poniedziałek, 23 lutego 2015

Impreza u wrażliwców

UWAGA: Osobom o słabych żołądkach, Czytelnikom po lub w trakcie posiłku, raczej dziękujemy ;)

XIV Prawo Murphiego w medycynie ratunkowej: Inni ratownicy mają zawsze lepsze historie do opowiedzenia.
... czyli Historie zasłyszane.

Ciężko spotkać wrażliwca w pogotowiu. Takiego, co to mdleje na widok krwi, albo wymiotuje, słysząc jęki cierpiącej babuleńki. 
Wokół sami twardziele. 
Kiedy zegar wybija kolejną pogotowianą zmianę, schodzą się wyselekcjonowane osobniki. Stalowa psychika, kręgosłupy z tytanu, cojones z żelbetonu... Niemal cyborgi. Dużo widzieli, przeżyli, jeszcze więcej słyszeli. Nic nie jest w stanie ich "ruszyć", a jeśli nawet któryś puści "pawia" na dyżurze, to wyłącznie dlatego, że
- Wczoraj zaje.iście popiłem z kumplami i coś mi siadło na żołądku.
I nikt się temu nie dziwi, nikt nie poddaje gastrycznych zaburzeń pod wątpliwość. Przeciwnie, wszyscy obecni kiwają głowami ze zrozumieniem i z miną absolutnie lekceważącą, nadymają policzki, rozbijając własne, lekko strawione treści pokarmowe o wewnętrzną powierzchnię siekaczy. Tymczasem karetka jedzie dalej, rozsiewając po okolicy oszałamiającą woń "pana" Mietka, etatowego chlora, księcia brudasów, cesarza grzybicy i bakterii kałowych. Na widok pędzącej chmury trujących oparów, okoliczna ludność trwożnie gromadzi się w kościołach i kaplicach, zwierzęta gospodarskie, niespokojnie wciągają w nozdrza ostatni wyziew morowego powietrza i natychmiast padają z wyprężonymi kopytami, ptaki spadają z nieba, niczym rażone piorunem... a ratownicy przełykając własne "troski", trwają na posterunku, przy "chorym" Mietku. Ludzie ze spiżu, z granitu, ludzie z powołaniem!

Nie ma wrażliwców w pogotowiu! Uczy się tego już najmłodszych adeptów, którzy fiknęli wiotkiego koziołka, oglądając jakąś operację, podczas szkolnych praktyk.
Jeśli padłeś bez tchu na płytki operacyjnego bloku, jesteś miękka faja i fujara. Możesz najwyżej pościerać podłogę w karetce, bo o prawdziwym wyjeździe w pogo, nie masz co marzyć. I zapamiętaj sobie, że zemdleć, to żaden wstyd, ale tylko z gorąca, albo z niewyspania (i to po imprezie). A paść "na widok", to straszna siara.
I tak, z pokolenia na pokolenie, kolejne rzesze ratowników przekazują sobie "twardość" i hart ducha.
Doskonale pamiętam, jak dawno temu, na uczelnianych praktykach, pierwszy raz zobaczyłem "cesarkę". Dokładniej rzecz ujmując, moje przerażone, coraz szersze oczęta zobaczyły doktorkę, wydzierającą z brzucha "nosicielki" za szyję, małe oślizłe "coś"... To "coś" nijak nie chciało wyleźć, klinując się barkami w zbyt małej szczelinie powłok brzusznych. Doktorka, najwyraźniej chcąc zaimponować całej grupie studentów-praktykantów, zaparła się w siłowym rozwiązaniu "cudu narodzin" i darła sino-zielone dziecię z gracją kombajnu na trzecim biegu. To był ostatni obrazek, który zarejestrowałem, bo już ułamki sekund później, jakiś mrok przesłonił moje wybałuszone gały i poczułem nieodpartą chęć położenia się na cudownie chłodnej podłodze. Znając podobne uczucie z dzieciństwa, kiedy to but koleżanki z podstawówki ulokował się dokładnie w moich rodowych "piłeczkach", wiedziałem, że chwila zapomnienia jest już blisko. Ze względu na niechybne i hańbiące konsekwencje utraty przytomności, nie mogłem sobie pozwolić nawet na krótką drzemkę w obecności kolegów z uczelni, grupy chirurgów, pielęgniarek oraz pana anestezjologa. W obronie własnego honoru, przykucnąłem w pobliżu anestezjologicznego stoliczka, pochylając głowę najniżej jak to było możliwe. Ćma w oczach nie ustępowała, ale dzięki zachowanym resztkom fonii, usłyszałem zdziwiony głos anestezjologa:
- Panie Crew, co pan tam robi? 
Wokół już rozchodziły się szydercze szepty i chichot
- Mdleje, patrzcie mdleje...
W akcie desperacji, nadal nic nie widząc, postanowiłem zagrać va banque. Po omacku sięgnąłem na dolną półkę stoliczka i wymacawszy coś w szeleszczącym papierku, udawałem naukowe zainteresowanie wyposażeniem sali operacyjnej. Wyciągając rękę z przedmiotem w papierku daleko przed siebie, palnąłem słabiutkim głosem:
- Doktorze... a to do czego służy?
Śmiech, jaki gruchnął po moim pytaniu, uświadomił mi, że w chytrym planie coś poszło nie tak.
Kiedy chwilę później odzyskałem wzrok, skonstatowałem, że oto siedzę na posadzce, z ręką wyciągnięta w stronę ściany, a w dłoni spoczywa zapakowana w szeleszczącą folię... resztka batonika Twix, którą doktor najwyraźniej zostawił "na potem" i zachomikował pod stoliczkiem.
Oj był piekący wstyd i "Crew wrażliwiec" do końca szkolnych dni... ale przynajmniej całkiem nie zemdlałem.
Od tamtej pory wiem, że w robocie trzeba być twardym na widoki, niewzruszonym na "zapachy" i najlepiej na czczo, ALE... kilka lat pracy nauczyło mnie też, że z pewnością czekają jeszcze na nas wszystkich sytuacje, na które nawet największy twardziel, nigdy nie będzie gotowy. Najważniejsze, to zachować spokój, pozostać "ą", "ę" profesjonalistą i nigdy nie śmiać się z rzygających kolegów... Bo dziś oni, jutro ty!

Historia dwudziesta druga - Impreza u wrażliwców.

Janek nie był świeżakiem w swoim fachu. Pierwsze kroki w pogotowiu stawiał jeszcze jako szofer dużych fiatów i polonezów z niebieskimi kogutami na dachu. Woził doktorów w białych, długich fartuchach, zbierał pacjentów, dźwigał drewniane nosze. Potem, zmieniające się realia zmusiły go do ukończenia szkoły i tak, z kierowcy-sanitariusza, Janek stał się ratownikiem medycznym.
Przez te wszystkie lata, napatrzył się na ludzką krzywdę, tragedie, katastrofy. Widział obrazki, które nie śniły się reżyserom i scenografom horrorów, za to śniły się jemu po nocach, nie raz, nie dwa. Mimo to, Janek zachował pogodę i spokój ducha, a także hart ciała. Koleżeński, stonowany, niezwykle trudny do wybicia z rytmu i wyprowadzenia z równowagi. Twardziel, ale łagodny w obejściu. Dziwił się zatem każdy, kto próbował Jankowi przesadnie w kaszę dmuchać, gdyż chłopak potrafił zadbać o swoje i jak mało kto, umiał w prostych, żołnierskich słowach zarysować różnicę poglądów oraz nakreślić własny punkt widzenia. Mówiąc krótko - Janek był swój chłop.
* * *
Mijał właśnie "nasty" rok Jankowej pracy w pogotowiu. Dzień zapowiadał się pogodnie, niosąc przez otwarte na oścież okno, rześkie masy porannego powietrza. Pierwsze promyki majowego słońca odbiły się w zakurzonej nieco szybie i pomiziały czerwony nochal śpiącej dyspozytorki. Niemal w tej samej chwili, na pulpicie rozbłysły lampki i zajęczał telefon. Halina Ja-Grab-Jeden, wytrenowanym przez dziesięciolecia ruchem, osunęła się wiotko na dyspozytorskim fotelu i przybijając czołem przycisk odbioru, wychrapała do przechylonej siłą bezwładu słuchawki:
- Pogotowie słucham...
Po minucie trwania w bezruchu i ciszy przerywanej jedynie brzęczeniem głosu w telefonie, Halina drgnęła. Unosząc jedną powiekę, nabrała powietrza w płuca i rutynowym tonem obwieściła światu nowinę:
- Eska do wyjazdu!!!

- Co mamy? - zapytał Janek człapiąc do Haliny z jednym butem w dłoni.
- Jedziecie raczej "do stwierdzenia", więc zasadniczo nie ma pośpiechu... - ziewnęła dyspozytorka.
- Raczej..? - Janek nauczony latami praktyki, wolał doprecyzować powód wezwania.
- Najpierw mówią, że pośpiechu nie ma, a potem ludzie nas chcą rozerwać na kawałki... - myślał, wspominając wiele podobnych sytuacji.
- No raczej, raczej... - odburknęła Halina nie otwierając oczu - Skoro już chłop do słuchawki mówi, że sąsiad chyba nie żyje, to RACZEJ jedziecie tylko stwierdzić.
- A to co innego. W takim razie szykuje się robota łatwa, lekka i "przyjemna".
Po tych słowach, Janek zgrabnie schwycił wypluwaną właśnie z drukarki kartę wyjazdową, pod pachę zgarnął śpiącego doktora, a przed sobą popędził równie zaspanego młodego szczawia, któremu jeszcze śniły się chwała i sława ratowniczego rzemiosła.

Kiedy dotarli pod wskazany adres, na podjeździe przywitał ich zielono-fioletowy jegomość z oczami wypadającymi niemal z orbit. Chłopina z trudem nabierał powietrza, charczał coś pod nosem i ogólnie wyglądał jakby miał zaraz umrzeć.
- To do niego jechaliśmy? - zapytał wciąż rozespany lekarz.
- Chyba nie... - mruknął Janek i dokończył w myślach - ...choć cuda się zdarzają.
Jednak w tym miesiącu limit na cuda został już dawno wyczerpany. Jegomość, zmieniając kolory na twarzy niczym kameleon na paradzie równości, zatoczył się w stronę karetki i wisząc na klamce od lekarskich drzwi, rzęził raport sytuacyjny.
- Ło Jezu..! Sąsiad umarł! W łazience..! Dawno chyba, bom go ze trzy tygodnie nie widział... Matko Bosko, ledwom stamtąd wylazł..!
Lekarz słuchał tej spowiedzi, wyglądając przez otwarte okno w drzwiach szoferki. Kiedy na wpół żywy mężczyzna zrobił pauzę, usiłując nabrać haust powietrza, doktorek natychmiast zażądał szczegółowych wyjaśnień, stawiając niezwykle precyzyjne pytanie:
- Ale, co..?!
- Co "co"?!? - zabulgotał oburzony jegomość - Tadek nie żyje! Ot co!!! I to strasznie nie żyje!!!
Przy ostatnich słowach, sąsiad świętej pamięci Tadeusza, przewrócił oczami i zatykając dłonią sine usta, popędził gdzieś na tył karetki, skąd po chwili dobiegł lament przypominający odgłos kaszalota ryczącego podczas zanurzania pod wodę.
Lekarz odprowadzał chłopa wzrokiem, a gdy ten wymknął się już nawet z zasięgu wstecznych lusterek, zakomenderował:
- Młody, bierz monitor, idziemy stwierdzić.
- A ja? - zapytał Janek ruszając nieznacznie kierownicą.
- A ty odjedź parę metrów, bo ci świadek cały tył karetki zarzyga.
Tego Jankowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Wyuczona przez lata troska o sprawność techniczną i wygląd taboru, przezwyciężyły ciekawość i gdy doktorek z ratownikiem zmierzali w kierunku domu, szofer sprawnie przestawił ambulans, odsłaniając tym samym żałosną scenę, która rozgrywała się tuż za paką Mercedesa.
Świadek haftował, niczym kot po tuńczyku z futrzanymi kłakami, karetka mruczała na jałowym biegu, tymczasem lekarz energicznym krokiem docierał już pod drzwi. Męskim, zdecydowanym gestem, szarpnął za klamkę i układając własne ciało zgodnie z geometrią wejściowego otworu, wykazywał wyraźny zamiar wkroczenia do budynku.
Nagle jego sylwetka zamarła w bezruchu. Z wnętrza szoferki wyglądało to tak, jakby drzwi do domu broniło jakieś niewidzialne pole siłowe. Chwilę potem, tkwiący nadal za kierownicą Janek zobaczył lekarza, który gwałtownie zasłania twarz, a jego korpus wygina się nienaturalnie w tył, zupełnie jakby z niewidzialnego pola siłowego wystrzeliła równie niewidzialna pięść i zdzieliła doktorka prosto w długi kinol.
Mijały kolejne sekundy, a zgięty wpół doktorek gestykulował coś do stojącego z defibrylatorem ratownika, wskazując mu wyraźnie kierunek drzwi. W kolejnej odsłonie, młody adept ratownictwa, z niemałym przestrachem na twarzy, zniknął w czeluściach posiadłości, by dosłownie po mgnieniu oka zostać z niej brutalnie wyplutym. Biedaczek turlał się w stronę karetki, charcząc niemiłosiernie. Wreszcie zawisł na drzwiach i wybulgotał do kabiny:
- Jasiu... pomóż ku.wa... Nie dajemy rady!
- Ale co..?! - Janek użył lekarskiej retoryki i uniósł brwi w zdumieniu.
- No ze smrodu nie dajemy rady!
- Wielkie mi rzeczy, smród! - myślał Janko, wysiadając z karetki - Wystarczy oddychać ustami. Cała tajemnica!
Spokojnym krokiem minął kucającego na podjeździe lekarza i uchylił drzwi. Jeszcze tylko usłyszał za sobą trwożny głos ratownika:
- Jasiu, jak będziesz wracał, to weź monitor, bo mi w korytarzu wypadł..!
Ruszył przed siebie. Po dwóch metrach przedsionka, poczuł jak przeraźliwy odór, niemal fizycznie uderza w jego ciało. Oddychanie ustami nie przynosiło ulgi. Ciężki smród wciskał się w każdy skrawek organizmu, paląc śluzówki i tocząc łzy z oczu.
Zatrzymał się przy pierwszym oknie. Próba otworzenia ramy skończyła się na gwałtownym szarpaniu okiennej klamki. Z każdym szarpnięciem czuł jak żołądek wykręca się niemal na lewą stronę. Jeszcze raz wciągnie trupi odór do swoich płuc i będzie katastrofa. Zawrócił. Przy drzwiach zaczerpnął bardziej świeżego powietrza i na bezdechu, łzawiąc jak po "Przeminęło z wiatrem", podreptał truchtem w paszczę lwa.
- W łazience... - brzmiał mu w głowie głos sąsiada - ...umarł w łazience!
Instynktownie zmierzał tam, skąd napierał największy wyziew. Po chwili, ślizgając się na mokrej, pokrytej bliżej nieokreślonym szlamem posadzce, wkroczył do łazienki.
Jeden rzut załzawionych oczu wystarczył, aby zlokalizować "ciało", choć po prawdzie, to, co spoczywało w wannie, kompletnie nie przypominało klasycznych zwłok. W brunatno-zielonych resztkach cieczy, zanurzona od co najmniej trzech tygodni, pływała niesamowicie napuchnięta i rozmoczona substancja, która kiedyś była człowiekiem. Teraz dosłownie wylewała się poza krawędzie wanny, pokrywając łazienkowe płytki tłustym osadem. Mniej więcej pośrodku niecodziennego sarkofagu, znajdowała się materia, której nabrzmiałe rysy przypominały napuchniętą i zniekształconą w strasznym grymasie twarz. Jankowi przyszło na myśl, że ta lekko kiwająca się w "wodzie" głowa, lada chwila eksploduje, opluwając go cuchnącymi wnętrznościami.
Wybuch głowy nie nastąpił, za to w Janku coś pękło. Przebrała się miarka negatywnych bodźców, nawet dla tak zaprawionego w pogotowiarskich bojach wiarusa. Ratownik-kierowca szarpnął nogami do ucieczki, czując jak gardło zalewa kromka z serem i mleczna zupka, spożyte naprędce przed dyżurem. Gnał w stronę wyjścia, niczym grzybiarz w tunelu goniony Pendolino.

Chwilę później, zreanimowana nieco, reszta zespołu "eS" w składzie lekarz i ratownik, mogła zobaczyć Jaśka w pełnym galopie, prezentującego tak zwane wymioty kaskadowe (jedna dłoń pod brodą, druga nieco niżej i do przodu, próbowała złapać to, co wyleciało spod pierwszej). Chłopina biegł, bez żadnej krępacji chlustając zawartością żołądka na prawo i lewo. Wreszcie skrył się za budą karetki, a o tym, że żyje świadczył jedynie płynący przez zabudowania odgłos jelenia na rykowisku.
Doktorek i młody, okazując pełne współczucie oraz zrozumienie, podeszli w pobliże "narożnika" ambulansu, za którym Janek miał swoje intymne 5, 10, 15 minut.
- Ej... - zapytał z troską w głosie lekarz - ...Na pewno gość nie żyje?
- Błuuuechchch..! - odpowiadał Jaś.
- Oglądałeś go dokładnie? Plecy też..?
- Buu... Buuueeechch! - niosło echo
- A defika z korytarza nie wziąłeś? - martwił się ratownik.
Kiedy tak cała trójka wzajemnie się wspierała, na podjazd, powoli, majestatycznie wjechał policyjny radiowóz. Z jego granatowego wnętrza wysiadł posterunkowy i zakładając służbową czapkę, wyważonym krokiem ruszył w stronę medyków. Z początku niepewność marszczyła policyjną brew, a najwyższy niepokój budziły dochodzące zza karetki dźwięki, które teraz już żywo przypominały krzyżówkę okrętowej syreny z jeleniem i niewydojoną krową. Funkcjonariusz podszedł do wciąż bladego lekarza i trzymając rękę na kaburze służbowego pistoletu, usiłował zerknąć za ambulans.
- Zgonik? - zapytał wychylając głowę za budę.
- A zgodnik... - odparł doktorek
- W domku?
- A w domku...
- A ten? Co robi?
- A rzyga sobie...
- W domku był..?
- Ano był...
- Aaaaaa... - twarz posterunkowego rozjaśniła się w szyderczym uśmiechu. Dłoń przestała błądzić wokół broni. Śmiało podszedł do białego jak papier Jasia i uważając na własne obuwie, klepnął go jowialnie w plecy.
- No jak tam, panie wrażliwy?! Chyba wczoraj straszna impreza musiała być, co nie?!? - to mówiąc zaśmiewał się rubasznie z własnego dowcipu.
- Kiełbasa... mi musiała... charrrk... tfu! ...zaszkodzić... - wystękał Janek i przetruchtał kilka kroków dalej.
- Ha ha ha! Jak dzieci! Jak dzieci..! - policjant pomaszerował odważnie w stronę domu. Wyciągając długą latarkę, notes i długopis, zniknął w czeluściach drzwi.

Trzy minuty później, Janek doszedł względnie do ładu ze swoimi odruchami. Płukał teraz usta mineralną, którą współczujący sąsiad przytaszczył z domu. Najwyższa to była pora na powrót do zdrowia, gdyż na podwórku rozpoczął się kolejny spektakl z cyklu "światło i dźwięk". Oto drzwi strasznego domu odskoczyły z hukiem, a z nich, niczym międzykontynentalna rakieta, wystrzelił zielony na twarzy posterunkowy. Pędził rozpaczliwie zatykając usta obiema rękami, spod których niepowstrzymanie tryskały radosne gejzery, krynice i strumyczki różnokolorowej cieczy.
- Oho! Podwójnie cedzony... - młody ratownik fachowo ocenił rodzaj wymiotów, jakie dręczyły mijającego ich w sprincie policjanta. Tymczasem ten, zgrabnie pokonał zakręt za karetką, by tam całkowicie oddać się pasji "mongolskich śpiewów gardłowych".
Kiedy funkcjonariusz ryczał wniebogłosy i krztusił się na przemian, Janek splunął chwacko ostatnim łykiem Cisowianki Perlage i z triumfalną miną, ruszył w stronę "śpiewającego" Organu Władzy. Po kilku krokach, stanął nad zgiętym stróżem prawa, poklepał go po skurczonych torsjami plecach, a następnie słodkim głosem wypalił:
- Coś mi się wydaje, że wczoraj tośmy razem byli na tej imprezie... Tylko ja chyba szybciej wróciłem do domu. Aha i jeszcze jedno... Doktor będzie potrzebował dowodu osobistego denata, więc jak już pan skończy się kłaniać publiczności, to proszę łaskawie poszukać w domu. Może wody?

15 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Jak nic trza z maską PG czołgać się po podłodze, skoro gazy idą do góry ;-)
nika

Anonimowy pisze...

Ale chyba po tym szlamie to by nie zdało egzaminu! :D

Anonimowy pisze...

Maska PG jedynie co to by wymioty przy twarzy zatrzymała (nie tlumi zapachow).
Tu by sie aparat tlenowy z pelna maska i OP1 przydalo :D

Bartek Wojtyczka pisze...

człowieku, z takiej tragedii zrobić taką komedię! umierałem ze śmiechu jak już dawno nie miałem okazji. Gratuluję ręki, dzięki, bo czuję się 20% zdrowszy

Anonimowy pisze...

Piszesz świetnie, powinieneś to robić bo sprawiasz ludziom radość i wywołujesz uśmiech nawet w ponury dzień :) dzięki :) ~K.

Anonimowy pisze...

szkoda ze moj angielski jest zbyt ubogi bym mogla facetowi ta perelke przetlumaczyc, smial sie patrzac na mnie, ja plakalam ze smiechu czytajac o smierci, jestem psychopatka ? :))
wchodze tu czesto, masz genialnie lekkie pioro
pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Ryczałem ze śmiechu :) Może i historia tragiczna ale autor ma talent do opowiadania :)

Anonimowy pisze...

Cudeńko :D masz chłopie talent :D

ADHD pisze...

Dawno tak sie nie uśmiałem Super samo życie

dh pisze...

Wybitne! Co ja bym dala aby zamiast lektur czytać takie opowiadania.. :) masz talent :)

Misiaq pisze...

Naprawdę świetnie się to czyta. Pozdrawiam ;)

Czesiu®©™ pisze...

Jêbľěm świetne ...!!!

Nomad_FH pisze...

Ja podobnie jak przedmówcy - mimo tragicznego tematu - prawie wyłem ze śmiechu co chwilę, a już akcja z policjantem - perełka :D

Caroline pisze...

Nie wytrzymam zaraz. Rycze w bólach pooperacyjnych ze śmiechu. Oby wytrzymały szwy Twoje historie.

Anonimowy pisze...

Ganialne ;) porcja śmiechu przed dyżurem zaliczona. Czas udać się do stacji.