... A do toalety ochroniarz wpuścić nie może, bo wygódka w tym budynku wyłącznie dla burżujów - medyków.
Szef przykazał "nie wpuszczać", no to stoi i odgania.
Nuda, marazm i absolutny brak intelektualnej stymulacji. Jeszcze mu jakiś bezczelny medyk będzie zwracał uwagę, że pacjentów z krwotokiem, czy tam złamaniem nie chce wpuszczać. Było wyraźnie powiedziane: "Nie wpuszczać NIKOGO". Przyjdzie taki jeden z drugim, niby z obfitym krwotokiem do amb... amb... no kurna... do medyków, a potem myk i już w toalecie siedzi. Lisek chytrusek. A przecież do toalety tu nie można. Szef zabronił...
No to stoi ochroniarz w drzwiach i blokuje. Z tym, że teraz przepuszcza tych umorusanych krwią i z powykręcanymi giczołami. Dla świętego spokoju ich puszcza, żeby się medyczne małpy nie darły. W końcu on nie jest jakimś tam "gupkiem", żeby nie zrozumieć alibi.
I dalej nuda, tylko przyłazi coraz więcej tych powykrzywianych, okrwawionych i zagazowanych. Widać koledzy pod sceną mają zabawę, a tu? Lipa i do dupy z taką robotą na bramce przy klopie dla medyków.
Ledwie se ochroniarz poderwał panią sprzątaczkę, a tu znów przyleciał upierdliwiec w czerwonym wdzianku z odblaskami i mordę drze. A że pijanego, agresywnego się wpuszcza, a że z butelką po piwie lata po am... amb... no tam po sali, a że niebezpieczne narzędzie... Jakie kurna niebezpieczne narzędzie? Piwo???
Czerwony, świecący pajac! Jakby nie to, że ochroniarz sam na bramce i nie ma kolegów w pobliżu, to on... to oni już by pokazali tej medycznej c.pie, jak smakują pały uzbrojonych formacji ochronnych.
Ale kolegów brak, a łączność z bazą przerywa... Trzeba wysilić głęboko skrywany przed światem intelekt i sprostać wyzwaniu.
Nie wpuszczać NIKOGO z NIEBEZPIECZNYM NARZĘDZIEM? Proszę kurna bardzo!
Ochroniarz stoi murem w drzwiach, nie przepuści nikogusieńko z niebezpiecznym narzędziem!!! Nawet mysz z kastetem się nie przemknie...
"- I nie interesuje mnie, że ten ostry nóż jest w klatce piersiowej tego gostka. Albo gostek se to wyjmie i zostawi na bramce, albo kurna nie wpuszczę! Z kosą nie ma wjazdu i ch..j!!!"

niedziela, 6 maja 2012

Najdroższy interes

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

UWAGA: Treść zdecydowanie nie dla dzieci... i dla osób "obrzydliwych" również nie :)

* * *
Możecie wierzyć lub nie, ale są w naszym kraju takie miejsca, w których "państwowa służba zdrowia" jest porządna, praworządna i żądna uczciwej pracy, niczym zając na wiosnę żądny jest nierządu. Naprawdę.
Istnieją takie szpitale i oddziały, w których personel cztery razy w ciągu dnia zmienia pościel, myje pacjenta, obcina mu paznokcie, a nawet, jeśli zajdzie potrzeba, to dokonuje "para-kosmetycznej korekty zmian skórnych", potocznie zwanej wyciskaniem pryszczy.
Myślicie, że zwariowałem? Wcale nie.
Są takie miejsca... a przynajmniej jedno... Szpital... znaczy piętro... No dobra, jeden oddział...
Jedyny taki w Polsce, Oddział Intensywnej Terapii, w którym personel pielęgniarski "cierpi" na wzmożone zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i manię czystości ;)
Właśnie tam wydarzyła się poniższa historia.
Oczywiście nie muszę dodawać, że "całość" jest kompletną nieprawdą ;)

Historia dziewiętnasta - Najdroższy interes.

Mijała właśnie czwarta godzina dyżuru na OIT.
Siostra Grażyna Obłędny-Ład wygładziła ostatnią mikroskopijną zmarszczkę na świeżo zmienionej pościeli.
- Pacjenci umyci, leki podane, pościel zmieniona... - wyliczała skrzętnie w myślach - Następna robota dopiero o piętnastej. Co tu robić, co robić..?
- Jak żyć..? - westchnęła żałośnie rozglądając się, czy nikt nie usłyszał tych narzekań. Na szczęście jedynymi świadkami jej frustracji byli kompletnie nieprzytomni pacjenci "pomieszkujący" w sali nr 4.
Siostra Grażyna wstydziła się swoich prywatnych niepowodzeń i uczuciowych porażek. A te były znaczne. Już szósty miesiąc mijał odkąd jej małżonek zniknął razem z walizkami i zawartością własnej szafy. Mimo "porządnego" nazwiska nie wytrzymał żoninych obsesji na punkcie czystości, higieny i sprzątania. Jedyne co hultaj wyczyścił na pożegnanie, to wspólne konto w banku. I potem odszedł z jakąś lafiryndą o imieniu Dolores, pozostawiając Grażynce bałagan w sercu i umyśle. A bałaganu w dowolnej formie, siostra Obłędny-Ład chronicznie nie znosiła.
- Może przejdę raz jeszcze, popatrzę po innych salach? A nuż jakaś kupa się przytrafi..? - pomyślała karmiąc własną osobowość obsesyjną.
Niestety w innych pomieszczeniach równie obsesyjne pielęgniarki pilnowały zazdrośnie "swoich" pacjentów i żadna nie chciała oddać koleżance ani centymetra brudnej przysługi.
- No to klęska... - Grażynka powlokła się w stronę dyżurki - ...trzeba będzie oglądać telewizję.
Była już na końcu korytarza, gdy w pół kroku zatrzymał ją doktorski głos.
- Siostro Obłędny-Ład, proszę szybciutko do mnie. Mamy chorego do przyjęcia na oddział.
- Obłędny, bez Ład! - zaznaczyła ze złością różnicę w nazwisku po niecnej ucieczce męża.
- Faktycznie bezwład. Skąd siostra wie? - zdziwił się lekarz - Pacjent jest kompletnie nieprzytomny. W związku z tym będzie dużo pracy.
- Praca? Wspaniale! Cudownie wręcz! - rozpromieniona pigułka, niepomna bezczelnej pomyłki w nazwisku, leciała przez korytarz jak pegaz na skrzydłach.
- No i co tak rży i parska? - OITowy doktorek niezmiennie wykazywał brak zrozumienia dla pielęgniarskich pasji oraz polotu do pracy.
- Nie ma się z czego cieszyć... - fuknął i zreferował zakres obowiązków:
- Trzydziestolatek, obcokrajowiec po wypadku. Utrzymywany w stanie farmakologicznej śpiączki. Tu są leki do podania. Proszę zamonitorować, zadbać o higienę, sprawdzić cewnik w siuraku, a jeśli zapachany... - tu urwał i zerknął badawczo na uśmiechniętą pielęgniarkę - W razie czego, da radę siostra sama cewnik... ten, tego..?
- Zmienić? Oczywiście, natychmiast! - Grażynka ściszyła konspiracyjnie głos i szurnęła nogami niczym łączniczka w oddziale partyzanckim, przyjmująca rozkaz wymiany tajnych mikrofilmów.
- Dobrze... Jakby co, jestem u siebie - lekarz spojrzał na obłędną siostrę jak psychiatra na trudnego pacjenta i odszedł niepewnie oglądając się raz po raz.
- No to do roboty! - Eeeeh... - Grażynka westchnęła przeciągle i wprawnym ruchem schwyciła ptaszka w lewą dłoń. Odkąd odszedł małżonek, była to jej jedyna forma kontaktu z tym jakże szowinistycznym narządem.
- Całkiem imponującym narządem... - pomyślała z uznaniem, oceniając wzrokowo głębokość jaką osiągnął cewnik Foley'a - ...ale co to?! - pielęgniarska podświadomość wyłapała medyczną anomalię i natychmiast przekazała sygnał do ośrodków działania przymusowego.
- Czyżby pryszcze? - skrupulatna piguła bacznie lustrowała ptaszkową powierzchnię.
- Ha! - zakrzyknęła rejestrując obecność licznych, twardych krostek rozsianych na całkiem sporym obszarze ornitologicznego zjawiska.
- Jak nic kaszaki! - orzekła z mocą i zwróciła się do nieświadomego pacjenta
- Chyba tak tego nie zostawimy? Taki przystojny mężczyzna i taki urologicznie zaniedbany?
Milczenie nieprzytomnego przyjęła Grażynka jako cichą zgodę na zabiegi kosmetyczne. Chwilę później nastąpiła seria rytualnych czynności dezynfekcyjnych. Siostra Obłędny z namaszczeniem przygotowała "pole operacyjne" i zmieniwszy rękawice, raźno przystąpiła do działania.
Jednak niesforne zmiany skórne stawiły niespodziewany i zacięty opór. Delikatne uciskanie nie przyniosło oczekiwanego rezultatu. Dosłownie żadna z krostek nie chciała się poddać i pęknąć, lecz chwilowe niepowodzenia tylko wzmogły zajadłość pielęgniarki. Ze zdwojoną energią i siłą przystąpiła do wyciskania, tym razem używając paznokci.
Dusiła, dociskała i gniotła na milion sposobów, a te małe dranie ani drgnęły. Jedyna różnica między stanem początkowym a obecnym polegała na zmianie koloru. Większość pryszczy z białawego zmieniła ubarwienie na żywo czerwone, a te od których Grażynka zaczęła, zdążyły już nawet nieco zsinieć.
- Ooo nie ze mną takie numery! - pomyślała nieźle już wkurzona piguła rzucając się do szuflady z narzędziami chirurgicznymi. Spośród kupy żelastwa sprawnie wyłuskała komplet igieł o różnych rozmiarach i małe szczypce Kochera. Po chwili namysłu do zestawu dorzuciła jeszcze skalpel i obsadkę.
- Ja wam dam! - warknęła groźnie w stronę prącia, niosąc sprzęt na metalowej tacy.
Inwazyjne usunięcie pryszczy Grażynka postanowiła przeprowadzić wpierw metodą nakłuwania i drenażu. Skalpel i kocher zostały jako plan B.
Jeszcze tylko podkręciła mocniej kapiącą kroplówkę z lekiem uśmierzającym ból i śmiało ujęła w dłoń największą igłę. Już, już miała wbić ostrze w bezczelnie czerwonego pryszcza, gdy nagle:
- Siostro, natychmiast na dwójkę proszę! Reanimacja!

* * *
W sali numer dwa, jak w ukropie uwijały się pielęgniarki pomagając przy zabiegach. Uwijała się również Grażyna, lecz jej myśli non-stop błądziły wokół zagranicznego ptaszka i równie zagranicznych kaszaków opornych na polskie metody leczenia.
Godzinę później zziajana i zmęczona siostra Obłędny już bez Ład, wracała do swojej sali i do nierównej batalii z hordą małych, ptaszkowych najeźdźców.
- No jak tam panie obcokrajowiec? Gnieciemy dalej? - zagadała do pacjenta w śpiączce.
- A niech to... - zmięła w ustach przekleństwo odsłaniając porzucone w pośpiechu "pole operacyjne".
Męski narząd w niczym nie przypominał stanu sprzed godziny. Pod wpływem szaleńczego uciskania i wygniatania, całkiem spuchł, a jego kolory oscylowały teraz wokół barwy znanej w światku samochodowych lakierników pod nazwą "śliwka o poranku".
Całość nie wyglądała najlepiej, jednak drobne i przejściowe niedogodności nie były w stanie powstrzymać polskiej pielęgniarki przed wypełnianiem swojej zaszczytnej misji.
W związku z istniejącym, sporym obrzękiem, metoda nakłuwania została odrzucona jako z góry nieskuteczna. Za to skalpel i szczypce musiały zadziałać.
Grażynka, niczym frontowy chirurg-samouk, mocno ścisnęła opuchniętego ptaszka i wzniosła lśniące ostrze, by z rozmachem naciąć powłokę twardego pryszcza-bandyty.
- Oh mein Gott! Nein! Nein! - przeraźliwy wrzask dolatujący od drzwi, w ostatniej chwili powstrzymał pigułę przed ciachnięciem.
W progu stał doktor, a obok jakaś obca kobieta wylewała z ust potok niezrozumiałych słów.
- Siostro Obłędny-Ład!!! Co też siostra wyprawia?!? - zakrzyknął oburzony lekarz.
- Normalnie, chciałam usunąć kaszaki z siuraka. Przecież doktor sam kazał, żeby zadbać o higienę... I nazywam się Obłędny, nie Ład!
- Nieład? - zdezorientowany doktorek przełożył na niemiecki całą wypowiedź pielęgniarki. W miarę jego tłumaczenia, obcokrajowa kobieta przybierała na twarzy kolor całkiem zbliżony do biednego ptaszka, którego zmieszana Grażynka nadal ściskała w lewej dłoni.
- To nie żadne kaszaki... - lekarz powtarzał teraz po polsku za wzburzoną Niemką - To specjalne implanty... wszczepione do lepszej... satysfakcji... mojej satysfakcji... znaczy tej pani, nie mojej - poprawił się natychmiast.
Tym razem Grażynkowa twarz stopniowo zmieniała wyraz i aktualnie przedstawiała niedowierzanie wymieszane z nutką zazdrości i przestrachu.
- To specjalny stop metali... - kontynuował tłumaczenie doktor - One bardzo dużo kosztowały... parę tysięcy euro.
- O matko... - jęknęła osłupiała pielęgniarka i jak oparzona puściła siuraka-robocopa - Dobrze babcia mówiła "Niemce odmieńce". Żeby sobie ptaka śrutem faszerować? Jak na polowaniu? Tfu!

I tak oto, polska sanitariuszka o mały włos nie dokonała najdroższej operacji wyjęcia miłosnych pocisków, które utknęły w niemieckim, postrzelonym "ciele".

- He, he... Muszę przyznać, że to najdroższy interes jaki widziałem... - zażartował lekarz, delikatnie wyjmując skalpel z dłoni wstrząśniętej Grażynki - ...nic dziwnego, że siostra chciała z niego "wycisnąć jak najwięcej"... :)

wtorek, 1 maja 2012

Wyliczył...

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Poniższa opowiastka jest typowym przykładem branżowego humoru sytuacyjnego, który może być kompletnie niezrozumiały dla osób nie parających się medycyną i/lub ratownictwem.
W związku z tym, dla wszystkich niemedycznych Czytelników bloga, tuż pod właściwym opowiadaniem pozwoliłem sobie zamieścić pobieżne wyjaśnienie zagadnień związanych z opisywaną historyjką.
Kolejność czytania dowolna, jak przy konsumpcji delicji... Jedni najpierw zlizują galaretkę, inni na początek obgryzają ciastko wokół, a galaretka jest na koniec. Jak kto woli ;)

Historia osiemnasta - Wyliczył...

W jednej z wielu policealnych szkół medycznych trwał właśnie egzamin praktyczny dla ostatniego rocznika kierunku ratownictwo medyczne. Przy stoliku okrytym zielonym suknem pamiętającym pewnie czasy towarzysza Bieruta, siedziała szanowna komisja, której sumaryczny wiek w latach z pewnością przekraczał wiek piramid egipskich.
Nauczycielka fizjologii, Twarda Zocha, po raz piąty usiłowała drżącą ręką posłodzić kawę. Ślady poprzednich, nieudanych prób znaczyły rozedrgane ścieżki cukru odcinającego się bielą od zieloności pseudo-obrusowej narzuty. Jedna ze ścieżek przebiegała niebezpiecznie blisko pana Teofila od anatomii. Ten doświadczony nauczyciel, którego wiek można było określić jedynie na podstawie analizy rozpadu węgla aktywnego, w chwili obecnej zajęty był łapaniem nieistniejących much. Każdą nieudaną zasadzkę na wyimaginowanego owada, pan Teofil wieńczył siarczystym i pełnym pasji okrzykiem: "Cie choroba!".
Myśliwskie pohukiwana anatoma bardzo przeszkadzały szanownej pani dyrektor, która bujając na dyrektorskim krześle, w całkowitym skupieniu oddawała się zasłużonej, starczej drzemce.
Sędziwą średnią nauczycielskiego wieku zaniżał jedynie najmłodszy z pedagogów, pan Maciej, zwany w środowisku uczniowskim Cool-Maciejką. Ten zaszczytny pseudonim zdobył Maciej podczas wszystkich brawurowo prowadzonych lekcji Medycznych Czynności Ratunkowych oraz niezapomnianej wycieczki do Zakopanego. Przy czym słowo "niezapomniana" nie do końca oddawało charakter wydarzeń, w których sam nauczyciel i jego uczniowie brali udział ;)

Za oknem czerwcowe słonko przypiekało betonowe mury szkoły, a w egzaminacyjnej sali młody, przyszły/niedoszły ratownik pocił się ze strachu, nerwowo wycierając mokre dłonie we własne, wilgotne już spodnie.
- No to jak panie Rozumny? Zna pan te zasady prawidłowej iniekcji, czy będziemy z pana to wyciągać jeszcze godzinę? - zapytała mgr Zocha rozsypując kolejną łyżeczkę cukru na stole.
- Zzznam... tylko się denerwuję.
- Wszyscy się denerwują..!  - uniosła głos nauczycielka wsypując ze złością całą zawartość cukiernicy do zimnej kawy.
- Cie choroba! - pan Teofil huknął dłonią w stół i nagle wpatrzył się przekrwionymi oczyma w struchlałego ucznia.
- Młody człowieku... Czy zdajesz sobie sprawę, że stworzenie zwane pospolicie muchą domową - musca domestica, ma 300 razy szybszy refleks niż ludzie? Hę? A ten refleks, to z jakim układem w organizmie będzie związany?
- O matko... - Walerek Rozumny przełknął nerwowo ślinę, po raz kolejny udowadniając iż nazwisko otrzymał od rodziców raczej na wyrost.
- Chroooop..! - pani dyrektor chrapnęła przeciągle budząc się na stanowisku pracy.
- Która to godzina? - wystękała - A co to? Rozumny, ty jeszcze tutaj?!
- Je... je... jeszcze? - wyjąkał Walerek nie zdając sobie sprawy, że mija właśnie druga godzina odkąd wlazł w te piekielne czeluści.
- No drodzy państwo... - oburzona dyra zwróciła się do komisyjnego grona - Przecież my tu pośniemy wszyscy, a to jest niedopuszczalne! Ostatnie pytanie i albo Rozumny odpowie, albo będzie powtarzał egzamin za rok!
- Nie jest dobrze... - pomyślał Maciej spoglądając na panicznie rozedrgane członki ucznia. Z całych sił chciał mu jakoś pomóc.
- Coś prostego... - intensywnie usiłował sobie przypomnieć, co z całego materiału Rozumny mógł zapamiętać. W końcu podjął decyzję i zaczął łagodnym głosem.
- Walerek, wyobraź sobie, że prowadzisz reanimację dorosłego mężczyzny...
- Reanimację..? - powtórzył niepewnie uczeń. A w głowie kiełkowało poczucie krzywdy - I ty Maciejka przeciwko mnie? - z żalem myślał o nauczycielu, który nie tak dawno temu, przegrawszy zakład, latał po Krupówkach w samych majtkach i pielęgniarskim czepku.
- No reanimację... - powtórzył jeszcze łagodniej młody belfer - Powiedz jaki rozmiar rurki intubacyjnej mógłbyś zastosować?
- Komu..? - wzrok Rozumnego wyrażał absolutną próżnię
- No temu mężczyźnie, reanimowanemu.
- T.. ttemu mężczyźnie..? A ile on ma lat?
- Co? - Maciejka zamrugał oczami
- Nn.. no ile ma lat ten mężczyzna?
- Nie wiem... odpowiedział zdezorientowany nauczyciel i jakoś bezwiednie spojrzał na przyczajonego na muchę Teofila - ...może mieć na przykład tak z osiemdziesiąt sześć - dokończył patrząc na wielkie zmarchy i przekrwione oczy anatoma.
- Jezus Maria, Jezus Maria... - szeptał gorączkowo uczeń, a na jego twarzy pojawiło się najwyższe skupienie podszyte strasznym bólem. Wybałuszone oczy błądziły gdzieś po szarym suficie, to znów na dłuższą chwilę znikały pod przymkniętymi powiekami. Usta bezgłośnie wypowiadały jakieś magiczne zaklęcia i liczby.
- No Rozumny, czekamy..! - pani dyrektor groźnie nachyliła się nad stołem.
- Je... jje... jeszcze chwilunia... - Rozumny do czarów i rachunków włączył drżące palce. Wyginał każdy z nich, powtarzając szeptem kolejne liczby. Liczył i liczył, w końcu dumnie wypalił:
- To będzie rozmiar... tak ze dwadzieścia pięć i pół!
- Cie choroba! - huknął sędziwy Teofil po raz kolejny nie trafiając dłonią w urojoną muchę. - A skądżeś to chłopcze wziął?!
- Ze wzoru panie psorze...

------------------------------
Pobieżne wyjaśnienie:
Intubacja, pisząc w ogromnym uproszczeniu, pozwala dość radykalnie i skutecznie udrożnić drogi oddechowe, a tym samym, w większości przypadków, umożliwia prawidłową wentylację pacjenta.
Sam zabieg polega na wsadzeniu w buziaka pacjenta, świecącego żelastwa o nazwie laryngoskop i uwidocznieniu określonych struktur anatomicznych. W ślad za laryngoskopem musi podążyć rurka intubacyjna, przez którą później pacjent będzie otrzymywał tlen, powietrze lub mieszaninę tego i tego.
Rurka powinna mieć określony rozmiar, czyli średnicę dobraną odpowiednio do wielkości intubowanego człowieka, a raczej jego tchawicy. Tu właśnie tkwi cały sens opowieści.
Najczęściej dorosłego mężczyznę intubujemy rurkami w rozmiarach 8-9,5. Choć oczywiście należy być przygotowanym na różne anatomiczne niespodzianki. Osobiście nie widziałem na własne oczy rurki większej od rozmiaru 9,5, ale ewentualnie niech się wypowiedzą jeszcze fachowcy anestezjolodzy/ratownicy-rurownicy :)
Sprawa nieco się komplikuje, kiedy trzeba zaintubować dziecko. Wówczas orientacyjny rozmiar rurki określamy korzystając z poniższego wzoru:
(wiek/4)+4 lub ewentualnie jak ktoś woli (16+wiek)/4
Niestety jeśli spróbujemy zastosować ten wzór do osób dorosłych, mogą nam wyjść kolosalne rozmiary nieistniejących rurek i równie kolosalne zakłopotanie. Im starszy dziadzio, tym bardziej gigantyczna rura? :) Error.

sobota, 28 kwietnia 2012

RKO, czyli sztuka ożywiania

Ludzie, którzy wracając samotnie z nocnych dyżurów, zmuszeni są do pokonania kilkudziesięciu kilometrów, zazwyczaj stosują przeróżne techniki "podtrzymywania własnych funkcji życiowych z resztką przytomności włącznie".
Z której strony nie spojrzeć, ta przytomność umysłu ważna jest "za kółkiem", bo mając mniej niż 12 punktów w skali Glasgow* nijak pojazdu się nie da prowadzić...
No dobra, da się, ale krótko ;)
Dyżur długi i pracowity, spać się chce, a do domu trzeba jakoś wrócić... I co wtedy?
Przerabiałem już kilka różnych sposobów na odpędzenie snu przed podróżą:
- kawy nie lubię. Kiedy już się zmuszę, to pierwsze pięć minut latam jak podniecona świnka morska, która usiadła na strzykawce z adrenaliną, a zaraz potem śpię jak zabity.
- kubeł zimnej wody na łeb, owszem działa, ale zimą w aucie zamarzały mi włosy. Niezdrowo, nieestetycznie i podsufitka się rysuje.
- wynalazki typu RedBull, Tiger i inne "bul, bul dopalacze"... Było super przez parę tygodni. Potem pojawiły się problemy z szybkim dotarciem do najbliższej toalety, a moje czasy przejazdu uległy znacznemu wydłużeniu. Mówiąc krótko i obcesowo: mega-sraka jest po tych oranżadkach, no i wcale nie dodają aż takich skrzyyydeł, żebym "na posiedzenie" zdążył dolecieć od jednej stacji benzynowej do drugiej. Nikt nie lubi, kiedy podróż odbywa się skokami ;)

I tak przeprowadzałem kolejne testy pobudzające, jednocześnie borykając się z sennie opadającą w podróży głową, aż w końcu odkryłem... radiowe wiadomości. Bingo!
Wystarczy, że przez pięć minut posłucham o tym, co się w kraju dzieje i już mi senność przemija niczym narkotyczny odjazd przerwany Naloxonem. Nie żebym ja narkotyki brał, ale wiadomości w aucie słucham i nie zasypiam!
Wczoraj też... Wracałem z "nocki", powieki nagle zrobiły się ciężkie, więc natychmiast włączyłem radio, a tam:

Wczoraj w godzinach popołudniowych, dwie urzędniczki "państwowej instytucji" uratowały mężczyznę, który po zasłabnięciu za kierownicą uderzył samochodem w latarnię. Panie ułożyły chorego na fotelu w pozycji siedzącej i uciskając klatkę piersiową, cały czas mówiły do niego, aby nie stracił przytomności. Mężczyzna przebywa w szpitalu, aktualnie jego życiu nie zagraża już niebezpieczeństwo. (znaczy się, krewkich pań tam nie wpuszczono?)
Jak same twierdzą, odważne pracownice administracji państwowej wiedzę na temat postępowania w takich przypadkach czerpały z biuletynu przesłanego kilka dni wcześniej firmową pocztą e-mail. Gratulujemy odwagi i poczucia obywatelskiej powinności!

Sen uleciał precz, a ja zadumałem się nad treścią świeżo podanego newsa, analizując jego składowe.
Znając talent i profesjonalizm rodzimych mediów, panie urzędniczki "mogły" na miejscu zrobić wszystko, z uzyskaniem dostępu do naczyń centralnych włącznie ;) Co tam naprawdę wystrugały, pozostanie pewnie już na zawsze tajemnicą.
Jednak nie w tym rzecz, by chwalić lub piętnować działania pań. Tu idzie o coś ważniejszego. O medialny przekaz i pseudo-edukację społecznych mas. Czego bowiem może się dowiedzieć przeciętny Kowalski, słuchając tej wiadomości?
- Jeśli ktoś zasłabnie, masz go posadzić i z całych sił walić w klatę, nie dopuszczając jednocześnie, by biedaczysko stracił przytomność! O tym wszystkim nauczysz się z biuletynów, komiksów, encyklopediów, wikipediów, internetowych forumów i... z naszego radia!
No luuuuudzie..!
Jak to usłyszałem, od razu zacząłem się rozglądać za stacją benzynową. Jakaś nerwica układu trawienia, czy co..? ;)

Rzecz pierwsza (łatwa):
Co ci (pożal się Boże) redaktorzy mają z tym zasłabnięciem?!
Gdzie nie spojrzę: ten zasłabł i umarł, tamten zasłabł i musieli go reanimować...
Zasłabnięcie, to nawet nie omdlenie, a jeśli już ktoś sobie zbyt potocznie użyje sformułowania "zasłabł" w odniesieniu do nieprzytomnego, to nie oznacza wcale, że od strzała należy mu się uciskanie klaty!

Rzecz druga (trudniejsza):
Wykonywanie tzw. masażu serca na kimś, kto siedzi, jest zajęciem zdecydowanie trudnym, niewygodnym i co najważniejsze nieskutecznym. Jeśli dodatkowo poszkodowany siedzi za kierownicą, a samochód nie jest kabrioletem, to sensowne uciskanie klatki piersiowej jest po prostu niemożliwe.

Rzecz trzecia (mega-trudna):
Jeśli poszkodowany ma otwarte oczy i z nami rozmawia, to za cholerę nie ma zatrzymania krążenia!!! W związku z tym, uciskanie mu klatki piersiowej (nawet na siedząco) może się skończyć solidną śliwą pod okiem... oczywiście okiem ratownika.

Rzecz czwarta (niewykonalna wręcz):
Pierwsza pomoc jest "gałązką" nauk medycznych opierającą się głównie na umiejętnościach praktycznych. Oczywiście podbudowa teoretyczna jest istotna, ale w ewentualnym procesie samokształcenia, wiedzę należy czerpać z pewnych źródeł, firmowanych nazwiskiem autora stanowiącego autorytet w danej dziedzinie. Nie musi to być od razu doktor nauk medycznych, ale "pan Heniek" od zakładowego BHP być może nie wszystko dobrze zapamiętał lub zrozumiał na zajęciach sanitarnych w wojsku, w pięćdziesiątym drugim roku. (przepraszam wszystkie światłe "wyjątki" od BHP).
Samodzielnie zdobyte wiadomości koniecznie trzeba zweryfikować w trakcie ćwiczeń pod okiem doświadczonego instruktora. On zawsze podpowie i wskaże, co robimy dobrze, a co możemy poprawić i czy nasza ogólna koncepcja skakania po klatce błagającego o litość pacjenta jest słuszna.
Niestety taka korekta nie jest możliwa w wirtualnym świecie biuletynów, interaktywnych przewodników, czy szkoleń via internet.
Dlatego: Ludzie! Idźcie na szkolenie z pierwszej pomocy!
My - instruktorzy naprawdę nie gryziemy (w większości).

A żeby nie pisać tylko po próżnicy, wszystkim zainteresowanym proponuję dziesięciopunktową
instrukcję Resuscytacji Krążeniowo-Oddechowej 
spisaną w języku "chłopskim":

Wypadek! Coś poszło nie tak i teraz wszyscy zgromadzeni stoją jak wryci gapiąc się w jeden żywy/nieżywy? punkt. Stoisz i ty. Zastanawiasz się, czy trzeba koniecznie coś robić, dlaczego właśnie ty musisz to robić i czy w ogóle warto pomóc? 
Warto.

1. Sprawdź, czy jest bezpiecznie! Zanim wleziesz ratować innych, zrób tak, żeby ciebie diabli nie wzięli. Pokombinuj przez krótką chwilę, czy to co zamierzasz zrobić jest na pewno bezpieczne dla ciebie, poszkodowanego i innych, żądnych sensacji gapiów.

2. Sprawdź, czy możesz sobie pogadać z poszkodowanym na tematy obojętne. Jeśli ma otwarte oczy i mówi brzydkie słowa, znaczy, że możesz... Nawet jeśli rozczaruje cię swoim zachowaniem, nie mów nic złego na jego mamusię, bo to się zazwyczaj źle kończy. Zapytaj, czy możesz jakoś pomóc, spróbuj ustalić, co go boli, przy czym ból istnienia się nie liczy.
Jeśli poszkodowany ma zamknięte oczy, delikatnie potrząśnij za jego ramiona i głośno zawołaj. Treść zawołania jest w zasadzie obojętna, jednak zwyczajowo nie używamy zwrotów typu: "Wstawaj ty głupi ch...!" i innych o podobnym wydźwięku. Hasła "otwórz oczy" lub "co się stało?" w zupełności wystarczą.
Brak reakcji na delikatne potrząsanie i wołanie oznacza, że oto leży przed tobą najprawdziwszy nieprzytomny/omdlały/zasłabnięty itp. Jak go sobie nazwiesz - wg redaktorów nie ma znaczenia. Ważne, że właśnie zdałeś sobie sprawę z faktu, iż ten człeczyna potrzebuje pomocy i go nie opuścisz "aż do śmierci". Bo go nie opuścisz, prawda?
Nawet jeśli to klasyczny słuchacz płyt chodnikowych, całą noc raczący się nektarem z kartonu, lepiej żebyś mu jakoś pomógł... zwłaszcza w zimie.

3. Najwyższa pora, aby zakończyć widowisko i rozgonić publikę. Możesz głośno zawołać o pomoc i obserwować jak żądni sensacji ludzie w popłochu umykają na wszystkie strony. Możesz też wskazać paluchem najbardziej poczciwą gębę z całego tłumu i poprosić, by z tobą została. Jeżeli z całego tłumu, to twoja gęba jest najbardziej poczciwa, znaczy, że coś poszło nie tak w pierwszym punkcie niniejszej instrukcji.
Jeśli ci się poszczęści lub jesteś zgrabną laską - wskazana "gęba" zostanie i pomoże. Nie zrażaj się w przypadku odmowy. Poproś o pomoc kogoś innego, ale rób to szybko, zanim wszyscy uciekną.

4. Nie każdy chłop z widłami to Posejdon, podobnie nie każdy nieprzytomny musi od razu "nieżyć". Trzeba to obadać.
Pamiętaj, że walenie z liścia po twarzy nie jest dobrą metodą diagnostyczną na obecność ducha w ciele, zwłaszcza jeżeli nie wszystkie "gęby" z otoczenia pouciekały. Lepiej będzie jak odchylisz głowę poszkodowanego ku tyłowi i dwoma palcami podtrzymasz jego żuchwę, aby nie opadała ze zdziwienia. Teraz zbliż swój policzek w pobliże ust poszkodowanego i skup się, bo będzie "trudno":
a) spróbuj wyczuć na własnym policzku ciepłe, wydychane powietrze. Wytrzymaj nawet jeśli skórę parzy "moc wczorajszych promili".
b) jednocześnie postaraj się usłyszeć zwykły, spokojny szmer oddechowy. Jeżeli poszkodowany szeptem prosi cię o parę złotych "na bułkę" lub składa niemoralną propozycję, znaczy, że oddycha.
c) patrz uważnie na klatkę piersiową poszkodowanego. Zwróć uwagę, czy się unosi i opada w rytm oddechu. Uwaga! Nawet jeśli twój poszkodowany(a) ma bardzo atrakcyjną klatkę i trudno ci oderwać wzrok, całość badania (podpunkty a,b,c)  nie może trwać dłużej niż dziesięć sekund!
Czas odpowiedzieć na pytanie: oddycha, czy nie oddycha?
- Jeśli nie czułeś oddechu, nie słyszałeś go i klatka piersiowa się nie unosiła... wiadomo - nie oddycha.
- Jeśli masz wątpliwości, co do wyniku badania, uznaj, że nie ma oddechu i zacznij coś poważnie "rzeźbić"
Wyjątek: Jeśli w środku lata ratujesz na plaży topielca, który ma na nogach łyżwy, wyjątkowo możesz odstąpić od rzeźbienia ;)

5. Rzeźbienie zacznij od wezwania karetki! Możesz w tym celu wykorzystać "poczciwą gębę", która wskazana twoim paluchem nie miała wyjścia i została pomóc. Poproś, aby "gęba" zadzwoniła na pogotowie. Lepiej od razu podyktuj mu numer 999 lub 112, gdyż statystyki wyraźnie wskazują, że 3/4 "gąb" jest niekumatych w kwestii telefonicznej numerologii. Powiedz, że ratujecie nieprzytomnego człowieka, który nie oddycha.
Jeśli wcześniej nie złowiłeś żadnego pomocnika, musisz samodzielnie wezwać karetkę! To jest najlepszy moment. Im szybciej, tym lepiej.

6. Udało ci się dogadać z paskudną, wredną dyspozytorką? Świetnie :) Czas na konkretne ratowanie!
Jeśli dotąd nie ułożyłeś poszkodowanego plecami na twardym, płaskim podłożu, zrób to teraz.
- Nie, fotel w samochodzie nie jest twardym, płaskim podłożem.
- Tak, jeśli kierowca/pasażer nie oddycha możesz/powinieneś go wyciągnąć z auta.

7. Teraz będziesz uciskać klatkę piersiową. Uklęknij na obu kolanach, tuż obok ratowanego. Pochyl się i wyprostuj ręce w łokciach. Połóż nadgarstek swojej ręki na środku klatki poszkodowanego. Przyłóż drugą dłoń i spleć palce. Żeby nie wiem jak cię korciło, nie zjeżdżaj na boki. W domu sobie podotykasz! I nie skacz po mostku jak prosiaczek grający w misie-patysie. Staraj się trzymać ręce w jednym miejscu.
Pamiętaj, że to ma być solidny ucisk, a nie mizianie. W domu sobie pomiziasz! Dorosłemu człowiekowi należy się pięć lub sześć centymetrów "uczucia" skierowanego pionowo w głąb klatki piersiowej.
Uciskaj rytmicznie trzydzieści razy. Spróbuj zachować tempo nieco szybsze niż jeden ucisk na sekundę (100-120 razy na minutę). W trakcie "masażu serca" nie nuć pod nosem żadnych piosenek, nawet jeśli to ma być "Staying alive", bo szybko się zasapiesz, a ludzie pomyślą, że do reszty zwariowałeś.

8. Skończyłeś uciskać trzydzieści razy? Pewnie zastanawiasz się, co teraz i czy naprawdę musisz "całować się" z tym obcym?
- Nie musisz! Jeśli nie posiadasz żadnej maseczki lub specjalnej "serwety" do sztucznego oddychania lepiej skup się na solidnym uciskaniu klatki piersiowej. Nie przerywaj akcji po trzydziestym ucisku. Po prostu cały czas, rytmicznie "pracuj" na mostku.
- Jeśli nosisz przy sobie kieszonkową maskę lub inne zabezpieczenie, to już na pewno dobrze wiesz jak tego używać, więc nie ma sensu tłumaczyć. Jeżeli nie wiesz, a chciałbyś wiedzieć - idź na szkolenie!

9. Uciskasz i uciskasz, a w głowie kiełkuje myśl: "Kiedy przerwać?"
- Na pewno musisz przestać po pierwszym "Auu" z ust poszkodowanego ;)
- Przerwij działania jeśli poprosi cię o to zespół karetki pogotowia. Nawet jeżeli uważasz ich za kompletnych głąbów, pozwól im się wykazać i dopuść do pacjenta.
- Jeśli poszkodowany zacznie się poruszać, kaszleć, przełykać itp. zrób sobie dziesięciosekundową przerwę, podczas której ponownie sprawdzisz oddech.
- Masz prawo się zmęczyć, ale nie masz prawa tracić przytomności i kłaść się obok poszkodowanego. Pamiętaj, że wyrażanie współczucia i więzi z poszkodowanym poprzez naśladownictwo, w tym przypadku jest bardzo niewskazane. Jeśli masz pomocników, zmieniajcie się co około dwie minuty. Jeżeli biedaczku jesteś sam i czujesz zmęczenie, przerwij działanie.

10. Ponieważ czytasz ten tekst w internecie i nie znajdziesz pod nim żadnego prawdziwego nazwiska, nie ufaj w ani jedno moje słowo!  
Idź na szkolenie i sprawdź, czy mówię prawdę! :)

-------------------
* skala Glasgow (GCS) - pozwala ocenić stan świadomości na podstawie przyznawanych punktów. 
12 pkt określa się jako umiarkowane zaburzenia przytomności.

środa, 11 kwietnia 2012

Świetny dyspozytor

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Podobieństwo do prawdziwych osób i zdarzeń jest oczywiście czysto przypadkowe, podobnie jak ewentualna zbieżność nazwisk.

* * *
Nowoczesne, skomputeryzowane stacje pogotowia ratunkowego mogą być pozbawione klimatu i zimne jak betonowy słup graniczny na Syberii. Najczęściej są też bezosobowe jak sonda wystrzelona z misją badania najczarniejszych zakątków kosmosu i puste jak wzrok ratowników zmuszonych do realizacji zgłoszenia na pięć minut przed zakończeniem dyżuru. 
W takiej stacji, od czasu do czasu, na bezobsługowym monitorze błyśnie komunikat wezwania, a z groźnej paszczy drukarki wyskoczy karta wyjazdu. I gdy cała ta bezduszna elektronika wygania żywy personel medyczny do pracy w terenie, po pustych pomieszczeniach hula przeciąg i tęsknie wyje w zakamarkach. Żal serce ściska.
Lecz wystarczy, że w progi smutnej stacji wkroczy jedna, rasowa dyspozytorka i natychmiast powraca koloryt, klimat, a nawet swojski zapach... zaprzeszłych lat analogowej telefonii ;) I jeśli na dodatek rzeczona dyspozytorka obdarzona jest wysoką elokwencją, piskliwym głosem oraz... nerwicą liryczną*, to wszelkie troski i nuda ulatują precz, a zauroczony personel zespołów wyjazdowych staje się niemym świadkiem epickich bitew na głosy i zapasów w poziomach IQ.

Historia siedemnasta -  Świetny dyspozytor

Na jednej z "milionów" śląskich stacji pogotowia zegar wskazywał godzinę szóstą minut pięćdziesiąt. Rozczochrana i zaspana dyspozytorka Halina Jagrab-Jeden przekazywała pulpit i obowiązki swojej zmienniczce Krystynie Ja-Brzoza.
- Cześć Krycha... - wycharczała z porannym, nieświeżym zadziorem w głosie -...System masz sprawny, pulpit zalogowany, a papiery uzupełnione. Muszę zajarać!
Po tych słowach wymięta Halina, wyciągnęła zza pazuchy równie sfatygowanego papierocha i poczłapała w stronę szatni.
- Och świetnie... - ucieszyła się piskliwie Krystyna -...dziękuję ci Halinko... i nie pal tyle kochana, gdyż minister zdrowia ostrzega, że palenie tytoniu powoduje raka i choroby serca... - chciała jeszcze dorzucić coś z patomorfologii układu oddechowego, lecz po Halinie pozostał tylko mentolowy posmród.
- Świetnie... - mruknęła sceptycznie do siebie samej i otworzyła okno.
Dryń, dryyyń... Na dyspozytorskim pulpicie rozdzwonił się telefon.
- No świetnie... - pomyślała Krysia, a z ust samoczynnie popłynęła nieśmiertelna formułka:
- Stacja pogotowia ratunkowego, słucham?
W słuchawce skrzeczał jakiś głos, a dyspozytorka ze stoickim spokojem przyjmowała zgłoszenie:
- Poproszę adres miejsca zdarzenia.
- Pisanki 3.
- Świetnie, a teraz nazwisko.
- Moje?
- No pana nazwisko, przecież nie moje, gdyż moje świetnie znam. Ha ha.
- Albert Zając
- Świetnie, dziękuję. Czy będzie pan łaskaw wyjść do głównej arterii komunikacyjnej i nawigować zespół ratownictwa medycznego do miejsca przeznaczenia?
- Eee... Chodzi pani o to, żebym wyszedł na asfaltówkę i zamachał do karetki?
- Dokładnie tak! Świetnie... Czy zatem będzie pan uprzejmy zamachać?
- Ano zamacham.
- Świetnie! Wobec tego przystępuję do realizacji zlecenia.
- Słucham?
- No po prostu wysyłam do pana karetkę. Do widzenia.

Krystyna odkładając słuchawkę, zdążyła tylko krzyknąć do mikrofonu komunikat o wyjeździe zespołu, kiedy...
Dryń, dryńńń...
- Stacja pogoto...
- HALO! Proszę wysłać karetkę!! Szybko!!!
- Chwileczkę, spokojnie. Co się stało?
- Na przystanku leży człowiek. Dajcie tu karetkę!!!
- Powolutku, proszę opanować własną emocjonalność i w skupieniu, świetnie odpowiedzieć na pytanie: Co temu człowiekowi jest?
- Ja nie wiem, nie oddycha, chyba ma zatrzymanie krążenia!
- Świetnie... adres miejsca zdarzenia poproszę.
- Co pani powiedziała?
- Poprosiłam o adres...
- A wcześniej?
- Wcześniej? Spytałam o występujące u chorego objawy...
- A pomiędzy tym pierwszym, a adresem?
- Pomiędzy? Nic nie mówiłam pomiędzy...
- Nieprawda! Pani się ucieszyła, że człowiek umiera!
- Słucham?!?
- Powiedziała pani:"To świetnie, że ma zatrzymanie krążenia!"
- JA??? Pan chyba oszalał!
- Użyła pani słowa "świetnie"!
- W życiu! To są oszczerstwa, pomówienia oraz insynuacje! Nie używam takiego słownictwa w pracy zawodowej.
- Używa pani!
- Otóż nie!
- Owszem, tak!!
- Panie, chcesz pan karetkę, czy nie?! - zdenerwowała się Krystyna
- Chcę..!
- Świetnie!!! Adres proszę!

Ledwie wzburzona Krysia zdążyła wystrzelić Eskę do hipotetycznej reanimacji i znów rozległ się dzwonek telefonu.
- Stacja pogotowia ratunkowego, słucham...
W sitku słuchawki zaskwierczał zdarty męski głos
- Paniusiu...
- Pan do mnie mówi? - dyspozytorka starała się opanować poprzednie emocje.
- A to was tam wiency jest w tym telefonie..?
- Ja jestem. O co chodzi?
- Paniusiu... Chyba mnie zara bedzie siepać.
- Słucham..?
- No terepać mnie bedzie. Już mi rynce latajom.
- Chodzi panu o drgawki?
- O co..?
- O konwulsje?
- He?
- Pytam, czy będzie pan miał atak?!
- Aaa... tak! Właśnie to, to...
- Świet... - Krystyna gwałtownie ugryzła się w język -...Doskonale. Proszę pana, czy pan jest epileptykiem?
- Coo?
- Czy pan jest epileptykiem?
- Nie rozumiem...
Dyspozytorka poczuła kolejną falę narastającego wzburzenia. Głośno i wyraźnie wypowiadała poszczególne słowa.
- Pytam pana, czy jest pan   e p i l e p t y k i e m?
- Kim?!!
- EPILEPTYKIEM!!!
- Nie ku.wa, górnikiem!!! I całujcie mnie w osmoloną rzyć!!! - wrzasnął obrażony rozmówca i strzelił słuchawką.


---------
* Nerwica liryczna, rozumiesz, przejawia się w rozumiesz, uporczywym powtarzaniu jednego rozumiesz słowa. Rozumiesz? ;)

poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Dziewczyna Łazarza

Słowo wstępu:
Tytułowy Łazarz to nowotestamentowa postać biblijna, podobno przyjaciel samego Jezusa. Z powodu tychże koneksji, kiedy Łazarzowi się niefortunnie zmarło, Jezus postanowił anulować jego wycieczkę na tamten świat. Odwołał wszystkie rezerwacje, wycofał zaliczki na bilety i tym samym ściągnął Łazarza do domu po czterech dniach zwiedzania.
Czy było to prawdziwe wskrzeszenie, czy też wybudzenie ze śpiączki lub udana resuscytacja po zatruciu zwalniającym metabolizm? Trudno dziś wyrokować. Medycyna sobie, biblia sobie. Choć coś musiało być na rzeczy, bo siostry Łazarza uparcie twierdziły, że biedaczek, po czterech dniach "polegiwania", zalatywał już przykrym smrodkiem.
Tak czy inaczej, Łazarz pozostał jedynym człowiekiem, który powrócił z tak długiego pobytu w krainie wiecznych łowów. Cytując wyłowione gdzieś zdanie, można powiedzieć, że został Gagarinem śmierci i prekursorem zombie. Żył jeszcze przez czterdzieści lat po udanej akcji Jezusa i ponoć przez resztę życia ani jeden raz się nie uśmiechnął.

Istnieją dwa terminy medyczne nawiązujące do przygody Łazarza:
Odruch Łazarza - występuje czasami u pacjentów, u których stwierdzono śmierć mózgową. Pacjent unosi nagle ręce i krzyżuje je na własnej klatce piersiowej, niczym egipska mumia. Zjawisko to może być poprzedzone lekkim drżeniem rąk i pojawieniem się "gęsiej skórki". Czasem ręce mogą zatoczyć szeroki łuk ponad klatką piersiową, szyją i głową zmarłego. Znane są również doniesienia o bardziej złożonych ruchach, na przykład nagłym, samoistnym ułożeniu zwłok w pozycji siedzącej. Przyczyną tego przerażającego zjawiska może być sprzężenie w nerwach obwodowych lub łuku odruchowym, czyli połączeniu nerwowym między rdzeniem kręgowym a mięśniami. Odruch Łazarza często jest mylnie interpretowany jako objaw skutecznej resuscytacji. Potrafi też nieźle wystraszyć personel medyczny, choćby tuż po transplantacji serca.
Zespół Łazarza - kilka chwil po przerwaniu czynności resuscytacyjnych i ogłoszeniu zgonu, u pacjenta nagle dochodzi do samoistnego powrotu funkcji życiowych, a człowiek uznany przed chwilą za zmarłego, permanentnie powraca do świata żywych.
Mimo iż na całym świecie odnotowano dotychczas kilkadziesiąt przypadków zespołu Łazarza, zjawisko to nie posiada wiarygodnego wytłumaczenia medycznego. Istnieje jedynie kilka hipotez na ten temat.

* * *
Dziewczyna Łazarza

Noc. Głęboka cisza przerywana jednostajnym szelestem oddechu i nagle...
- Zespół S - wyjazd w kodzie 1! - cichy brzęk pagera wyrwał mnie ze służbowego snu.
- Co się dzieje? - stając w drzwiach dyspozytorskiego królestwa, próbowałem przecierać zaspane oczy.
- Zasłabnięcie w Domu Seniora. Zaczekaj, już wam drukuję kartę wyjazdu... - odpowiedziała równie zaspana dyspozytorka i klikając jakiś magiczny guzik, zmusiła drukarkę do wytężonej pracy. Monotonny brzęk dyszy pokrywającej papier atramentem zakłócał nocne milczenie świata i unosił nasze ołowiane powieki.
- Ech... - ciągle czując sen na ramionach, spojrzałem na złowrogie, czarno-sine niebo nad ciemnym miastem. Po moich plecach przebiegł przykry dreszcz.
Przemierzywszy hol uśpionej stacji, cichutko zastukałem w futrynę lekarskiego pokoju.
- Pani doktor, mamy wyjazd...
Korytarz spowijał mrok. Ani jeden szmer nie dobiegał zza drzwi, a przecież powinienem słyszeć energiczną krzątaninę i zapewnienie o gotowości do działania.
- Pani doktor..? - powtórzyłem wezwanie, niepokojąc się o upływający czas realizacji zlecenia.
- Tak... Już idę. Proszę schodzić do karetki. - do moich uszu dobiegł stłumiony, młody głos. Ruszyłem w dół po ciemnych schodach.

Zimny wiatr gnał chmury po nocnym niebie wciskając przeraźliwie chłodne igiełki pod ubranie. Zaciągnąłem suwak zamka pod samą szyję i po raz nie wiadomo który, pozazdrościłem palaczom tych małych, żarzących się ogników dających złudne ciepło w płucach.
- Ciekawe jaka będzie..? - stojąc przy aucie, myślałem o nowej lekarce, z którą jeszcze nikt na stacji nie miał okazji pracować
- Jak nam się ułoży współpraca? Czy jest miła, mądra, no i jak wygląda?
Odkąd objąłem dyżur nie widziałem nowej na oczy. Zaszyła się w swoim pokoiku, niczym przestraszona łania i przez cały wieczór nie wysunęła nawet czubka nosa na korytarz.
Kolejny zimny powiew uniósł zeszłoroczne liście w powietrze i rzucił nimi o szorstki beton. W ciemnościach słychać było tylko ich oddalający się szelest.
 - No gdzież ona jest? Już dawno powinna... 
- Tu jestem.
Drgnąłem przestraszony, gdy jej dłoń niespodziewanie dotknęła mojego ramienia.
Stojąc za mną wyłoniła się z mroku, otulona kapturem służbowej kurtki. Nie mogłem dostrzec jej twarzy. Jedynie drobny pukiel blond włosów wypłynął poza skrawek ciemnego materiału.
- Jedźmy już... - powiedziała spokojnie otwierając drzwi do szoferki.
- Jedźmy... - powtórzyłem wsiadając do przedziału medycznego.

* * *
Ciężkie drzwi Domu Seniora uchyliły się z cichym szumem wpuszczając do wnętrza uśpionego budynku przejmujący podmuch wiatru. Odziana w szary habit zakonnica zmrużyła oczy pod naporem chłodu.
- Proszę za mną - powiedziała na nasz widok.
Jej głos wydał mi się dziwnie beznamiętny, wyprany z emocji, jakby zupełnie nic się nie stało.
- Chwileczkę, pani doktor... - zatrzymałem wszystkich w miejscu i wymownie spojrzałem w stronę oświetlonej karetki - ...co mamy zabrać ze sobą?
- Na razie nic... - odpowiedziała lekarka - ...chodźmy.
- Jak to nic?! - pomyślałem zdumiony.
Szybko schwyciłem z karetki plecak reanimacyjny i jednym susem wskoczyłem między wolno zamykające się odrzwia.
Ściany długiego korytarza pokrywał ciemnobeżowy sos ciężkiej farby. Anemicznie żółte światła kinkietowych lamp ledwie wyławiały z mroku sfatygowane kontury antycznych mebli. W powietrzu unosił się zapach przeszłości.
Szedłem za kierowcą i młodą lekarką. Jej kosmyki blond włosów coraz śmielej wypływały spod kaptura, jakby machając na mnie w rytm kroków. Chodź, chodź... Nie zostawaj w tyle... Nie zostawaj...
Tymczasem szara postać zakonnicy schroniła się w jednym z pokoi.
- To tutaj. Proszę... - wyszeptała.

Wnętrze sporego pomieszczenia właściwie niczym nie różniło się od korytarza. Ten sam półmrok, rozjaśniany przez ustawioną w kącie lampę z pożółkłym abażurem. Ten sam zapach. Tylko meble zdradzały inny charakter sali...
Przy ścianach rozstawione były łóżka o żeliwnych, ręcznie kutych stelażach. W panujących nad nimi szarościach nocy majaczyły poskręcane w dziwnym grymasie, poorane zmarszczkami starości twarze śpiących ludzi. Nikt nawet nie drgnął, kiedy w ciszy wchodziliśmy do środka.
Przytłoczony tą sceną, zdjąłem z ramienia szelkę i cicho postawiłem ciężki plecak na skrzypiącym parkiecie. Lekarka bezszelestnie weszła w krąg światła cieknący z rachitycznej lampy i pochylając się nad pacjentką, zsunęła z głowy kaptur. W jednej chwili moje oczy poraziła prawdziwa eksplozja blond włosów. Jasne pukle spływały gwałtownie na twarz nieprzytomnej kobiety, mieszając się z ciemną plamą jej siwych i zniszczonych kosmyków. Młoda pani doktor w skupieniu badała oddech. Zastygła pochylona nad łóżkiem, jakby szepcząc tajemne zaklęcia do ucha chorej, a wszystko to przesłaniał jasny woal blond włosów.
- Nie żyje... - powiedziała po chwili, unosząc własną twarz poza krąg światła. Jej spokojny głos brzmiał niezwykle pewnie i rzeczowo. Biła z niego jakaś moc.
- Nie żyje... - powtórzyła raz jeszcze - ...ale zawsze możemy spróbować... - dokończyła spoglądając na zakonnicę.
Poczułem się nieprzyjemnie rozczarowany ostatnim fragmentem wypowiedzi. Wrażenie mocy i stanowczej postawy lekarskiej ustąpiło miejsca niepewności i zakłopotaniu, które wzrastało we mnie z siłą i szybkością komety przemierzającej wszechświat.
- Proszę tu podejść i uciskać mostek...
Domyśliłem się, że polecenie jest kierowane do mnie, gdyż twarz i wzrok lekarki nadal były ukryte w półmroku.
Postępując naprzód splotłem ręce na obnażonym, przezroczyście bladym mostku pacjentki. Starałem się nie patrzeć na jej twarz, ale i tak mój umysł w jednej sekundzie zdołał zarejestrować kontur zamkniętych oczu, wpół uchylone, sine usta i siwe włosy spadające na poduszkę niczym lodowaty wodospad.
Raz, dwa, trzy... Zacząłem uciskać. Chrupnęło nieprzyjemnie pod rękami. I znów...
- Nienawidzę tego uczucia! - myślałem wściekły - Dlaczego zawsze ja muszę rozpoczynać resuscytację?! Nie może on? - pomyślałem nagle o kierowcy.
- A właśnie, gdzie on jest?
Tkwił w szarościach, trzy kroki ode mnie. Nawet nie drgnął, gdy zaczynałem działanie, nawet nie otworzył plecaka... Czułem wzbierającą we mnie złość.
- Idź po defibrylator... - warknąłem krótko i dokończyłem w myślach - ...w końcu ktoś musi ocenić rytm serca i odnaleźć jakąś metodę w tym szaleństwie...
- Pan pozwoli, że to ja tu będę wydawała polecenia... - stanowczy, lecz spokojny, kobiecy głos dobiegał gdzieś niemal z drugiego końca sali. Ledwie widoczny kontur młodej lekarki spajał się z zarysem okrągłego stolika.
- Oczywiście jeśli chcecie defibrylator, proszę... Może pan iść.
Znów domyśliłem się, że łaskawa zgoda kierowana jest do naszego szofera.
Poszedł... Wypadł wręcz z sali. Byłem pewien, że drań niczego bardziej nie pragnął, jak tylko wyrwać się i nałykać świeżego powietrza.
- Jeśli chcecie defibrylator..?! - myślałem oburzony - A ty nie chcesz? Nie potrzebujesz?! Stwierdzasz zgon na ucho i potem każesz mi uciskać bez sensu? Siedzisz nad tym stoliczkiem i udajesz, że wypełniasz głupie papiery... Co ty tam w ogóle widzisz w tej ciemnicy?!
- Widzę... - dobiegło z mroku
- Chyba się przesłyszałem... - pomyślałem nadal uciskając rytmicznie
- Widzę. Za to pan nie widzi...
Nagle spojrzałem na twarz pacjentki. Jej uchylone usta zamknęły się gwałtownie. Przez ułamek sekundy miałem wrażenie, że siwe włosy pociemniały nagle odcinając się czernią od sterylnej bieli wykrochmalonej poszewki.
- O ja pierd...!
Odruchowo chciałem odskoczyć, ale ostatkiem rozsądku nie przerwałem uciskania mostka. Zamiast tego podniesionym głosem zwróciłem się do lekarki.
- Pani doktor! Proszę tu przyjść, coś się zaczyna dziać!
- Nic się nie dzieje... - odpowiedziała spokojnie, stając po przeciwnej stronie łóżka - Jeszcze za wcześnie...
Pochyliła głowę, powoli zanurzając młodą twarz w snopie światła. I wtedy zobaczyłem jej oczy.
Czarne, obłędnie szerokie źrenice przykrywały niemal całą tęczówkę, pozostawiając jedynie wąski pierścień błękitnego pasma wokół. Jak bliźniacza otchłań wciągająca ostatnie skrawki czystego nieba, błysnęła odbitym z żarówki światłem, przez chwilę wtapiając się w mój spłoszony wzrok, by zaraz potem uciec z całą twarzą w ciemność ponad łóżkiem.
- Proszę kontynuować...
Z każdym kolejnym uciskiem narastał w mojej głowie szum, a skronie pulsowały w rytm szalejącego serca.
- Co tu się do cholery dzieje?! - powtarzałem lekko otumaniony - Co się dzieje..?
- Źle pan to robi... - szary habit zamajaczył w mroku. Obok mnie stanęła milcząca dotąd zakonnica.
- Źle? - zapytałem siląc się na resztki sarkazmu w głosie - Może siostra umie lepiej, to proszę... - sapałem nie przerywając resuscytacji.
- Trzeba ułożyć rękę niżej... - jej blada dłoń delikatnie dotknęła brzucha pacjentki - ...i ucisnąć raz. O tak!
W jednej chwili z gardła nieprzytomnej kobiety dobiegł cichy bulgot.
- Eej!!! - wrzasnąłem oburzony - Co ty wyrabia... - jednak koniec wykrzyczanego słowa utknął gdzieś w moich ustach.
Powieki leżącej kobiety gwałtownie rozchyliły się i w blasku lampy spoglądały na mnie dwie ogromne źrenice pożerające ledwie widoczne skrawki stalowo-szarej tęczówki. Tak bardzo podobne do tych młodych, które tonęły teraz, gdzieś w ciemnościach pokoju.
Płynący z gardła chorej bulgot zmienił się w przerywane rzężenie.
- Pani doktor! - krzyknąłem zawierając w tych dwóch słowach cały przestrach, oburzenie i bezradność, która mnie ogarnęła. - Pani doktor!!!
- Dość... - spokojny głos lekarki uciszył mój krzyk - Proszę przerwać, wystarczy już...
- Ale pani doktor... - mówiłem urywanym głosem starając się uspokoić szalejące w moich piersiach serce - ...może to są objawy powrotu spontanicznego krążenia?! Gdzie ten dupek z defibrylatorem? Musimy to sprawdzić..!
- Powiedziałam, dość już. Proszę odstąpić. - jej stanowczy ton zmusił mnie do milczenia.
- Z pewnością słyszał pan o odruchu Łazarza? Chyba nie muszę nic więcej mówić..?
Spuściłem głowę patrząc na wolno opadające powieki starej kobiety.
- To wszystko. Wychodzimy... - powiedziała cichym głosem lekarka, przysłaniając kapturem morze swoich jasnych pukli.

* * *
Przemierzaliśmy ten sam beżowo-brunatny korytarz lizany przez żółte jęzory brudnych lamp. Szary habit niknął gdzieś w mroku na przodzie małego pochodu, a wymykający się spod lekarskiego kaptura jasny kosmyk włosów zdawał się szeptać, tańcząc w rytm kroków.
"Nie zostawaj w tyle... Nie zostawaj..."
A tymczasem w mojej głowie szumiały słowa, myśli i obrazy.
- Odruch Łazarza... więc tak może wyglądać? A może jednak mieliśmy powrót krążenia? Może dałem się zwariować w tej ponurej rzeczywistości..? Nawet nie sprawdziłem oddechu...

"Nie zostawaj w tyle... nie zostawaj..."

- Plecak! Jasna cholera! Zostawiłem tam plecak..!

* * *
Sala tonęła w mroku niezmordowanie rozpraszanym przez jedyną lampę ustawioną przy posłaniu zmarłej. Stalowe okucia łóżek szczerzyły rzędy wyszczerbionych zębów.
Podniosłem z podłogi plecak.
Cisza, bezruch... Zupełnie jakby nic tu nie zaszło. Jedynie zarys ciała rzeźbiący prześcieradło świadczył o niedawnych wydarzeniach. I pukiel czarnych jak smoła włosów spływających na odsłonięty fragment poduszki.
- Muszę, to wiedzieć na pewno!
Wolnym krokiem zbliżyłem się do łóżka i zsunąłem fragment narzuty. W blasku lampy ukazała się poznaczona zmarszczkami czasu twarz kobiety. Te same zamknięte oczy, wpół uchylone usta... i morze czarnych, lśniących młodością włosów.
Moje drżące palce lewej dłoni ułożyłem na jednej stronie sino-bladej szyi. Druga ręka uniosła opadający podbródek i odchyliła bezwładną głowę ku tyłowi. Pochyliłem się, zbliżając policzek do granatowych ust.
- Może oddycha..? - zastygłem w oczekiwaniu. Czułem własny puls bijący o ściany tętnic. Każdą życiodajną falę...
Nagle z ust kobiety dobiegł głośny bulgot.
W jednej chwili blade, przeraźliwie chude ręce wystrzeliły w górę oplatając moją głowę niczym dwie stalowe obręcze, a na szyi poczułem chłód ostrych jak brzytwy zębów...

***
- O matko!!! - wrzasnąłem z całych sił i zerwałem się z łóżka. Przerywany oddech gonił uporczywe pulsowanie w skroniach. Kropelki potu wyrzeźbiły na czole całą sieć melioracyjną.
Panującą wokół ciemność rozpraszała poświata telewizora, w którym aktualnie produkował się jakiś wróżbita-homeopata o wątpliwej reputacji.
- Jezu... - westchnąłem z ulgą.
- Tak to jest, nażreć się na noc... - pomyślałem wdrażając techniki spokojnego oddechu.
A na poduszce leżał pilot, który wbił mi się w szyję...

...i pukiel czarnych jak smoła włosów ;)