Poprzednia część TUTAJ
Teraz już było całkiem jasne, że kilkadziesiąt metrów przed nami, w
sporym zagłębieniu terenu, leży rozbity samochód. Nad krawędź rowu
wystaje tylko jedno koło, ale kąt pod jakim jest ułożone nie pozostawia
najmniejszych wątpliwości. Cała niewidoczna reszta też tam musi być. Czy
są jacyś ranni? Ilu? Żyją?
- Co robimy? - zapytał kierowca nie zmieniając prędkości jazdy.
To
było dobre pytanie i spory dylemat. Z jednej strony wypadek
komunikacyjny z nieznaną liczbą poszkodowanych, z drugiej pacjentka na
pokładzie, z podejrzeniem udaru mózgu i wskazaniem do szybkiej
hospitalizacji.
- Wezwać drugą karetkę i jechać dalej? - szybko analizowałem sytuację - Przy
normalnych warunkach pogodowych, piętnaście, może dwadzieścia minut jazdy na sygnałach. Jeśli tam są jacyś ludzie, to raczej
nie mają szans doczekać.
Zerknąłem w stronę przytomnej pacjentki, ciągle usiłującej zdjąć z palca klips pulsoksymetru.
-
Zatrzymaj się... - rzuciłem komendę w okienko szoferki - ...Pójdę
zobaczyć, a ty powiadom dyspozytornię, niech wyślą straż i policję.
Potem przejdź na tył i pilnuj pacjentki.
Podszedłem do bocznych drzwi i szarpnąłem za klamkę. Na zewnątrz, droga wciąż przesuwała się pod kołami ambulansu.
- No stój! - wrzasnąłem do kierowcy.
-
Przecież stoję! - odkrzyknął i wsadził głowę pod kierownicę, aby
upewnić się, że stopa tkwi na hamulcu. Auto nadal sunęło po lodzie.
- OK. Czyli desant... Jak za dawnych, harcerskich lat! - w
ułamku sekundy przypomniały mi się gówniarskie zabawy, skoki z jadącej
ciężarówki i pociągu zwalniającego na zakręcie w lesie. Szkoda, że w
niepamięć poszły lekcje fizyki i zasady dynamiki pana Newtona.
Ledwie
opuściłem jadący pojazd i moje stopy dotknęły podłoża, już wiedziałem,
że przyjdzie mi zapłacić za braki w wykształceniu. Nogi
same jakoś pojechały w kierunku oddalającej się karetki, a resztę
załatwiła grawitacja. Przywaliłem o lód, aż jęknęło.
- O ku.waaa! -
wrzasnąłem, czując jak zimna tafla liże mnie po gołych nerkach wystających
spod podwiniętej kurtki. Próba szybkiego poderwania ciała spełzła na niczym.
Wijąc się na zalodzonej drodze, musiałem wyglądać jak opętany, albo
pacjent z oddziału psychosomatycznego. W końcu udało mi się przyjąć
pozycję "łokciowo-kolankową" i tak, z gracją psa "Cziłały" puszczonego w
butkach na lodowisko, pełzałem w stronę pobocza. Kiedy dłonie wreszcie
dotknęły zmarzniętego śniegu, niepewnie wbiłem podeszwy butów w podłoże i
wstałem.
Za krawędzią "rowu-nie rowu" rozciągał się naprawdę groźny widok.
Przewrócone do góry kołami auto wyglądało jak wielki, niezgrabny żuk,
który zastygł po morderczych próbach podźwignięcia się z pleców.
Każdy
leżący na dachu samochód, wydaje się większy od swego bliźniaka
stojącego na kołach, tak było i teraz. Tuż pode mną ciemniała płyta
podwozia jakiejś kombi osobówki. Z tej perspektywy sprawiała wrażenie
monstrualnie wielkiej. Wokół ani śladu ludzi. Szczególnej grozy dodawał fakt, że
"rów", którego stokiem właśnie sunąłem w dół, okazał się być
zamarzniętym korytem niewielkiej rzeki. Auto przelatując nad brzegiem,
drasnęło ledwie kilka krzaków i wylądowało dachem na środku tafli,
zanurzając przednią połowę kabiny pod wodą.
Od strony mojego
podejścia lód był nietknięty, ale maskę i prawy bok wraku otaczała leniwie
płynąca woda. Zjeżdżając, czułem jak śnieg wpada mi do spodni i zasypuje uda. Przed oczami
już rysował się sterczący w górę tył z bagażnikiem i charakterystyczna,
żółta zawieszka za szybą: "Baby in auto". Jeszcze moment i wylądowałem
na zamarzniętej powierzchni wody. Pod nogami zatrzeszczało nieprzyjemnie. Szybko oszacowałem,
że mam zerowe szanse, aby zajrzeć do auta przez szybę
bagażnika. Lód w tamtym miejscu był załamany, a podejście równało się kąpieli rodem z klubu morsów. Padłem na kolana i wykonując coś na kształt "damskiej pompki", starałem się zaglądnąć w
jedyne, wystające z tafli, okienko tylnych drzwi. Przez połowę kabiny
płynęła woda. Na jej powierzchni kotłowały się jakieś bibeloty, śmieci.
Niewiele było widać. Uniesiona w górę i odwrócona kanapa z dziecięcym fotelikiem, zarys lewego zagłówka, przedni fotel. Reszta
znikała pod brunatną wodą. Wyobraźnia podsuwała mi kształty ludzkiego
ramienia, sterczącego za oparciem siedziska kierowcy. Wydawało mi się,
że widzę kolorowy rękaw kurtki.
- Ktoś się utopi! Jak się tam dostać?!
Wyszarpnąłem
z kamizelki mój wypasiony nóż ratowniczy, zakupiony jeszcze w czasach,
gdy ratownicy (w tym i ja) myśleli, że mając "Rescue Knife" uratują w pojedynkę cały
świat.
- On tu chyba gdzieś miał zbijak do szyb... O jest!
Prawa dłoń mocno schwyciła nóż w odpowiednim ułożeniu, a ja poczułem, jak włącza mi się jakiś mod na nieśmiertelność.
- Mam nóż..! Ze zbijakiem..! I rozbiję szybę! I uratuję ludzi..!
Nadal klęcząc, przymierzyłem w odpowiednie miejsce i... DUP! Walnąłem z całej siły, ale szyba ani drgnęła.
- Jeszcze raz! Mocniej!!
DUP! DUP!! Nic... nawet jednej ryski.
- Może w drugi narożnik?
Hyyyyp... DUP! DUP! DUP! DUP! DUP!
Pukałem jak zwariowany dzięcioł w to okno, a echo niosło głuche uderzenia wysoko ponad koryto rzeki.
- Halo! Co ty tam robisz?!? - z oddali doleciał mnie krzyk Jurka i przyniósł lekkie otrzeźwienie.
- To na nic... -
zerknąłem na całkiem zniszczony już zbijak w "wypasionym" nożu i dopiero
teraz zacząłem odczuwać ból ręki, którą od jakiegoś czasu waliłem w powierzchnię szyby.
- Może nogami..?!
Szybko zmieniłem
pozycję z klęczącej na siad płaski. Rękami chwyciłem kawał pogiętego błotnika,
podkurczyłem nogi i z całej siły walnąłem butami w szybę. Oczywiście szkło nadal bezczelnie tkwiło na miejscu, za to gdzieś zza pleców dobiegł mnie niepokojący dźwięk.
- Oj... - pomyślałem spłoszony - ...to chyba był zły pomysł...
Dokładnie
w tej samej chwili, poczułem, jak lód pod moim tyłkiem chrupnął raz i
drugi, a ułamek sekundy później moja szanowna d.pa zaczęła tonąć. Lodowata woda
natychmiast wdarła się pod majty, całkowicie zalewając przy tym "Dumę
południowo-wschodniej Polski", a "Duma", niknąc niemal w oczach,
piszczała cieniutko:
- Matko Boska! Matko Boska! Tu nigdy nie było tak zimno!!!
Faktycznie. Gwałtowna różnica temperatur była jak smagnięcie paralizatorem.
Szarpnąłem
się niczym oparzony i w bezwarunkowym odruchu, spuściłem nogi w dół. I to był kolejny zły ruch. Stałem teraz zanurzony po uda w wodzie, a
przeraźliwe zimno odcięło mi na chwilę zdolność oddychania.
- Odwrót! Odwrót!! - podpowiadał instynkt samozachowawczy
- I tak się nie dostaniesz do auta! - wtórował lekko otumaniony rozum.
Przebrnąłem
kilka brodzących kroków przez skruszony lód, usiłując wspiąć się na
stromy brzeg. Woda przez chwilę mlaskała w butach, gdy chwytając się
krzaków, podchodziłem w górę. Byle szybciej do drogi. Kilka ruchów
nogami wystarczyło, by skóra na łydkach przestała piec, zamiast tego
pojawiło się obezwładniające uczucie zastygania mięśni. Resztę
zaśnieżonego stoku pokonałem bardziej siłą rąk, niż pracą obrażonych
kończyn dolnych.
- "Duma" chyba już całkiem zamarzła... - pomyślałem ze strachem, czując w kroku rozpaczliwą pustkę.
Wreszcie
stanąłem na krawędzi rzecznego koryta. Karetka zatrzymała się
kilkadziesiąt metrów od miejsca, w którym skakałem na lodowatą jezdnię. Bardziej sunąc niż idąc po lodzie, ruszyłem w tamtym kierunku.
Zimno,
jakie odczuwałem na tyłku, udach i łydkach, potęgował lekki wiatr wiejący z pól. Miałem wrażenie, że widzę niewielkie kłęby pary, unoszące się z moich spodni. W głowie dziwnie szumiało. Wszystko to razem, wprowadziło mój umysł w jakiś rodzaj amoku.
Zostało może z dwadzieścia metrów do
ambulansu, gdy nagle kątem wychłodzonego oka, dostrzegłem kobiecą
postać, stojącą po drugiej stronie jezdni. Zmaterializowała się w mojej świadomości zupełnie jak duch, bo
wcześniej kompletnie nie zarejestrowałem niczyjej obecności. Jak pola
długie i szerokie, droga była pusta. Ani jednego przejeżdżającego auta,
tylko ona, ja i karetka, jednak w tamtej chwili, nie wydało mi się to
specjalnie podejrzane.
- Widziała pani..?! Widziała, co tu się stało?! - przemykając obok, wykrzyczałem pytanie przez ściśnięte zimnem usta.
- Ninie.. ninie... Nnnnnie do końńńcyca...
Mój nieco zahibernowany mózg zlekceważył jej słabą i niepewną odpowiedź.
- Skoro nie widziała, to jest nieprzydatna dla sprawy...
Siłą
rozpędu jechałem na butach w stronę karetki i po chwili byłem już przy
drzwiach. W przedziale medycznym siedział Jurek i patrząc na mnie, miał
minę, jakby zobaczył pomarańczowo-błotno-białe Yeti.
- Z pacjentką co!? - zapytałem.
- Dobrze... - odpowiedział z wahaniem - Tylko znowu wymiotowała...
-
CholeraaA! - wstrząsnął mną silny dreszcz, przez co, ostatnią sylabę
słabego przekleństwa niemal wyszczekałem w stronę kierowcy. Ten
wystraszony odruchowo odskoczył głową.
- Gdzieś tu był młotek... -
powiedziałem gramoląc się do środka i stając nad leżącą na noszach
chorą. - Młotek mi podAJ! - znowu dreszcz i wykrzyczany ostatni akcent.
- Cooo..?? - Jurek był już nieźle przestraszony.
- Młotek! Taki do szyb! No dawaj, bo tam auto..! woda... wszędzie pływa!!
Muszę przyznać, że konstruowane przez mnie zdania, nie osiągały w tamtej chwili wysokiego pułapu logiki i zanim kierowca zrozumiał, że wcale nie chcę ukatrupić rzygającej pacjentki, sam już zdjąłem ze ściany przyrząd do ewakuacji.
-
Szybę..! Rozbić... No uratować! A ty pilnuj! - wykrzyczałem do nadal
zamroczonego Jurka i już sunąłem po drodze w stronę rzeki. Było mi naprawdę bardzo zimno.
Ponownie
mijając stojącą nieruchomo kobietę, wykrzyknąłem w jej kierunku
zaczepnie:
- Jak pani patrzyła..? Nie do końca... widziała?! To albo widziała, albo nie!
- Bybo... bo jak wpadydałamm do wywody, to zamymymknęłłam oczy! - próbowała słabo odkrzyknąć, a potem do moich uszu dotarł jej stłumiony szloch.
Zaskoczony, usiłowałem zatrzymać się w miejscu, ale podobnie jak poprzednio, ten gwałtowny manewr wykonany na lodzie, skończył się efektownym orłem, tuż pod nogami płaczącej.
- Uch... - sapałem stosując znaną już technikę "kolankowo-łokciową" - To pani... w tym aucie... tam była..? Pani..?
- Jaaa..! - kobieta rozpłakała się już na dobre. W całej scenie zadziwiający był fakt, że rycząca niewiasta nadal ani drgnęła.
- To dlaczego... dlaczego..? - niepewnie wstawałem, chwiejąc się na lodzie - ...dlaczego pani nic... Dlaczego nie mówiła... wołała?! Nie widziała pani? Nas... nie widziała?!?
- Wi..wi..działamm, jak się pan szysza... szyszamotał na plecach, na lodzie i wwołałamm... ale sysłabo...
- No co za... co za... - myślałem oburzony - Co za baba!!!
I nagle dotarło do mnie, że nadal nie mam odpowiedzi na jedno z najważniejszych w tej chwili pytań.
- Jechał jeszcze ktoś? Z panią... jechał?!
Widząc, że kobieta zwleka z odpowiedzią, dorzuciłem napastliwie
- Kolorowa kurtka... w aucie!
- Tyto mojej cycu... cycórki!
Słysząc te skandowane zimnem słowa, poczułem kolejny dreszcz. Dłoń jakoś sama ścisnęła młotek do rozbijania szyb, a stopa szarpnęła się w zamiarze gwałtownego startu w kierunku rozbitego auta. Niestety znów zapomniałem o przeraźliwie śliskim podłożu, przez co nogi natychmiast rozjechały się na boki. Tymczasem pani dukała dalej
- Ale córyrki ni... niniema w aucie! Ja sysama jechałam! - po tych słowach zawyła jeszcze głośniej i całkiem płynnie dokończyła:
- Mąż mnie teraz zaabijeeeee!!!
Wszystko to słyszałem, walcząc z nadmiernym rozkrokiem własnym. Lądując w głębokim szpagacie, po raz trzeci na zalodzonej jezdni, zdążyłem tylko pomyśleć, że chyba jednak coś tam jeszcze, między nogami mam.
- Boli, znaczy żyje...- zadumałem się na krótko, a głośno jęknąłem
- Na pewno sama?! To czemu pani nie przyszła? Nie powiedziała?!
- Bo się nie mogę ruuszyyyyyć! - kobieta płakała w najlepsze i w ten sposób chyba rozgrzewała swój aparat mowy.
- Boli panią coś? Może kręgosłup..? - zapytałem podejrzliwie, wstając ostrożnie. Jednocześnie w myślach próbowałem sobie przypomnieć technikę wkładania poszkodowanych na deskę w pozycji stojącej.
- Nic mnie nie boli, tylko nie dam rady poruszać nogami. Niczym nie mogę poruszać...
- Jak pani się tu znalazła? Na drodze... z rzeki..? - zapytałem poszukując wzrokiem ewentualnych obrażeń.
- Jakoś sama wyszłam... Doszłam do drogi i stałam.
- Ale czemu pani nie szła do karetki?!
- Ciuchy mnie nie puszczą! - odpowiedziała płaczliwie i ledwie widocznym ruchem dłoni, postukała w nogę. Dźwięk jaki temu towarzyszył, przypominał pukanie w ściankę z gips-kartonu.
Dopiero teraz mogłem się dokładnie przyjrzeć mojej rozmówczyni. Wcześniej, albo koło niej przejeżdżałem, sunąc po lodzie, albo padałem do stóp z prawa na lewo. Stojąc wreszcie spokojnie, zlustrowałem uważnie jej tkwiącą nieruchomo postać.
Na nogach miała kozaczki, przed katastrofą chyba koloru czarnego, teraz ich powierzchnię pokrywały jakieś pęki zamarzniętych traw i zielska z rzeki. Z cholewek wychodziły nogawki dżinsowych spodni. Były pofałdowane, kompletnie sztywne i pokryte gęstym szronem. Wyżej umorusana jakąś ziemią kurtka, wyglądająca na puchową. Spod narzuconego na głowę kaptura wypływały zdrętwiałe, czarne kosmyki włosów. Przypominały trochę druciki wystające z rozerwanej izolacji. Na ich końcach wisiały niemałe lodowe sople, które trwale spajały tę niecodzienną fryzurę z tkaniną kurtki.
Pomiędzy tym wszystkim była wykrzywiona płaczem twarz. Szczególnie przykry widok stanowiło twarde błoto na policzkach, rozmazany makijaż i biały, mroźny osad na rzęsach.
- Jakim cudem ona nie zamarzła? - zastanawiałem się, jednocześnie szacując odległość do karetki.
- I jak ja ją teraz dotaszczę do auta?
Sam też czułem, jak moje mokre spodnie robią się mocno tekturowe, a wysyłane przez mózg rozkazy ruchu palcami w butach, spotykają się z lekceważeniem w dolnych partiach ciała.
- Jeszcze trochę i sam zamarznę...
- Jureeek! - zacząłem krzyczeć w stronę ambulansu. Wszak najprostsze rozwiązania są zazwyczaj najtrudniejsze do wymyślenia - JURAAAAS!!!
- Co?! - odkrzyknął kierowca, wychylając głowę z przesuwnych drzwi.
- Podjedź tu karetką! Szybko!
Widziałem jego oburzoną minę w stylu: Co? Masz kilka metrów do przejścia i ja muszę podjeżdżać? Może ci jeszcze schodki rozwinę i dywan czerwony?!
- Podjedź, bo pani nie może chodzić!!! Zamarzły jej spodnie!
Kolega popatrzył na mnie jak na idiotę, ale posłusznie wsiadł do szoferki i ostrożnie cofnął auto, parkując obok nas.
Kobieta, mimo najszczerszych chęci, nie była w stanie zgiąć nóg w kolanach. Korzystając z lodu na jezdni, który teraz okazał się przydatny, popychaliśmy panią w stronę drzwi przedziału medycznego.
Potem, niczym sklepowego manekina, usiłowaliśmy wcisnąć do środka. W trakcie tych działań, wydawało mi się, że jej zamarznięta kurtka o strukturze betonu, waży chyba z pięćdziesiąt kilo. Śliska, twarda powierzchnia garderoby, nie była szczególnie wygodna w improwizowanym transporcie, choć przypuszczam, że to właśnie dzięki warstwom grubej podszewki, pacjentka nie wychłodziła się kompletnie na tym wietrze.
Wreszcie udało nam się wtarabanić do środka. Przymarzniętą do ciuchów panią, posadziliśmy na fotelu, przy czym bardziej wyglądało to na oparcie kłody drewna o murek niż pełen siad. Niestety chwilowo nie było innej możliwości.
Tłukłem się z zimna, do tego stopnia, że najprostsze czynności, takie jak włączenie w przedziale światła, czy odsunięcie kieszeni w torbie medycznej, były niemal niewykonalne. Rozcięcie spodni naszymi służbowymi nożyczkami okazało się zadaniem ponad moje i Jurka siły. Suwak od kurtki również był całkowicie zalodzony. Jedynym "sukcesem", który udało nam się wspólnie osiągnąć, było dosłowne złamanie nogawki dżinsów, dzięki czemu pani mogła lekko zgiąć nogę w biodrze i kolanie.
- Strażacy i "eska" wyjechali z miasta jakieś dziesięć minut temu! - poinformował mnie kierowca.
- To dobrze... - odrzekłem, szczękając zębami - Jedź im na spotkanie, bo i tak nic tu nie zawalczymy!
Jurek przesiadł się do szoferki, a ja nadal próbowałem zdjąć z kobiety zamrożoną zbroję. Odrzucając nieprzydatne nożyczki, zerknąłem na mój "wypasiony" nóż bohatera-ratownika.
- Może tym..?
Po sekundzie namysłu odpuściłem.
- Przy moim obecnym poziomie sprawności manualnej, prędzej rozkroję ją do kości, niż pozbawię odzieży...
Tymczasem nasza pierwsza, grzecznie leżąca na noszach pacjentka, przestała wymiotować i z ciekawością przyglądała się nowej współpasażerce. Po krótkim i milczącym zapoznaniu, podciągnęła koc pod brodę i wysepleniła z wyrzutem:
- Zimno tu.
- No pewnie, że zimno! W końcu mróz jak diabli! - pomyślałem z wyrzutem - Raz gorąco, raz zimno! Proszę włączyć ogrzewanie, proszę wyłączyć ogrzewanie... piernąć w oponkę..!
Gderając w myślach, zerknąłem na panel sterujący temperaturą w przedziale medycznym. Przy symbolu ogrzewania widniało słowo "OFF".
- No kurna! Ty głupi cycku, wyłączyłeś grzanie wcześniej, bo było gorąco! Babcia z udarem ma ci mówić, jak leczyć wychłodzenie?!
Chcąc szybko naprawić swój rażący błąd w postępowaniu, podniosłem się z fotela i nacisnąłem odpowiedni przycisk. W następnej chwili przez szum silnika, przebił się charakterystyczny dźwięk włączanego systemu ogrzewania. Coś jednak było nie tak. Pompka Webasto stuknęła kilka razy, a ruszający wiatraczek zawył jakoś dziwnie, zakrztusił się i zamilkł. Jednocześnie z kratki wentylacyjnej przy podłodze, wyleciał mały, niebieskawy obłoczek dymu. Zaśmierdziało i zgasło.
- Zarąbiście!!! Toś już sobie nagrzał, jak Mikołaj w saniach kabrio!!! To samo było w zeszłym roku! Serwis gwarancyjny, ku.wa ich mać była!!!
- Daleko ta "eska" jest?! - krzyknąłem do kierowcy zły jak sto diabłów.
- Nie wiem! Pewnie zaraz się spotkamy.
Przeklinając w myślach na mechaników serwisu i jakość najnowszych wyrobów, wiodących na rynku producentów aut, wyciągnąłem z szafki trzy szeleszczące folie termiczne. Dalszą drogę spędziliśmy owinięci w sreberka, niczym czekoladowe cukierki na choince.
Kilkanaście minut później, naszą rozmarzającą powoli "topielicę", przejął zaspany lekarz z zespołu "S". My kontynuowaliśmy podróż do szpitala z udarową pacjentką.
Przekazanie w Izbie Przyjęć było szybkie i konkretne. Sprzątająca pani Stenia, na widok moich zabłoconych butów i ociekających wodą spodni, prześwięciła mnie ścierą i odmówiła "litanię" o tym, że ona "już przed siódmą wszystkie podłogi pozmywała, a tu taki brudas naznosił jakichś glonów!"
Nawet nie byłem ciekaw jej reakcji na "eskę" wiozącą prawdziwie brudną i mokrą panią.
Powrotną drogę do stacji, odbyłem w pustym i zalanym przedziale medycznym. Nie chciałem brudzić tapicerki i fotela w szoferce.
Juras radośnie pogwizdywał za kierownicą, a ja z ogrzewanej półki zwanej termo-boksem, wyjąłem ciepłą butelkę kroplówki i wciskając ją do spodni pomyślałem:
- Nienawidzę zimna!!!
- Ani ja... - pisnął smutno "Wstyd południowo-wchodniej Polski".
Przedszkole
4 miesiące temu